Patagonia (nasza).

W Patagonii nauczyliśmy się słowa vento, czyli wiatr.

Autobus jechał przez Patagoński step. Do tej kolorystyki jesteśmy przyzwyczajeni aż nadto. Beże, brązy, szarości i niebieskie niebo. Na szczęście ziemia nie była płaska jak stół. Wspinaliśmy się na pagórki, które okazywały się przełomami polodowcowych dolin, a na horyzoncie coraz wyraźniej rysowały się Andy. Nagle naszym oczom ukazał się rozległy lazur Jeziora Argentina i wiedzieliśmy, że dotarliśmy do celu.

Miasteczko El Calafate położone jest nad brzegiem wody. Jest dość małe i dość urocze. Jeszcze na dworcu zrobiliśmy rekonesans cenowy. Okazało się, że ceny podane w przewodniku mają się nijak do aktualnej rzeczywistości ekonomicznej Argentyny. Wszystko było co najmniej dwa razy droższe, a najbardziej mrożące okazały się być ceny przejazdów autobusowych. Wiedzieliśmy, że szybko musimy zrewidować nasze plany, tak, żeby nie dać się uziemić cenom, żebyśmy mogli coś zobaczyć i żeby dotrzeć do Buenos Aires mniej więcej w planowanym terminie. Data naszego powrotu do Europu coraz jaśniej świeci w kalendarzu i nie przemieszczamy się już tak spokojnie i spontanicznie jak wcześniej. Do tego przed nami były wciąż ogromne odległości do przebycia. Nie było miejsca na improwizację.

Znaleźliśmy więc camping, ale ze względu na wiatr i panujące temperatury, zdecydowaliśmy się na upgrade noclegu na łóżko w dormitorium. Zrobiliśmy krótkie poszukiwania w internecie, przeliczyliśmy siły na zamiary (czyli środki na czas) i szybko podjęliśmy decyzję. Postanowiliśmy wynająć samochód, żeby zobaczyć więcej niż to, co za oknem autobusu i żeby być bardziej mobilnym.

Podjęliśmy więc konieczne organizacyjne kroki i w ten sposób, do listy środków transportu, którymi poruszaliśmy się podczas naszej podróży dopisaliśmy kolejną pozycję: samochód. Następnego dnia spokojnie, we własnym tempie i towarzystwie ruszyliśmy w stronę głównego powodu naszej wizyty w Patagonii, w stronę lodowca Perito Moreno.

Znajduje się on niecałe 100 km od El Calafate, w parku narodowym Los Glaciares. Jest jednym z zaledwie kilku lodowców na świecie, który nie cofa się, a wręcz postępuje. Przyrasta około dwa metry dziennie, dzięki czemu można być świadkiem pewnego spektakularnego widowiska, o którym później. Ciocia Wikipedia podpowiada, że jest to trzecia co do wielkości rezerwa wody pitnej na świecie. Jest to jedna z największych i najbardziej spektakularnych atrakcji Patagonii i choć nie widzieliśmy całego regionu, podpisujemy się pod tym obiema rękami!

Kręta droga w parku narodowym pozwoliła nam nacieszyć się jesiennym lasem. Za kolejnym zakrętem uderzył nas zapierający dech w piersiach widok – panorama na schodzący z gór masyw seledynowego lodowca otoczonego skalistymi szczytami. Czoło spoczywa na tafli jeziora. Obraz był idealny i wiatr tak silny, że nie byliśmy w stanie utrzymać w rękach aparatu, żeby zrobić porządne zdjęcia.

W końcu dojechaliśmy do końca drogi, gdzie poinformowano nas, że do punktu widokowego trzeba podjechać busikiem. Zostawiliśmy więc nasze białe autko i daliśmy się przewieźć gdzie trzeba. Od razu widać, że Argetyńczycy dbają o swój skarb. Nigdzie nie można poruszać się samopas, spacerować można wyłącznie po metalowych trapach z barierkami. Brzmi to trochę strasznie, ale w rzeczywistości nie jest aż tak uciążliwe. Do wyboru jest kilkanaście punktów obserwacyjnych, które są ze sobą połączone. Z każdego lodowiec widać trochę inaczej, ze wszystkich miejsc widok powala i wszędzie zapomina się o bożym świecie.

Niezwykły spektakl, o którym wspominaliśmy, to odłamujące się co jakiś czas ogromne bloki lodowe, które z hukiem wpadają do wody. Można stać godzinami, wpatrując się w ścianę lodu, która ma sześćdziesiąt metrów wysokości i jakieś 2,5 km szerokości, żeby choć raz zobaczyć to imponujące widowisko. Zachodzi tam też niezwykłe zjawisko akustyczne – najpierw widać akcję, a dopiero sekundę, dwie, później do uszu dociera dźwięk pękającego lodu i plusk wody. Lód jest piękny i bardziej hipnotyzujący, niż można to sobie wyobrazić.

Na południu kontynentu panuje teraz jesień. Łąki są rude, kępki traw chylą się od wiatru i złocą w słońcu, a na zboczach wzgórz czerwienią się krzewy. Na bezkresnych pastwiskach pasą się stada owiec i krów, a gdzieniegdzie można spotkać stada guanaco  i strusi nandu. Gdy przyzwyczailiśmy się do tego pozornie monotonnego krajobrazu, zaczęliśmy dostrzegać coraz więcej. Widzieliśmy wielkie drapieżne ptaki żerujące na zającach, które nie miały za wiele szczęścia w spotkaniu z pędzącymi samochodami i ogromne kondory, majestatycznie kołujące w oczekiwaniu na łup.

Jechaliśmy powoli, przystawaliśmy nad rzekami wypływającymi z Lago Argentina i Lago Viedma, gdzie Mazer zasadzał się na legendarne patagońskie pstrągi i łososie.

Kierując się na północ, w tempie dowolnym i z milionem postojów, pod wieczór dotarliśmy do El Chalten, miasteczka leżącego w dolinie pod postrzępionym pasmem górskim Fitz Roy. Końcowy odcinek drogi jest zupełnie prosty. Prze kilkadziesiąt kilometrów obserwowaliśmy, jak słońce zachodziło za jednym z najbardziej niezwykłych łańcuchów, jakie widzieliśmy. Jednym ze szczytów jest właśnie legendarny Fitz Roy, góra niema mityczna wśród alpinistów i wspinaczy, obrośnięta legendami i niedomówieniami, pobudzająca wyobraźnię. Tej nocy zasnęliśmy w jej cieniu, przy spokojnej zatoce Bahia Tunel. Dziś trochę żałujemy, że nie poszliśmy choć na krótki spacer w góry.

Następnego ranka, wyjątkowo wyspani po nocy spędzonej w aucie, ruszyliśmy z powrotem do „bazy”.  Wypożyczonym samochodem mogliśmy przejechać jedynie 300 km dziennie, więc wracaliśmy do El Calafate tą samą drogą. Tego dnia jechaliśmy sprawnie. Na patagońskich drogach jest mało samochodów i zakrętów, dlatego jazda tam, to sama przyjemność.

Na oddanie samochodu byliśmy umówieni dopiero następnego dnia rano, dlatego zatrzymaliśmy niedaleko miasteczka, nad rzeką, gdzie spędziliśmy idealne popołudnie. Znaleźliśmy palenisko i coś w rodzaju rusztu, na którym upiekliśmy sobie cienkie steki z argentyńskiej wołowiny, otworzyliśmy butelkę malbeca, po czym w cieniu złotych topoli oddaliśmy się wakacyjnym przyjemnościom, czyli czytaniu, wędkowaniu i niekontrolowanym drzemkom :]

Rano przejechaliśmy w zupełnej ciemności ostatni odcinek trasy. Na stacji benzynowej złapaliśmy piękny wschód słońca, przygotowaliśmy samochód do oddania i obejrzeliśmy newsy z wyborów prezydenckich w Peru, z których rozpoznaliśmy wszystkie wymieniane nazwiska. Gdy udało nam się w końcu oddać samochód (facet z agencji strasznie się spóźniał), wsiedliśmy w taksówkę, która zawiozła nas na lotnisko i tak skończyła się nasza trzydniowa przygoda w argentyńskiej Patagonii. Kilka godzin później wysiedliśmy w gorącym Buenos Aires, ale o tym jutro.

Lub pojutrze. Watch that space :]

Reklamy

One thought on “Patagonia (nasza).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s