Przez Chile na „koniec świata”.

Drugiego kwietnia w Puerto Montt w Chile lało jak z cebra. Gdy kapitan ogłosił początek manewrów wyjścia z portu, staliśmy na najwyższym pokładzie promu Puerto Eden, zaraz nad mostkiem. Widoczność była nienajlepsza, właściwie tego się spodziewaliśmy. Właśnie skończyło się lato i jesień rozwijała skrzydła. W Patagonii, na skraju której się znajdowaliśmy, oznaczało to tylko jedno – jeszcze więcej wiatru i deszczu niż zazwyczaj. Otaczała nas gęsta mgła, która zasłaniała wszystko, po co się tu wybraliśmy, czyli niezwykły krajobraz Fiordów Patagonii. Byliśmy jednak zbyt szczęśliwi, że zaczynamy kolejną wodną przygodę, by taki szczegół jak zmienna pogoda popsuł nam humory.

Staliśmy więc na deszczu, ściskając w rękach plastikowe kubeczki z gorącą kawą rozpuszczalną i chłonęliśmy każdy detal, każdy manewr, który ordynował kapitan. Wielki Puerto Eden, wyruszał w swój ostatni rejs na południe, na trasie którą pływał już ponad dwadzieścia lat. Po dotarciu do celu czekał go już tylko powrót na północ, do Puerto Montt, a potem długi rejs do Ekwadoru, gdzie miał zakończyć swój czterdziestoletni żywot. My natomiast wyruszaliśmy na ostatni rejs naszej podróży przez Ameryki. Na pokładzie Puerto Eden mieliśmy dotrzeć do celu, na „koniec świata”, czyli do Ziemi Ognistej.

Tego dnia mijał drugi tydzień naszego pobytu w Chile, które po początkowym szoku kulturowym, jaki przeżyliśmy przekraczając granicę na pustyni, coraz bardziej nam się podobało.

Boliwia pożegnała nas samotnym posterunkiem granicznym ulokowanym niedaleko Laguna Verde. Spędziliśmy tam kilka godzin w oczekiwaniu na autobus, który zabrał nas do Chile. Gdy tylko wjechaliśmy na terytorium tego kraju pojawiły się gęsto ustawione znaki drogowe. Tu informacja o zakręcie, tam o odległości do najbliższego miasta – w ciągu pięciu minut zobaczyliśmy ich więcej niż przez ostatnie pięć dni! Gdy koła autobusu dotknęły asfaltu kierowca wykrzyknął w dumą: witamy w cywilizacji! :] Mimo tego, że wciąż byliśmy na pustyni, wiedzieliśmy, że coś się bezpowrotnie skończyło i czekają nas wielkie zmiany.

Dowodem na to, że kierowca miał rację, był już posterunek graniczny w miejscowości San Pedro de Atacama, wyposażony w komputery, pełen miłych strażników biegle władających językiem angielskim. Po załatwieniu wszystkich niezbędnych formalności wraz z naszymi nowymi Znajomymi z Jeepa zagłębiliśmy się w zapomniany świat Turystycznej Miejscowości z Prawdziwego Zdarzenia. Co to znaczy? San Pedro de Atacama, jak sama nazwa wskazuje jest położone na pustyni Atacama, nazywanej czasem najsuchszym miejscem na świecie. Mimo tak ekstremalnej lokalizacji jest wyposażone we wszystko, czego nowoczesny turysta może potrzebować i tak oto na przykład znaleźliśmy się w banku z trzema bankomatami, klimatyzacją i większą ilością pleksi i kolorowych reklam, niż widzieliśmy przez ostatni miesiąc.

Szybko zorientowaliśmy się, że ceny są znacznie wyższe niż te, do których zdążyliśmy już przywyknąć. Wrażenie to potęguje fakt, że Chilijczycy operują tysiącami, co po Boliwii, gdzie obiad na targu kosztuje 3 bolivianos sprawia szczególnie niekorzystne wrażenie. Dostosowaliśmy się więc do sytuacji. Znaleźliśmy przystanek autobusowy jednego z przewoźników i kupiliśmy bilety na nocny autobus do La Serena. Chcieliśmy przedostać się jak najdalej na południe, 17 godzin jazdy wydawało się nam jednak wystarczająco długim przerzutem. Potem, w oczekiwaniu na odjazd autobusu spędziliśmy trochę czasu z Kolegami z Jeepa. Żegnając się z nimi, po raz pierwszy podczas tej podróży mieliśmy uczucie, że chcielibyśmy ich jeszcze kiedyś spotkać. Mało prawdopodobne, ale kto wie?

Siedemnastogodzinna podróż była dla nas zaskoczeniem. Po pierwsze autobus odjechał i przyjechał o czasie. Po drugie droga po której jechał była w większości dwupasmowa, więc utrzymywał stałą prędkość 100 km/h. W dodatku wcale nie byliśmy wykończeni, a nawet można powiedzieć, że się wyspaliśmy. Wieczorem steward przykrył nas ciepłym kocem, a rano wręczył nam pudełeczko z ciastkiem i porcją soku. W ciągu jednej nocy przejechaliśmy około 1000 km i znaleźliśmy się mniej więcej w jednej trzeciej wysokości kraju. Wszystko to było dla nas dużym zaskoczeniem.

W La Serena spędziliśmy więcej czasu niż początkowo planowaliśmy. Chcieliśmy się tylko wyspać i odpocząć przed dalszą podróżą. Spędziliśmy tam jednak trzy noce, spacerując po miasteczku, przyzwyczajając się do chilijskiej rzeczywistości, cen, jedzenia i zwyczajów. Hostel, do którego przenieśliśmy się drugiego dnia w dużej mierze przyczynił się do wydłużenia tego pobytu. Mieliśmy do dyspozycji świetlistą kuchnię i zacienione patio, internet i pralkę. Kombinacja idealna na odpoczynek od pustynnych niewygód :] Mieliśmy również nadzieję, że ocean nad którym leży La Serena pozwoli nam zapomnieć o bezkresnej suszy, ale plaża nie była najpiękniejsza, a woda lodowata, więc ograniczyliśmy się do jednego krótkiego spaceru.

W końcu ruszyliśmy dalej. W ciągu jednej nocy przejechaliśmy do Puerto Montt. Przesiadaliśmy się w Santiago, stolicy Chile i to był nasz jedyny kontakt z tym miastem. Dziś trochę żałujemy, że nie zatrzymaliśmy się tam na dłużej. Wszyscy ludzie, z którymi potem rozmawialiśmy wspominali Santiago z iskrą w oku, a nam na potwierdzenie tego że to świetne miasto wystarczą okolice dworca autobusowego. Jeśli taka okolica nocą jest zachęcająca, to reszta miasta musi po prostu „rządzić”. No cóż – następnym razem :]

Zanim dojechaliśmy do celu, zmienił się krajobraz. Pojawiły się pagórki, liściaste drzewa i bezkresne łąki. Zrobiło się zdecydowanie zimniej, a przy dwupasmówce stały punkty serwisowe samochodów zachodnich marek. Widok ten ukazał się nam zaraz po przebudzeniu i przez moment mieliśmy wrażenie, że jesteśmy gdzieś w okolicach Poznania…

Do Puerto Montt przyjechaliśmy w niedzielę. Nie mogliśmy znaleźć żadnej otwartej kafejki internetowej (chcieliśmy potwierdzić nas rejs), a drzwi kolejnych hotelików i hosteli otwierali nam ludzie ubrani w piżamy. Dotarło do nas, że nie jest to szczyt sezonu turystycznego :]. Nasz statek odpływał dopiero za kilka dni, dlatego przenieśliśmy się na camping oddalony od Puerto Montt o jakieś 20 km.

Camping Anderson jest cu-do-wnym miejscem. Byliśmy jego jedynymi gośćmi, mieliśmy więc całą łąkę dla siebie. Miejsce należy do pana Andersona, Amerykanina mieszkającego od 25 lat w Chile. Mieszka w pięknym domu na wzgórzu nad zatoką. Ma sporo ziemi, hoduje dziki, owce, kury, indyki i gęsi. Ma ogród, szklarnię i trzy psy. Od samego początku wiedzieliśmy, że będzie nam tam dobrze.

Sześć dni pobytu minęło nam błyskawicznie. Nie przeszkadzały nam ani zimne jesienne noce, ani ulewne deszcze (tylko na ostatnią noc przenieśliśmy się do szopy). Pan Anderson pożyczył nam butlę gazową z kuchenką, więc Mazur po raz kolejny ujawnił swój kucharski talent, gotując wyśmienite gulasze, zupy i inne pomysłowe mikstury :]. Między gotowaniem, wędkowaniem i spacerowaniem z psami, każdego dnia poświęcaliśmy kilka godzin na prace polowo-farmerskie, dzięki czemu na campingu mieszkaliśmy za friko. Z nieukrywanym żalem, na dzień przed rozpoczęciem rejsu opuściliśmy pana Andersona i wróciliśmy do Puerto Montt.

Następnego dnia w eleganckim portowym terminalu odebraliśmy karty pokładowe. Ku naszej wielkiej radości okazało się że zamiast 14 osobowej kajuty w której kupiliśmy miejsca, dostaniemy czteroosobowe lokum w dodatku tylko dla naszej dwójki. Super!

To był dopiero początek. Na statku spędziliśmy cztery dni i trzy noce. Rozkład każdego dnia był podobny. Wstawaliśmy razem ze słońcem na śniadanie. Brzmi imponująco, ale w praktyce oznaczało to pobudkę o 8:00 rano. Czasem na chwilę przed tą godziną nasz „pilot” ogłaszał, że właśnie mijamy jakąś cieśninę, lub wrak statku, albo że właśnie przepływa obok nas rodzina wielorybów. :]

Cały rejs wypełniony był obserwacjami. Większość czasu spędzaliśmy w okolicy mostka, z którego były zdecydowanie najlepsze widoki – Mazer niemalże nie odklejał lornetki od oczu. Udało się nam zobaczyć pingwiny (pierwszy wzbudził sensację na pokładzie, potem nawet duże kolonie łapiące słońce na szerokich głazach nie robiły już na nas takiego wrażenia). Widzieliśmy orki, humbaki, delfiny, kormorany i wiele innych ptaków. Najlepsze było to, że na mostek można było wchodzić, a oficerowie i kapitan spokojnie tłumaczyli wszystkim, do czego służą wajchy, co pokazują niezliczone ekrany, pomiary i pikające pudełeczka.  Tylko w trakcie trudniejszych manewrów mostek odgrodzony był linami, kapitan zakładał szczęśliwy biały szalik i spokojnym, doświadczonym głosem wydawał komendy.

Nie nudziliśmy się ani przez chwilę. Regularny tryb życia na statku był dla nas miłą odmianą. Punktualnie wydawane posiłki, majestatyczne góry przesuwające się za burtą, mgły, deszcze i lekkie bujanie przez tych kilka godzin, gdy wypłynęliśmy na otwarty Pacyfik (choroba morska dopadła wszystkich, tylko nie Mazera ;]) – całość złożyła się na idealny etap naszej podróży.

Poza kilkoma godzinami na pełnym morzu cały czas płynęliśmy pośród gór i licznych wysp. Przemierzaliśmy zatoki, kanały i fiordy. Puerto Eden to duży prom z umocnionym dziobem co daje mu status lodołamacza, mimo gabarytów sprawnie przedzierał się przez najwęższe przesmyki w labiryncie chilijskiego wybrzeża.

Ostatniego dnia o poranku, głos z megafonów odezwał się nieco wcześniej niż zwykle, około siódmej przepływaliśmy przez najwęższy punkt na naszej trasie – osiemdziesięciometrową cieśninę. Gdy tylko Puerto Eden przepłynął ten newralgiczny punkt naszym oczom ukazała się wielka zatoka. Na horyzoncie różowiły się ośnieżone szczyty gór, a w oddali migotały kolorowe zbudowania Puerto Natales. Za kilka godzin mieliśmy zejść na ląd i jechać w dalszą drogę na południe…

Pomińmy fakt, że my po prostu lubimy pływać łodziami wszelkiej maści. Jak się spojrzy na mapę końcówki Ameryki Południowej, pokonanie jej drogą morską wydaje się być właściwym rozwiązaniem. Przybliżyliśmy się do naszego celu w wielkim stylu.

*

Puerto Natales jest dość uroczym południowo Chilijskim miasteczkiem. Gdyby nie język na ulicach, można by pomyśleć, że jest się w jakimś nadmorskim miasteczku w Stanach, czy Europie. Eleganckie sklepy, loga wszystkich znanych firm i zatrzęsienie hoteli. Puerto Natales jest punktem wypadowym do Parku Narodowego Torres del Paine. O tej porze roku pogoda jest tam jednak co najmniej „niestabilna” postanowiliśmy więc nie ryzykować i zrezygnowaliśmy z wyprawy do parku. Nie chcieliśmy jednak tracić czasu, zdecydowaliśmy więc ruszyć w kierunku Ushuaia, do Punta Arenas nad cieśniną Magellana. Znaleźliśmy autobus, w którym dołączył do nas Ugo, znajomy Włoch ze statku, i po kilku godzinach osiągnęliśmy cel.

Niestety w międzyczasie pogoda bardzo się popsuła. W Punta Arenas tak lało, że zdecydowaliśmy się na hostel, którego naganiacze czekali na podróżnych na dworcu autobusowym, oferując podwózkę samochodem pod same drzwi. W hostelu przypięliśmy się do internetu szukając najlepszych połączeń z Ushuaia. Ceny statków były dla nas dużo za duże, a droga, którą obraliśmy wcześniej okazała się nie do przebycia bez własnego środka transportu.

Byliśmy skazani na autobusy. Gdy wieczorem trochę się przejaśniło, wybraliśmy się na polowanie na bilety. Tu spotkała nas kolejna niespodzianka. Ceny biletów autobusowych z Punta Arenas do Ushuaia też nie należały do najtańszych. Nagle nasze dążenie do ostatniego miasta na południu wydało się nam czystą ekstrawagancją. Po długiej naradzie postanowiliśmy, że naszym miejscem „najbardziej na południu” będzie Punta Arenas. Chcieliśmy jeszcze zobaczyć lodowiec Perito Moreno, dla którego musieliśmy zboczyć mocno z trasy do Buenos Aires, dlatego decyzja o porzuceniu planów zobaczenia Ushuaia, nie była aż tak bolesna.

Poza tym, ludzie mówią, że poza świadomością bycia na końcu świata (z czym można dyskutować) nie ma tam nic ciekawego :].

Zamiast biletu na południe, kupiliśmy więc bilet na północ. Spędziliśmy świetny wieczór w towarzystwie Hugo i Andrew, Amerykanina, oceanologa który w Punta Arenas czekał na statek, który miał go zabrać na Antarktykę. Andrew bada prądy morskie które w okolicach Antarktyki są ponoć dość niezwykłe.

Następnego ranka, mocno „wczorajsi” wyruszyliśmy w drogę. Po kilku godzinach dotarliśmy do granicy z Argentyną. Nie przeszkadzał nam wiatr, ani długie kolejki po pieczątki wjazdowe. Marzyliśmy już tylko o rzekach pełnych pstrągów, lodowcach i soczystej argentyńskiej wołowinie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s