Iquitos

Jesienią zeszłego roku pakowaliśmy cały nasz dobytek. Za kilka dni mieliśmy wyruszyć w podróż życia i musieliśmy się wyprowadzić z naszego pierwszego wynajmowanego wspólnie mieszkania. W przerwach między pakowaniem kartonów a wywożeniem mebli leżeliśmy na kanapie w dużym pokoju, który bez wszystkich naszych gratów nie wyglądał już tak przytulnie. Czytaliśmy sobie na głos książkę z dzieciństwa, czyli „Tomka u źródeł Amazonki” Szklarskiego, której akcja toczyła się w Amazonii w okresie gorączki kauczukowej. W wyniku perypetii, których nie będziemy tu przytaczać, jeden z głównych bohaterów musiał udać się do Iquitos, gdzie w zakazanym, zadymionym barze, odnalazł tego Złego. Tak po raz pierwszy w kontekście naszej podróży usłyszeliśmy o Iquitos. Historia czytana w deszczowym Lublinie na początku mokrej polskiej jesieni była jedynie literacką fikcją podsycającą nasze marzenia o podróży, która za chwilę miała się stać rzeczywistością.

Cztery miesiące później łódź, którą płynęliśmy z Mazan przybijała do niejasno sprecyzowanej kei Puerto de Productores w Iquitos. Spełniało się marzenie zbyt śmiałe by je głośno wymówić.

Zeszliśmy na ląd, który wcale nie był lądem. Na wodzie unosiły się chatki, których obejścia stanowiły keje. Wokół dryfowała gęsta roślinność, pośród której sprawnie lawirowały najróżniejsze łodzie. Było głośno, gorąco i padał deszcz. Idąc ostrożnie w labiryncie ruchomych drewnianych kładek i luźno rzuconych desek, między tragarzami, mechanikami, marynarzami, kobietami o groźnym spojrzeniu i innymi podróżnymi przedostaliśmy się na wysoki brzeg rzeki. Przeszliśmy jeszcze tylko przez rozbrzmiewającą okrzykami sprzedawców halę targową i znaleźliśmy się na jednej z wielu ruchliwych ulic naszego tropikalnego miasta marzeń.

Iquitos nie można jednoznacznie opisać. Można próbować: tropikalne, gorące, tłoczne, głośne. Wszystkie te słowa pasują doskonale, jednak żadne nie oddaje charakteru tego niezwykłego miejsca.

Jest to największe na świecie miasto bez połączenia z innymi drogą lądową. Co prawda w ostatnich latach wybudowano 120 km autostrady do Nauty, ale nie zmienia to faktu, że można się tam dostać jedynie drogą wodną. Iquitos położone nad Amazonką, zamieszkane przez ok. 400 tysięcy ludzi jest stolicą peruwiańskiej prowincji Loreto, która zajmuje obszar równy terytorium Niemiec. Znamy fakty, ale taki opis chyba Was nie zadowala.

Pierwsze, co nas uderzyło to nieustający hałas. Ruch uliczny, jak na miasto, do którego nie można dojechać jest zaskakująco żywiołowy. Na drogach królują motokarro, czyli riksze na motorach –  ktoś nawet gdzieś napisał, że jest tu prawdopodobnie największe stężenie chińskich motocykli poza Hong Kongiem. Między żółtymi, czerwonymi i niebieskimi motokarro toczą się archaiczne drewniano-blaszane autobusy bez okien, czasem przemknie ciężarówka Coca-Coli, lub jakiś pickup. Poza tym jest tylko nieprzerwany strumień riksz szumiących jak chmara tropikalnych owadów.

Mimo niedostępnej lokalizacji do Iquitos zawsze coś przyciągało ludzi. Zaczęło się na początku XX wieku, gdy wybuchła kauczukowa gorączka. Niewielka osada, niemal z dnia na dzień, zmieniła się w okazałe, eleganckie miasto. Powstały pałace, kamienice i inne efektowne budynki takie jak Dom z Żelaza, czyli La Casa del Fiero – zaprojektowany przez Gustava Eiffla i sprowadzony z Europy kawałek po kawałku.  Wraz z niespodziewanym końcem boomu, miasto równie szybko upadło, grzebiąc nadzieje i niebotyczne fortuny kauczukowych baronów, popadając stopniowo w ruinę.

Dziś portugalskie kafelki są mocno wykruszone, mimo to, wciąż przyjeżdżają tu tłumy ludzi. Przede wszystkim dlatego, że jest to jeden z największych węzłów transportowo-komunikacyjnych wewnątrz kontynentu. Liczni turyści odwiedzają Iquitos gdyż jest to świetny punkt wypadowy na wyprawy w głąb Amazonii. Agencje turystyczne dwoją się i troją, by zachęcić do skorzystania z ich jedynych i niepowtarzalnych ofert. Główne atrakcje to noce łapanie małych kajmanów, zdjęcie z Indianinem (w okolicach Iquitos mieszkają plemiona Boras i Yaguas), łowienie piranii i głaskanie anakondy. Można też poddać się ceremonii Ayahuasca, która polega na piciu mocno odurzającego i halucynogennego naparu z lokalnych specyfików (jest tu nawet jeden gringo-szaman). Trzeba przyznać, że chyba trudno o lepsze miejsce na takie rozrywki. No ale zależy, co kto lubi. My wróciliśmy właśnie z „naszej Amazonii” i nie mieliśmy ochoty na zaaranżowane spotkania z „dzikimi”. Chcieliśmy jednak zobaczyć trochę amazońskiej fauny, wybraliśmy się więc do Pilpintuwasi.

Pilpintuwasi to w języku Quechua: dom motyla. W pierwotnym zamyśle miała być to farma motyli, jednak któregoś dnia ktoś podrzucił tu małego jaguara – tak dom motyla zmienił się w sierociniec dla dzikich zwierząt. Mieliśmy szczęście, Gudrun Sperrer, Austriaczka, która założyła to miejsce oprowadziła nas osobiście. Z błyskiem w oku opowiadała o cyklu rozwojowym motyla, pokazała nam prześmieszne małpki kapucynki, które na tyle zuchwale okradały gości, że zostały zamknięte w obszernej klatce. Widzieliśmy też małego leniwca, który został kupiony na targu w Belen przez dziewczynę, która ulitowała się nad jego losem. Gdy wyjechała na studia, jej matka postanowiła oddać zwierzę do Pilpintuwasi, bo zaczęło rosnąć i nie bardzo wiedziała, co z nim począć.

Tak właśnie dowiedzieliśmy się skąd trafia tam większość zwierząt. Kłusownicy oferują je na sprzedaż turystom, którzy kupują „małego koteczka” (zastanawialiśmy się, o czym myśli człowiek, kupujący żywe stworzenie, gdy za dwa dni ma wsiąść do samolotu do Europy, czy Stanów). Każde zwierzę, które widzieliśmy w Pilpintuwasi ma podobną historię. Większość z nich związana była z targowiskiem w dzielnicy Belen, gdzie mieliśmy się wybrać następnego dnia.

Wracając z sierocińca (z Padre Cocha – łódka collectivo do Puerto Bellavista-Nanay) zahaczyliśmy jeszcze o targ w porcie, gdzie jedliśmy platanowe kule i rybią ikrę gotowaną na parze w bananowych liściach. Kobieta, która siedziała obok nas pałaszowała ze smakiem gotowane jaja żółwia w miękkich skorupkach, na które my jakoś nie mogliśmy się skusić. W drodze do autobusu widzieliśmy jeszcze faceta grillującego wielkie białe larwy – obiecaliśmy sobie, że następnego dnia, w Belen, na pewno ich spróbujemy.

Belen to dzielnica Iquitos, której jedna część znajduje się na lądzie, a druga unosi się stale na wodach Amazonki i Rio Itaya. Gdzieś przeczytaliśmy, że Belen nazywane jest Wenecją Amazonii, jednak wydaje się to raczej określeniem mocno przesadzonym – no, chyba, że w krzywym zwierciadle. Wybraliśmy się tam z całą świadomością tego co zobaczymy. Spodziewaliśmy się biedy, brudu i ekstremalnych doznań. Dostaliśmy to wszystko i drugie tyle gratis.

Można wynająć łódź, żeby poruszać się między pływającymi zabudowaniami Belen. Mimo deszczowej pory woda nie osiągnęła jeszcze najwyższego poziomu, więc zrezygnowaliśmy z łódki i wybraliśmy się na spacer, tam gdzie jeszcze można przejść suchą stopą.

Szliśmy między drewnianymi chatami budowanymi na wysokich drewnianych palach. Przy każdym takim domu, na ziemi leżały czółna. Oczywiście nie ma tam żadnej kanalizacji, więc wszelkie pomyje wylewane są z okien prosto na ziemiste ulice. Miejscami nie da się przejść, bo grzęźnie się w toksycznym kolorowym błocie. To akurat nie przeszkadza dzieciom, które brudne i wesołe bawią się beztrosko w szlamie pod zabudowaniami. Była niedziela, faceci pijący ciepłe piwo przy stołach ustawionych wprost na środku „ulic” zapraszali nas do siebie. Grzecznie odmawialiśmy idąc dalej i dalej. Doszliśmy do punktu, w którym zaczyna się woda. Z tego miejsca można było płynąć dalej w głąb miasta, które unosiło się na powierzchni rzeki.

W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że wchodzimy za głęboko w zupełnie nam obcy świat, widzieliśmy już dość. Wróciliśmy więc w górę dzielnicy, gdzie z dala od wody codziennie odbywa się targ. Rozciąga się on na kilkanaście przecznic w szerz i wzdłuż. Mercado de Belen to przeżycie nie do opisania. Podobno można tam kupić wszystko. Jeśli czegoś nie można znaleźć, to zapewne źle się szuka.

Na początku widzieliśmy to co zawsze – standardowe sterty owoców i warzyw, których połowy nie byliśmy w stanie zidentyfikować. Kobiety sprzedawały przyprawy w paczuszkach w sam raz na jedno gotowanie. Oferowano nam nalewki ze wszystkiego, zioła, maści, zwierzęce trofea i szamańskie rekwizyty. Mijaliśmy piętrzące się stosy świeżych i suszonych ryb, żółwie podzielone na części i ślimaki giganty wielkości dłoni. Można tam dostać „normalne” mięso oraz wszystko to, co na ogół znika w niebycie, czyli kości, kopyta, rogi i całą resztę. Część mięsa identyfikowana jest właśnie po nieodciętej łapce lub kopytku – mimo to w większości przypadków nie mieliśmy pojęcia na co patrzyliśmy. Rozpoznaliśmy za to poporcjowanego wielkiego kajmana, którego sprzedawca z dumą pozował do zdjęć.

Im bardziej zagłębialiśmy się w targ, tym większy otaczał nas chaos. Fetor wzmagany tropikalnym gorącem stawał się powoli nie do zniesienia. Pod nogami zamiast chodnika znów pojawiło się czarne błoto, które sprzedawcy zmywali sobie ze stóp wodą, w której obmywali noże po krojeniu surowego mięsa. Czasem ta woda lądowała na przechodniach, gdyż właśnie zaczynał się karnawał, który w wielu miejscach Ameryki Południowej świętuje się między innymi oblewając się wodą. My również nie zostaliśmy oszczędzeni, choć apogeum karnawałowego śmigusa miało dopiero nastąpić. Napatrzyliśmy się dość.

Na targ poszliśmy głodni, z samego rana – na ogół w takich miejscach najadamy się do syta. Tam jednak straciliśmy wszelki apetyt. Mercado de Belen i samo Belen to jedno z tych miejsc na świecie, które zarazem przyciągają i odpychają, napawają zachwytem i odrazą. Pokazują świat, który zamiatany jest po dywan i nie widać go na kolorowym obrazku.

Wprawieni w refleksyjny nastrój spędziliśmy resztę dnia siedząc przy stoliku w sklepie spożywczym, nad butelką Iquitenii, czyli lokalnego piwa, kontemplując życie przy szumie wyścigów motocyklowych obywających się na ulicach miasta (karnawał dostarcza wielu rozrywek).

Tego samego dnia wieczorem mieliśmy samolot do Limy. Postanowiliśmy zrezygnować z pierwotnego planu, żeby płynąć kolejne kilka dni do Pucallpy, a stamtąd tłuc się dalej autobusem na południe. Woleliśmy polecieć, żeby nadgonić trochę czas spędzony w Amazonii.

Na lotnisko jechaliśmy oniemiali i otumanieni Iquitos. Odbywając honorową rundkę po mieście w otwartym motokarro zostaliśmy kompletnie przemoczeni kolorową wodą, którą wieczorem, w karnawałowym szale ludzie oblewali wszystko, co się rusza – samochody, pasażerów w autobusach, pędzące motokarro. Oblewali się z chodnika i przejeżdżających pojazdów. Lali wodę wiadrami i rzucali wypełnione balony. Woda zabarwiona była kolorową gliną, którą w tych dniach można było kupić wszędzie. Dla mieszkańców Iquitos był to dzień zabawy, radości i beztroski. Dla nas, mających wizję długiej podróży było trochę mniej zabawnie. Na Iquitos jednak nie można się złościć, bo takie właśnie jest – ekstremalne i pełne niespodzianek. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać.

Reklamy

7 thoughts on “Iquitos

  1. targ = niezly kosmos!
    tomek u źródel to jedna z moich ulubionych książek z calej serii 🙂 nigdy nie sądzilam, że ktokolwiek z moich znajomych się wybierze w te strony a tu prosze 😉

  2. No i ja, podobnie jak Julia, nie myślałem, że to wszystko może być udziałem nie tylko wybranych. Chłonę wszystko z Wami! Zapachy, kolory, szmery, słowa, podmuchy wiatru i krople deszczu. Gęsia skórka!

  3. Hej!
    fajny ten pomysł z łódkami! Do kiedy zamierzacie podróżować? I gdzie zakończycie podróż? Nasza 6 miesięczna przygoda w Ameryce niestety właśnie dobiega końca. Za 5 dni będziemy już w Indiach.
    Pozdrawiamy,
    dr wartacz

    1. Hej hej!
      No właśnie wiemy, my od niedawna mamy bilet powrotny – 1 maja to koniec balu 🙂 Teraz jesteśmy w Puerto Montt w Chile (co za drogi! co za autobusy! – znaczy, że nagle okazuje się, że można jechać szybciej niż 50 km/h 🙂 ) planujemy dotrzeć do Ushuaia, a wracamy z Sao Paulo. Piszcie dalej! Musi być wspaniale nie wracać do domu!
      Pozdrawiamy serdecznie!
      Mazury

      1. O to macie niewiele czasu..
        My jesteśmy ostatnią noc w Rio de Janeiro i to co możemy Wam śmiało powiedzieć po 1 nocy, że Brazyli i tutejsi ludzie są obłędni!!!
        Na pewno tu wrócimy!!!
        Pozdrawiamy i szerokości życzymy!
        P.S> fajnie jest nie wracać do domu:D

  4. Najpierw zaineteresowal mnie tytul Waszego blogu „dos limones por favor”. Brzmi pysznie. Od razu zachcialo mi sie „servezy z limonkami” i przenioslam sie do Peru, do Iquitos. Bylam tam 30 lat temu. W Peru zostalo mi zasiane nasionko emigracji. Niedlugo po pryzjezdzie z Peru do kraju wyemigrowalam. Droge swojej emigracji opisalam w ksiazce pt. „Czy bylo warto…?”. W niej masa podrozy, polaczonych z dylematami zycia i gonitwa za marzeniami.
    Kiedy juz bedzieciw w Polsce, polecam. Mam nadzieje ze do tej pory bedzie wydana.
    Ale zanim to nastapi, zapraszam na blog
    http://owocdecyzji.com/
    Bede do Was zagldala, kibicuje Wam z kazdym odwiedzonym miejscem i zapewniam ze Ameryka Poludniowa (predzej czy pozniej) wywola w waszych sercach tesknote:
    Ameryka Łacińska — Najpierw bawi i wciąga,
    potem nudzi, w końcu irytuje.
    Kiedy się ją opuści, tęskni się zawsze!
    Trzymajcie sie.
    Liliana

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s