Witamy w Boliwii, czyli o tym jak polecieliśmy w kosmos :]

Kupno biletu samolotowego namieszało nam w głowach. Gdy go nie mieliśmy moment powrotu do domu był nieokreślony. Nie przywiązywaliśmy do niego najmniejszej uwagi. Istniał gdzieś w przyszłości i gdzieś na południu kontynentu, przyciągając nas do siebie nieubłaganie, ale nie stanowczo. Wiedzieliśmy więc, że musimy się wciąż poruszać do przodu, wciąż na południe, nie kręcić się za bardzo, trzymać kurs.

W momencie, w którym kupiliśmy bilet dalsza część podróży nabrała realnego wymiaru w czasie. Nagle okazało się, że mamy przed sobą nie więcej niż siedem tygodni podróżowania i co najmniej cztery kraje do przejechania. Od początku wyprawy wiedzieliśmy, że wrócimy do Polski tak, żeby nacieszyć się latem. Nic nie uległo więc drastycznym zmianom. Chodzi o to, że zakreślona na czerwono data „końca podróży” sprawiła, że nagle poczuliśmy się, jakby podróż już się skończyła. A przecież wciąż mamy ponad miesiąc czasu… nie wiadomo, czy cieszyć się z powrotu, czy smucić końcem przygody. Emocjonalny bałagan.

Jedno było pewne: musimy przyspieszyć.

Z Cuzco ruszyliśmy więc w kierunku Jeziora Titicaca. Postanowiliśmy zrezygnować z atrakcji takich jak wizyta na pływających wyspach, które nawet według przewodnika sprzed dziesięciu lat stały się turystycznym cyrkiem zupełnie odklejonym od tradycyjnych korzeni. Pojechaliśmy więc do Puno, a potem prosto do Kasani na granicy z Boliwią. Dotarliśmy tam już po zmroku, biegając między punktami kontrolnymi, żeby tylko zdążyć przez zamknięciem i nie utknąć na noc na 10 km przed celem. Była nim miejscowość Copacabana, położona malowniczo nad samym jeziorem.

Udało się nam dotrzeć do niej szczęśliwie taksówką collectivo, w której poza nami jechała jeszcze ubrana w odświętny strój boliwijska kobieta i jej ululany w sztok mąż, którego karmiła bez słowa całą drogę, mając nadzieję na szybkie otrzeźwienie. Nie zdziwił nas ten widok, gdyż we wszystkich wioskach, które mijaliśmy odbywały się huczne imprezy. Był to wtorkowy wieczór przed środą popielcową, czyli ostatnia noc karnawału.

My jednak nie świętowaliśmy. Znaleźliśmy przytulny hostel, w którym dostaliśmy pokój na trzecim piętrze, z tarasem i bezkresnym widokiem na jezioro. Jackpot. Copacabana przywitała nas jak najlepiej. Następnego dnia odkryliśmy targowisko w głębi miasteczka, które żywiło nas za rozsądne boliwijskie stawki (ceny w Boliwii należą do tych bardziej przyjaznych). Zamiast wycieczki na Wyspę Słońca, która jest jedną z głównych atrakcji Copacabany, wybraliśmy wspinaczkę na tamtejszą Kalwarię, ale nie po bożemu, po ścieżce między stacjami drogi krzyżowej, a od strony jeziora, gdzie trasę wyznaczał nieustraszony Mazer. Wycieczka była krótka, ale intensywna. Widoki zapierały dech w piersiach. Naładowaliśmy akumulatory i następnego dnia, z samego rana ruszyliśmy dalej, na południe, do La Paz – jednej z dwóch stolic Boliwii.

Na początku droga wiła się wzdłuż brzegu jeziora. Na horyzoncie pojawił się łańcuch ośnieżonych andyjskich szczytów, świeciło słońce, niebieskie niebo odbijało się od tafli wody, a my nie mogliśmy odkleić nosów od okna autobusu. Jechało się tak sielsko aż do momentu, w którym skończyła się droga, wszyscy przesiedli się na łódkę, która przeprawiła nas na drugą stronę cieśniny. A autobus? Poczekał na swoją kolej i wjechał na tratwę niewiele większą od jego obrysu. Widok był co najmniej komiczny, a my, na tym etapie już rzadko się dziwimy lokalnym rozwiązaniom.

La Paz które widzieliśmy było którymś już z kolei urbanistycznym koszmarem, które w tamtym czasie nas nawiedzały. Jakoś nie mamy szczęścia do pięknych miast na naszej drodze. Od Arequipy w Peru, z wyjątkiem Cuzco i okolic, jechaliśmy wciąż pustynnym szlakiem. Wyglądało to mniej więcej tak:

Mijaliśmy wsie i miasta, które niewiele się od siebie różnią. Wszystkie są w kolorze otaczającej je ziemi – rude, błotne, nijakie. Domy, mury, zagrody w wioskach budowane są z cegieł zrobionych z suszonej na słońcu gliny. Dachy są czasem blaszane, czasem słomiane. Nie ma trawników, ani drzew. Wiecznie zakurzony krajobraz miejski zlewa się z bezkresnym horyzontem. Nie mogliśmy sobie wyobrazić, jak mieszka się w takich miejscach. Przez takie okolice jechaliśmy już drugi tydzień i byliśmy tym zmęczeni. La Paz nie było lepsze. Przejeżdżając przez skraj doliny, w której jest położone, widzieliśmy je całe: domki i domeczki oblepiały zbocza po horyzont. Rozmiar zrobił na nas wrażenie, ale wszystko było ceglano szare. Bez tynku, bez farby, wszędzie sterczały druty zbrojeniowe w nadziei, że „kiedyś” „może” dobuduje się trzecie piętro. Budynki w większości są niezamieszkane, a okna puste, co potęguje tylko wrażenie bezsensu. Wokół nas panowała ceglana budowlana samowolka i chaos.

W dodatku kierowca skończył bieg w jakiejś zatoczce w głębi osiedla, zupełnie nie wiadomo gdzie. Spytaliśmy więc, gdzie jest dworzec autobusowy. Odpowiedział, że to niedaleko, jakieś osiem przecznic stąd.

Większość miast pokolonialnych jest zbudowana na planie siatki równoległych ulic, odległości i kierunki podaje się więc w przecznicach. W La Paz jednak, ulice kręcą się we wszystkich kierunkach i nie bardzo mieliśmy pojęcie jak kierowca policzył sobie te przecznice. Razem z nami dworca szukała para Argentyńczyków. Wydawało się nam, że to zrządzenie losu, bo przecież dużo sprawniej dogadają się po hiszpańsku z Boliwijczykami. Po kilku pytaniach o kierunek okazało się jednak, że rozumieją mniej więcej tyle samo, co my. Trochę nas to podbudowało, ale nie przybliżało jakkolwiek do celu, który kolejni pytani przechodnie wskazywali w wykluczających się kierunkach. Po godzinnym, mętnym spacerze dotarliśmy jednak na dworzec. Argentyńczycy pojechali do Potosi, a my do Oruro, kolejnego pustynnego miasteczka, które nie ma za dużo do zaoferowania (prócz rozległych złoży miedzi). Znajduje się tam jednak północny kraniec boliwijskiej sieci kolejowej i właśnie po to tam pojechaliśmy.

W samym mieście rzeczywiście niewiele przykuwało uwagę. Odprawiliśmy więc rytuał, który powtarzamy w takich „przelotowych” miejscach. Znaleźliśmy nocleg, kupiliśmy pieczonego kurczaka z frytkami na wynos, po piwie na głowę i wróciliśmy do hostelowego pokoju, gdzie oddaliśmy się obżarstwu i oglądaniu telewizji. Tym razem do kurczakowo-telewizyjnego rytuału włączyliśmy zakup biletów na pociąg. W kasie okazało się po raz kolejny, że szczęście nas nie opuszcza, bo pociąg do Uyuni, nie jeździ codziennie, ale kolejnego dnia akurat jest jego (nomen omen) kolej.

Kolejowa przeprawa z Oruro do Uyuni jest dużo przyjemniejsza, niż jazda autobusem. Trasa prowadzi przez boliwijską wysoką równinę, nazywaną altiplano. Pociąg odjeżdża o trzeciej po południu, jest więc trochę czasu, żeby w świetle dziennym przyglądać się krajobrazom, chmurom i zachodowi słońca, który jest takim spektaklem światła i cienia, jakiego nie widzieliście nad żadnym morzem świata. Mimo tego, że jedzie się cały czas po płaskim, wiele się zmienia. Na początku pociąg sunie po torach ułożonych na grobli, zaraz nad powierzchnią rozległej laguny. Potem laguna zmienia się w pustynię, na której nieoczekiwanie pojawia się wioska, potem druga, potem zachodzi słońce, robi się zimno i można się tylko domyślać, co zastanie się na stacji docelowej, czyli w Uyuni.

Samo Uyuni nie jest jakoś szalenie ciekawe. Ot kilka ulic na krzyż, kilkadziesiąt noclegowni w każdym standardzie, tyle samo pizzerii i barów, kilka straganów z „pamiątkami z Boliwii” (tymi samymi, co w Ekwadorze i Peru) i sto pięćdziesiąt agencji turystycznych. Bez tych agencji, o tej porze roku zwłaszcza, nie da się zobaczyć największego cudu natury, jaki się tu znajduje i który jest powodem istnienia mieściny takiej jak Uyuni.

Salar de Uyuni, bo o nim mówimy, był jednym z niewielu celów, których byliśmy pewni zanim jeszcze wyjechaliśmy z Lublina. Ba! Był na liście marzeń, zanim nawet zdecydowaliśmy się na tę podróż. Salar, czyli pustynia solna, jest pozostałością po słonym jeziorze, które znajdowało się na terenie Boliwii i Peru dwa i pół miliona lat temu. Dziś woda pojawia się tylko na początku roku. Nie można wtedy wjechać na salar motorem, czy rowerem, nie można po nim przejść na piechotę (a czytaliśmy o takich śmiałkach). Jedynym sposobem dostania się choćby odrobinę w głąb pustyni jest wykupienie wycieczki w jednej ze wspomnianych agencji, które wysyłają zainteresowanych w karawanach jeepów. Jak szybko się przekonaliśmy, woda na salarze ma swoje plusy – niebo i chmury odbijają się w niej jak w bezkresnym lustrze, horyzont znika gdzieś w oddali, przez co wydaje się, że wszystko wokół zawieszone jest w nicości.

Pierwszy dzień spędziliśmy na wyborze agencji. Przez kilka godzin zastanawialiśmy się nawet, czy nie zrezygnować. Cena trzydniowej wycieczki, pod koniec której mieliśmy znaleźć się w Chile, wynosiła 600-650 boliwijskich peso od osoby, co przekraczało nasz budżet. W dodatku mieliśmy złe doświadczenia z agencją z Meksyku, która obiecywała wiele, zmieniając plan bez słowa. Nie chcieliśmy też, żeby okazało się, że będziemy skazani na trzy dni z ludźmi, z którymi nie będzie mieli o czym gadać. Okazało się jednak, że dokonaliśmy właściwego wyboru (i ze spokojnym sumieniem możemy polecić agencję Cristal) podobnie jak nasi towarzysze podróży. Jechała z nami młoda Amerykanka mieszkająca w Izraelu, jeszcze młodsza Niemka (zaraz po maturze), podróżująca samotnie po Ameryce Południowej oraz para Anglików, prześmiesznych, bezpośrednich i przebojowych. Do tego oczywiście kierowca, który nas także karmił (na salarze jedliśmy mięso z lamy!!!) i troszczył się o nas jak dobry wujek. Mieszanka wyśmienita.

No ale najważniejsze było to, po co tam pojechaliśmy, czyli krajobrazy. Na  trzy dni przenieśliśmy się w zupełnie inny świat. W ciągu całej wycieczki widzieliśmy nie tylko Salar de Uyuni, ale także kolorowe laguny, których barwa zależy od minerałów leżących na dnie, stada flamingów, skaliste doliny, które erozja wyrzeźbiła w najróżniejsze kształty, góry o zboczach w siedmiu kolorach, dzikie vicunie (krewne lam) i nandu (krewne strusia), gejzery, gorące źródła i dużo, dużo piasku, kamieni, wiatru i słońca. Nocami gorąca pustynia zamieniała się mroźne pustkowie. W ciągu drugiego dnia z tęsknotą mówiliśmy o drzewach, potem o jakiejkolwiek wegetacji. Wszystko to na wysokościach około 4000 m n.p.m. Droga, którą jeżdżą jeepy z turystami nie różni się niczym od otaczających terenów, jest gruntowa, a raczej piaskowa, czy czasem kamienista. Traciliśmy orientację i oddech nie mogąc uwierzyć, że w tym kosmicznym krajobrazie żyją ludzie (pierwszej nocy spaliśmy w wiosce San Crisrobal).

Od początku wiedzieliśmy, że boliwijskich doświadczenie uda się nam się ani dobrze opowiedzieć, ani sfotografować. Świat, w którym żyliśmy, przez te trzy dni, był po prostu nie do opisania. Z jednej strony przywodził na myśl inne planety i filmy science-fiction, z drugiej uświadamiał, że Ziemia jest właśnie jedna z „planet we wszechświecie”, nie mniej zadziwiającą, niż wszystkie inne razem wzięte. Prawdopodobnie brzmi to banalnie, ale jakoś tak się dzieje, że próby opisania najbardziej niezwykłych przeżyć niebezpiecznie ocierają się o banał.

Tym razem, zamiast tekstu, przez który i tak na ogół przebijają się tylko wybrani proponujemy dużo, dużo zdjęć :]

 

Reklamy

3 thoughts on “Witamy w Boliwii, czyli o tym jak polecieliśmy w kosmos :]

  1. Ziemia jest właśnie jedna z „planet we wszechświecie”
    To prawda, ale ludzie są jedyni! Więc i Wy – razem i pojedynczo! Kto czyta? Kilka osób, ale przecież nie po to się pisze, by wiele osób czytało (choć miło, gdy tak jest). Ważne, co w Waszej wyobraxni zostaje – to większy jeszcze skarb, niż piękne (niektóre przepiękne) zdjęcia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s