Ekspresem przez Peru, czyli z Amazonii do Machu Picchu.

Samolotami przedostaliśmy się z gorącej i parnej Amazonii na suche i zimne wyżyny Peru, do Arequipy. W oczekiwaniu na drugi lot spędziliśmy pół doby na lotnisku w Limie. Było to dość mocne zderzenie z cywilizacją po prawie dwóch tygodniach spędzonych w dżungli, w wioskach, gdzie prąd i woda dozowane są od święta, a na telewizję chodzi się do sąsiada. Nagle poczuliśmy się, jakbyśmy wracali już do domu, jakby nasza podróż właśnie się kończyła i nie czekało nas już nic więcej. Być może było tak dlatego, że doświadczenia ze spływu Rio Napo do Amazonki trudno będzie z czymkolwiek porównać, a może po prostu widok eleganckich ludzi z czystymi walizkami, sklepów z drogimi, pięknymi przedmiotami, dźwięki zapowiedzi lotów do europejskich miast, wszechobecny zgiełk i pośpiech przypomniały nam, że życie, które teraz prowadzimy, to tylko wakacje od codzienności. Cokolwiek by to nie było, noc na lotnisku w Limie zasiała ziarno niepokoju.

Mieliśmy prosty plan. Z Arequipy przedostać się jak najszybciej nad Kanion Colca – jeden z dwóch najgłębszych kanionów na świecie. Tam chcieliśmy spędzić jeden dzień i ruszyć dalej, czyli wrócić do Arequipy i jechać do Cuzco. Okazało się, że „jak najszybciej” się nie da. Miejsca w autobusach do Colki były wyprzedane, i mogliśmy wyruszyć dopiero o drugiej nad ranem następnego dnia. Po nocy spędzonej na lotnisku nie chcieliśmy koczować, tym razem na dworcu autobusowym, wynajęliśmy więc pokój w hoteliku położonym najbliżej wyjścia z dworca. Tam, w pomieszczeniu 3 na 4 metry zasnęliśmy snem kamiennym. Obudził nas wieczorem przeciągły krzyk pani, która zachwalała kolacje wydawane w jej lokaliku; „Ceeeena, ceeena, sopa de pooooollo, secundo, mate, ceeeeeena, ceeeeeeeenaaaaa”.  Głos miała tak donośmy, a my jedliśmy tak dawno, że nie trzeba nas było długo namawiać. Zbiegliśmy na dół, zjedliśmy i wróciliśmy spać – zostało nam jeszcze kilka godzin do odjazdu.

W końcu, gdy wstaliśmy w środku nocy, spakowaliśmy się i wyszliśmy z budynku, skierowaliśmy nasze kroki w stronę bramy dworcowej, cieć krzyknął za nami, że nie można tam iść, bo zamknięte. Cały nasz misterny plan wziął w łeb – specjalnie ulokowaliśmy się blisko dworca, żeby nie chodzić po nocy, a tu facet mówi nam, że trzeba obejść dworzec dookoła, to jakieś dziesięć minut, ale jest niebezpiecznie, więc trzeba wziąć taksówkę…

Musicie wiedzieć, że z taksówkami w Ameryce Południowej bywa różnie. Tych, którzy się tu wybierają straszy się tzw. express kidnaps, czyli porwaniami turystów, w celu zastraszenia i ograbienia z cennych przedmiotów, a przede wszystkim z kart bankowych. Turystów trzyma się tak długo, aż z konta wyciągnie się ostatnie pieniądze. Potem gołych i wesołych wypuszcza się na wolność. Takie historie nie są odosobnione. Staramy się więc być ostrożni, z taksówek korzystamy możliwie rzadko i wykorzystujemy wszystkie swoje wrodzone i nabyte zdolności, żeby trafnie ocenić, czy facet z którym jedziemy to prawdziwy taksiarz, czy porywacz.  Póki co (tfu tfu) się udaje. O Arequipie czytaliśmy, że grasują tu właśnie tacy pseudo-taksówkarze i żeby uważać na mini taksówki w tico. (Tak, tak, nasze, swojskie Daewoo Tico)

Ani się obejrzeliśmy, a już cieć hotelowy machnął na przejeżdżającą taxi-tico. W przewodniku piszą, żeby do tico złapanego na ulicy nie wsiadać. Co robić? Szybka wyliczanka i ładujemy się do tico :] Wyobraźcie sobie dwie dorosłe wysokie osoby załadowane na tylną kanapę tico, z plecakami na kolanach. Na tym aspekt humorystyczny się kończył, bo nam wcale nie było do śmiechu. Obserwowaliśmy każdy ruch kierowcy, każdy zakręt. Na szczęście facet zawiózł nas prosto pod nocną bramę dworca, ale sytuacja była stresogenna :]

Kanion Colca, choć rzeczywiście głęboki i majestatyczny nie zrobił na nas wielkiego wrażenia. Po raz pierwszy żałowaliśmy obranej trasy. Chcieliśmy zejść na jego dno, ale stojąc na szczycie doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu schodzić, a potem wspinać się z powrotem trasą, którą całą widać jak na dłoni. Jednak z górami jest to lepiej wymyślone. Wysokość, na której dość szybko się znaleźliśmy (3287 m n.p.m.) wdawała się nam we znaki, postanowiliśmy więc wrócić do pokoju i odespać noc spędzoną w autobusie. Po południu przyglądaliśmy się jeszcze czemuś w rodzaju lokalnego festiwalu kukurydzy, co akurat było najjaśniejszym punktem pobytu w Cabanaconda.

Następnego dnia rano, zgodnie z planem, nie zmęczeni trekkingiem, ale za to wyspani za wszystkie czasy, rozpoczęliśmy najdłuższy, jak do tej pory, maraton autobusowy. Najpierw pojechaliśmy z powrotem do Arequipy przez wyżyny mgliste i śnieżyste. Mijaliśmy zachwycający rezerwat Salinas y Aguada Blanca, gdzie po raz pierwszy widzieliśmy flamingi!!! W Arequipie mieliśmy półtorej godziny do odjazdu autobusu do Cuzco – wykorzystaliśmy je na odblokowanie karty, którą nasz bank skutecznie blokuje kilka razy na miesiąc, a żeby ją odblokować trzeba skorzystać z internetu i odbyć na skajpie półgodzinną rozmowę weryfikującą. Pech chciał, że na komputerach w dworcowej kafejce nie było skajpa. Trzeba więc go było ściągnąć, a strona skajpa jest tak mądra, że automatycznie ustawia język, na podstawie IP komputera, z którego się na nią wchodzi. Nasz hiszpański jest zaskakująco komunikatywny jeśli chodzi o życie codzienne, ze ściąganiem i instalowaniem programów jest już trochę gorzej. Pomińmy milczeniem fakt, że Mazer w którymś momencie przestawił język skajpa na węgierski…jakoś daliśmy sobie radę :]

Maraton autobusowy dalej wyglądał tak: nocny autobus do Cusco (klasa nazwijmy to: popularna), tam taksówka na drugi terminal i poranny autobus do Santa Maria. Z zapowiadanych pięciu godzin robi się siedem włączając w to naprawę bliżej niezidentyfikowanej części podwozia. W Santa Maria wysiadamy skołowani trasą, która wiedzie przez góry i przełęcz na wysokości dobrze powyżej 4000 m n.p.m., przesiadamy się w taxi colectivo do Santa Teresa. Droga z Santa Maria do Santa Teresa jest jedną z tych, które łatwo mogą przenieść pasażerów w grono świętych. To znaczy, że wiedzie po stromym zboczu doliny, na dnie której płynie najbardziej rwąca rzeka, jaką w życiu widzieliśmy. Droga nie jest utwardzona, więc, w porze deszczowej zwłaszcza, często ulega obsunięciom. Nam jednak udało się przejechać bez szwanku, nie licząc złapanej gumy i koniecznej wymiany koła.

W Santa Teresa przesiedliśmy się w drugie colectivo, które zawiozło nas pod samą hydroelektrownię, czyli miejsce, gdzie kończy się droga i dalej, do Aguas Calientes – miejscowości nad którą znajduje się Machu Picchu, można się dostać pociągiem (drogo) lub na piechotę wzdłuż torów. Pod hydroelektrownią wysiedliśmy o czwartej po południu. To jednak nie był koniec trasy: czekało nas 10 kilometrów marszu wzdłuż torów. Miejscowi mówią, że po płaskim i że zajmuje to 2 godziny. Nasze nogi, plecaki i 32 godziny jazdy autobusami mówią, że jednak jest trochę pod górkę. Na miejsce dotarliśmy po zmierzchu, w deszczu i w towarzystwie dwóch dziewczyn, które na torach czekały na potencjalnych klientów hosteli. Tak się pokłóciły po drodze, że same, walcząc o nas, zbiły cenę noclegu do 10 soli za noc za osobę, co w Aguas Calientes, które istnieje i funkcjonuje jedynie z powodu Machu Picchu – czytaj: jest turystyczne do szpiku kości, jest ceną fenomenalną. Przemoczeni, skonani i zziębnięci postanowiliśmy, że nie będziemy się zrywać następnego dnia o trzeciej, ale spędzimy sobie spokojny dzień w AC, a do Machu Picchu pójdziemy kolejnego dnia.

Obudziliśmy się z katarem do pasa, ale wypoczęci. Między drogimi restauracjami, sklepami z biżuterią i hotelami różnego sortu znaleźliśmy Mercado Central, gdzie posililiśmy się za stawki, do których jesteśmy bardziej przyzwyczajeni (najlepsze lomo saltado w całym Peru i soki z papai nie do pobicia!). Kupiliśmy bilety do Machu Picchu na następny dzień, sprawdziliśmy działanie żucia liści koki, odwiedziliśmy muzeum, żeby wiedzieć o co chodzi i oddawaliśmy się słodkiemu „niejeżdżeniu-autobusem”.

Kolejnego dnia zerwaliśmy się o trzeciej nad ranem. Niecałą godzinę później staliśmy już pod bramą do parku Machu Picchu, w miejscu zwanym Puente Ruinas. Tam spotkała nas niemiła niespodzianka. Strażnik kazał nam czekać do godziny piątej, bo wtedy dopiero otwiera bramę prowadzącą na most nad rzeką. Po jego przejściu ambitnych turystów czeka godzinna wspinaczka, pod właściwą bramę ruin, która otwierana jest dopiero o szóstej.

W praktyce wygląda to tak, że o 5:00 pod bramą przy moście stoi jakieś dwieście osób, które potem ścigają się pod górkę, bo jedynie 400 pierwszych przy górnej bramie dostaje pieczątki, które uprawniają do wejścia na jeden ze szczytów przy ruinach – Wayana Picchu. O 5:30 rano z Aguas Calientes wyjeżdża pierwszy autobus z turystami, którym nie chce/nie mogą się wspinać – trzeba się więc spieszyć. Gdy tylko zorientowaliśmy się w zasadach gry, odpuściliśmy sobie wyścig. Doszliśmy do wniosku, że jest pora „nie sezonowa”, może więc nie będzie dzikich tłumów, a przede wszystkim – jesteśmy tu dla przyjemności.

Lu człapała więc sobie spokojnie, posapując miarowo i przepuszczając ambitniejszych zawodników. Mazer z kolei, jakby mimochodem, pokonał trasę w pół godziny i stał pierwszy w kolejce pod górną bramą. Do dziś nie wiadomo, czy to wrodzona sportowa ambicja, żute liście koki, czy po prostu niezwykła moc, której nie są w stanie z niego wykruszyć wszystkie spalone czerwone Marlboro. Fakt jest taki, że jako pierwsi tego dnia weszliśmy do ruin „zaginionego miasta” Machu Picchu.

Na niewiele się nam to zdało, gdyż mgła była tak gęsta, a może to chmury tak uparcie nie chciały się podnieść, że nie było widać nic dalej niż na wyciągnięcie ręki. Postanowiliśmy więc oddalić się trochę od reszty ludzi i zaraz po wejściu do miasta skręciliśmy w lewo, żeby udać się na szczyt Machu Picchu.

Na początku trasy stoi budka, a w niej leży samotnie zeszyt,  w który należy wpisać swoje nazwisko, godzinę wejścia i zejścia ze szlaku. Godziny z poprzedniego dnia wskazywały, że trasę można przemierzyć dość sprawnie. My jednak długo i mozolnie wpinaliśmy się pod górę, której szczyt wciąż tonął w chmurach. W chmurach tonęło wszystko. Od samego rana nie widzieliśmy ani jednego promienia słońca, brnęliśmy  w nieustającej lekkiej mżawce i cały czas liczyliśmy na to, że jak już staniemy na szczycie, to w zamian dostaniemy widok, którego nie zapomnimy do końca życia.

Tymczasem trasa kręciła się po zboczu góry. Niezwykła roślinność lasu mglistego i wyższych partii dodawała tylko chmurom malowniczości. Czuliśmy się jak część jakiegoś mrocznego obrazu, lub ckliwej gotyckiej noweli.

W końcu dotarliśmy do miejsca, którego Lu nie chciała przekroczyć. W wysokiej skale przekute było wąskie przejście. Po jego drugiej stronie roztaczał się widok na dolinę, w której prawdopodobnie znajdowały się ruiny miasta. Droga na szczyt szła dalej. Po lewej stronie punktu widokowego w skale wykute były schodki. Pracująca na wysokich obrotach wyobraźnia Lu nie pozwalała jej oderwać się od bezpiecznej skały. Przejście przy przepaści wypełnionej mlecznymi chmurami zdawało się niewykonalne. Mazer poszedł więc przodem. Po chwili jednak wrócił i stanowczym głosem ogłosił, że nie ma miejsca i czasu na bycie „mientkim”, że trzeba być twardym i łamać słabości. I tak, krok po kroczku, przeszliśmy razem na sam szczyt Machu Picchu. Na krańcu długiego grzbietu staliśmy wpatrując się w chmury, które kłębiąc się pod naszymi nogami skrywały cud świata.

I w końcu dostaliśmy swoją nagrodę. Chmury co jakiś czas rozganiał wiatr, pokazując skrawki ruin miasta Machu Picchu. Co chwilę inne i tylko na kilka sekund. Nasyceni tym niezwykłym widokiem schodziliśmy w dół mijając kolejnych ludzi, którym z wypiekami na twarzy powtarzaliśmy, że do szczytu niedaleko i, że naprawdę warto iść dalej.

Same ruiny miasta były równie zachwycające. Nieco wcześniej, gdy staliśmy w kolejkach pod bramami, zakołatała nam w głowach myśl, że może nie warto się tak napinać, że to pewnie kolejna mega-turystyczną atrakcja, którą „trzeba zaliczyć”, ale która nie da nam tyle radości i satysfakcji, co inne, bardziej „nasze” przygody. Jednak na widok ruin miasta, rozciągających się na przełęczy między dwiema stromymi górami westchnęliśmy w szczerym zachwycie. Zwiedzaliśmy je mijając kolejne wycieczki, wyłapując jednym uchem ciekawostki, które opowiadali przewodnicy, nasycając się widokiem tak dobrze znanym ze zdjęć, a przecież tak zachwycającym na żywo. Każda kropla potu, wylana w drodze do tego miejsca, była tego warta.

Opowieść o Machu Picchu mogłaby się skończyć właśnie teraz – powinniśmy zostawić Was z wizją Nas chłonących geniusz Inków, stojących w ruinach miasta ukrytego między zachmurzonymi andyjskimi szczytami. Powinniśmy, ale tego nie zrobimy, bo z MP musieliśmy jeszcze wrócić do cywilizacji i utwardzanych dróg, które miały nas prowadzić dalej. A to nie było takie oczywiste. Na koniec wspomnimy więc tylko drogę powrotną.

Wychodząc następnego dnia rano na tory prowadzące do hydroelektrowni byliśmy przekonani, że nie czeka nas nic nowego. Na ogół przecież powroty tą samą drogą, którą dotarło się do jakiegoś miejsca są nudne i męczące. Nic bardziej mylnego. Dzięki uważnej obserwacji terenu ze szczytu Machu Picchu, oraz z samego miasta domyślaliśmy się, że z torów, przy dobrej pogodzie widać ruiny. Nie myliśmy się. Po kilkunastu minutach marszu chmury podniosły się i naszym oczom ukazał się szereg najbardziej zachwycających widoków tej wyprawy. Wzburzona rzeka niosąca hektolitry błotnisto-brązowej wody grzmiała zaraz przy torach kolejowych. Droga prowadziła przez cieniste chłodne jary i słoneczne doliny. Udało się nam zobaczyć Domek Strażnika, a nawet maleńkie sylwetki ludzi zwiedzających Obserwatorium. Byliśmy zmęczeni, ale też zachwyceni pierwszymi od kilku dni promieniami słońca, zmieniającymi się widokami i kolejną na naszej drodze przygodą, która zamykała się w piękną całość.

Od powrotu do Cuzco i ruszeniem dalej w nieznane dzieliła nas tylko niepewna droga między Santa Teresa i Santa Maria. Poprzedniej nocy mocno padało – nie był to dobry znak. Nasze colectivo mknęło pewnie (może nawet zbyt pewnie) znaną nam już drogą nad urwiskami. Nagle musieliśmy się zatrzymać – na drogę przed nami obsunęły się kamienie.

Na miejscowych nie robi to wrażenia – o tej porze roku obsunięcia ziemi to niemal codzienność. Na rogatkach wiosek stoją w pogotowiu spychacze i ciężki sprzęt drogowy. Wystarczy poczekać, a „usterka” na drodze zostaje usunięta. Tak było i tym razem. Po pół godzinie przyjechał spychacz, który bez zbędnych ceregieli rozpoczął pracę. Dziesięć minut później droga była przejezdna i za spychaczem, który podążał do kolejnej obstrukcji, wolno sunęła kolumna samochodów.

W pewnym momencie kierowca naszego colectivo wyprzedził spychacz i pomknął dalej. Prędkość, z którą pokonywał kolejne zakręty przyprawiała nas o mdłości. Droga była zbyt wąska, teren zbyt niepewny, a przepaść nad rzeką zbyt stroma i wysoka, żeby do głowy nie przychodziły najgorsze myśli…

Pół godziny później znów musieliśmy stanąć. Tym razem to droga obsunęła się w dół. Skrawek ziemi, który wciąż tkwił przy wewnętrznej krawędzi, był za wąski dla busa wyładowanego ludźmi i bagażem. Byliśmy pewni, że właśnie zostaliśmy uziemieni… Jednak kierowca, już nieco mniej pewnym tonem, kazał nam wszystkim wysiąść i wypakować bagaż. Każdy ze swoimi tobołkami przeszedł na drugą stronę wyrwy, gdy on, z pomocą innych kierowców łatał drogę kamieniami i ziemią. Tu wykopał kawałek, tam podłożył kamień i bez pomocy jakiegokolwiek sprzętu drogowego przejechał z bladą twarzą na drugą stronę.

Szczerze mówiąc, ciężko to opisać, aby oddać właściwe napięcie i ryzyko jakie wisiało w powietrzu. Kilka kilometrów później kierowca zatrzymał samochód w miejscu, w którym dzień wcześniej wielka żółta koparka stoczyła się prosto w koryto rzeki. Widzieliśmy ją małą, potrzaskaną, obmywaną przez wściekłą, brązową wodę. O kierowcę koparki nikt z miejscowych nawet nie zapytał. Kilka osób zrobiło tylko cichy znak krzyża i pojechaliśmy dalej, szczęśliwie, bez przeszkód, do samego Santa Maria, skąd w miarę bezpiecznymi drogami, ciemną nocą wróciliśmy do Cuzco.

Tam znaleźliśmy super przyjemne miejsce prowadzone przez parę starszych ludzi. Mieliśmy dach nad głową, ciepłą wodę, niewielu sąsiadów, kuchnię do dyspozycji i, co było dla nas w tamtym momencie najważniejsze – WiFi w powietrzu.

Kolejny dzień mieliśmy zaplanowany szczelnie atrakcjami Cuzco, jednak głowy mieliśmy przesycone Machu Picchu, i pojawiła się w nich niepewna myśl o tym, że skoro osiągnęliśmy ten punkt na mapie, to chyba trzeba zacząć myśleć o powrocie do domu.

Wyjechaliśmy z Polski z biletem w jedną stronę. Nie mieliśmy pojęcia jak potoczy się nasza przygoda, skąd będziemy chcieli wrócić, ani tym bardziej – kiedy to będzie. Jednak siedząc w kuchni hostelu w Cuzco, mając przed sobą panoramę całego miasta, pijąc kolejne kubki herbaty z koki wiedzieliśmy, że momentu powrotu do Polski nie możemy dłużej odwlekać.

Całe szczęście – bo ceny biletów powrotnych do Europy niemiło nas zaskoczyły. Mazer jest jednak Mistrzem Świata w wyszukiwaniu rozsądnych lotów i po całym dniu porównywania i rozpatrywania najróżniejszych opcji, zdecydowaliśmy. Do Europy wracamy 1 maja. Lot do Barcelony z Sao Paulo. W skali przebytej drogi to niedaleko stąd, ale po drodze chcemy wpaść na koniec świata, do Ushuaia – ostatniego miasta na południu. Po raz kolejny na tym blogu prosimy więc – trzymajcie kciuki!

Reklamy

2 thoughts on “Ekspresem przez Peru, czyli z Amazonii do Machu Picchu.

  1. Zdecydowanie jedne z najfajniejszych fot z wyprawy. Nie rozumiem sytuacji z kanionem – nawet na zdjęciach robi wrażenie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s