Umarł blog, niech żyje blog – o powrocie i nowych początkach

Nasz pobyt w Ameryce Południowej zakończył się w Sao Paulo, gdzie spędziliśmy prawie dwa tygodnie w gościnnym domu naszych przyjaciół (Kasiu i Joao – mamy okazję po raz kolejny Wam podziękować!). Po pół roku tułaczki dostaliśmy do dyspozycji swój pokój, prysznic z ciepłą wodą, kuchnię, dwa koty i ten sam adres każdego dnia.

Na początku nie wiedzieliśmy za bardzo co z tym szczęściem zrobić. Nagle poczuliśmy jak bardzo odwykliśmy od miejskiego życia. Ciuchy nagle okazały się sprane i wyblakłe od słońca, twarze ogorzałe, serca takie jakby trochę zdziczałe.

Sao Paulo to dżungla. Betonowa dżungla ciągnąca się bezkresnie po horyzont. Trochę zachwyca, ale trochę też przeraża. Jak we wszystkich tego typu miejscach dobrze jest mieć jakąś przyjazną bazę, żeby nie zwariować z nadmiaru wrażeń. My mieliśmy to szczęście i skwapliwie korzystaliśmy z przyjaznego schronienia.

Najlepszym przykładem naszego chwilowego niedostosowania do miasta niech będzie fakt, że gdy dostaliśmy się z lotniska do metra czekaliśmy, aż przejedzie 5 pociągów, bo tłok na peronie był tak wielki, że nie mogliśmy dopchać się do wagonów. Gdzieś po drodze zniknął w nas ten wielkomiejski instynkt przetrwania, albo raczej przepychania. W końcu wzięliśmy się na sposób – pojechaliśmy kilka stacji w odwrotnym niż planowany kierunku, żeby dojechać tam, gdzie na peronie nie odgrywa się pandemonium i dostać się do pociągu przed wszystkimi.

Sao Paulo oferuje szeroki wachlarz przeżyć. My wybraliśmy klucz kulinarny (a jakże!) dzięki czemu dane nam było posmakować Japonii i Włoch w wydaniu Paulista. To jest temat na osobną notkę, więc wybaczcie, ale zostawię Was jeszcze w niedosycie.

Z Sao Paulo polecieliśmy do Barcelony, gdzie ugościł nas Marek (jeszcze raz dziękujemy). Strasznie trzeba się było do niego wspinać, ale potem okazało się, że na ostatnim odcinku stromego podejścia jest winda, a widoki z balkonu zapierają dech w piersiach.

W Polsce wylądowaliśmy w środku nocy i przywitał nas cały możliwy chłód majowy którego mogliśmy się spodziewać, ale na który nie byliśmy przygotowani. Natomiast nasi współtowarzysze podróży miejskim autobusem na dworzec PKP nie byli przygotowani na widok Mazura w ekwadorskim poncho. Całe szczęście, że maczeta była schowana głęboko, bo mogłaby wywołać klasyczne nocne dyskusje.

Ten dysonans zapadł nam w serce, choć nie był dla nasz czymś nowym. Tak już jest, że niektórzy ludzie łapią tego bakcyla niespokojnej duszy, mają dreszcze na widok samolotów zostawiających białe smugi na niebie, a na lotniskach serce szybciej im bije. My zdecydowanie zaliczamy się do tej grupy i bardzo chcemy w niej pozostać mimo iż nasze życie mocno się zmieniło.

Pięć lat później wciąż nie mamy jeszcze kredytu, wiążą nas jakieś umowy, jesteśmy szczęśliwymi rodzicami dwójki dzieci i nosi nas dalej. I o tym właśnie będzie dalsza część tego bloga, który niniejszym reaktywujemy.

Tym razem będzie nie tylko z daleka, ale też z bliska. Trochę wspominkowo, trochę kulinarnie (Ja, czyli Lu, zamykam swojego okołokulinarnego bloga Lu is a foodie.)

Kto wie, może mimo naszych wszystkich życiowych zmian będzie jeszcze trochę egzotycznie?

Jeśli macie ochotę, zapraszamy z powrotem na pokład. Dos Limones wracają do gry!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s