1000 kilometrów amazońskiej żeglugi.

Kolejna heroiczna próba wydostania się z peruwiańskiej wioski Pantoja zakończyła się fiaskiem. Łódka odpływająca w kierunku Iquitos okazała się być za mała. Sukces naszego pomysłu od początku graniczył z cudem, ale co tam, zawsze warto próbować.

Wczoraj dogadaliśmy się z kapitanem. Ten, dwa dni temu przypłynął tu niewielką łajbą. Na pokładzie była jedna pani ubrana elegancko, z identyfikatorem. Czort wie kto to był. W łodzi prócz baniaków z benzyną było jeszcze kilka spętanych żółwi, wory z warzywami, trochę tobołków. Mazer, siedząc ospale na brzegu rzeki od razu zaczął rozmyślać i kombinować. Króciutki dialog z przybyszami szybko uchylił rąbka tajemnicy. Podróżnicy przypłynęli na dwa dni, potem wracali do Santa Clotilde położonej w połowie drogi do Iquitos. Lakoniczne: „Esto es posible vaiejar con ustedes?” zaowocowało krótkim i stanowczym „No”. Rzeczywiście łódeczka zdawała się być zbyt mała, żeby pomieścić kapitana, elegancka panią, dwójkę podróżników z Polski i plecaki.

Przybysze zniknęli w drzwiach hoteliku oddalonego kilka metrów od wody, a Mazer utkwił spojrzenie w szczytówce wędki i myślał dalej.

Wieczorem, siedząc przed wejściem do hotelu, w strugach ulewnego deszczu, ponownie zaatakował kapitana. Lekko ośmielony kilkoma miarkami chichurin (lokalnej nalewki z Bóg raczy wiedzieć czego) zagadnął. Rozmowa powoli się klarowała, miłe spojrzenia, nieporadne miny, udało się. Kapitan zgodził się spróbować, czy łódka wytrzyma nasz ciężar. O szóstej rano byliśmy umówieni.

Plecaki w srebrnych worach, spakowane po omacku przed świtem stanowiły odmienny punkt dla oka jednego z mieszkańców wioski zmęczonego monotonią codzienności. Przyglądał się nam czujnie, gdy my punktualnie czekaliśmy na kapitana. Nagle z chatki przy brzegu mężczyźni zaczęli wynosić silnik i baniaki z benzyną. Dobry znak. Kapitan zjawił się, gdy wszystko było już gotowe. Pusta łódka wydawała się być wystarczająca dla naszej czwórki. Wszystko wróżyło pełen sukces.

Moment zwrotny przyszedł niepostrzeżenie. Rosły facet w przemoczonych, niebieskich spodenkach witając nas rubasznie zaczął znosić wszystkie tobołki, które przywieźli ze sobą podróżnicy. Już wtedy wiedzieliśmy, że to nie mogło się udać – Mazer w swoim podstępnym pomyśle był pewien, że żółwie, wory i inne graty zostaną w wiosce, bo po co komu wozić cały ten szmelc w tę i z powrotem. Pakunki jednak okazały się być niezbędne, nasza osławiona próba przebiegła więc szybko. Po załadowaniu wszystkiego na pokład delikatnie wślizgnęliśmy się na prowizoryczne siedzenia. Burta lodzi wyrównała się z taflą wody i kapitan szybkim gestem nakazał nam zejść na ląd.

Ze spuszczonymi głowami wracaliśmy do naszego pokoju, którego nie zdążono nawet posprzątać. Radość opiekuna hotelu nie znała granic. Przywitał nas, jak co dnia i z uśmiechem odszedł mnożąc sobie cichutko pod nosem, ile cennych dolarów zostawimy jeszcze w jego przybytku.

Ranek był wczesny. Lu wyjęła karty i tasując przygotowała się do postawienia kolejnego pasjansa. Mazer rozpakował wędzisko i powoli zaczął przeplatać żyłkę przez przelotki. Nic się nie zmieniło. Czekaliśmy, na następną szansę. Może ktoś znowu przypłynie, może w jakiejś niecodziennej sytuacji ktoś z Pantoja będzie zmuszony płynąć w kierunku Iquitos, a może w końcu przypłynie osławiona państwowa barka, na której według planu mieliśmy przepłynąć do Iquitos. Tak zaczął się czwarty dzień oczekiwania na transport w głąb Amazonii.

Do Pantoja w północnym Peru dotarliśmy sprawnie i szybko. Opuszczając stolicę Kolumbii powoli zaczynaliśmy planować nasz wielki rejs po Rio Napo i Amazonce. Podróżując cały czas na południe przez górzysty kraj, odwiedziliśmy Desierto de la Tatacoa, równinę o pustynnym krajobrazie, gdzie zamiast palącego słońca przywitała nas nocna ulewa, tak silna, że następnego dnia grzęźliśmy po kalana w lepkim błocie. Dwa dni później byliśmy już w Tierradentro, małej wiosce w górach, gdzie tajemnicze plemiona pozostawiły po sobie głębokie grobowce wydrążone w wulkanicznej skale. Żeby się tam dostać (oraz wydostać) jechaliśmy wiele godzin jeepem przerobionym na colectivo po krętych szutrowych górskich drogach. W Popayan oddalonym jakieś 350 kilometrów od granicy z Ekwadorem ostatni raz nocowaliśmy w Kolumbii. Następnego dnia, zgodnie z planem spędziliśmy 12 godzin w autobusach. Opłacało się. Do Otavalo w Ekwadorze dotarliśmy już po zmroku, znaleźliśmy hotel z internetem tuż obok głównego Plaza del Ponchos, gdzie tłum ludzi przygotowywał stragany. Był piątkowy wieczór, a w soboty w Otavalo odbywa się jeden z największych targów w Ekwadorze.

Wszystko składało się idealnie. Z internetu zaczerpnęliśmy informacji dotyczących naszej wyprawy w Amazonię. Kręcąc się długo wśród sprzedawców wybraliśmy dwa piękne hamaki, które miały posłużyć do spania na statku przemierzającym Rio Napo. Pokrzepieni wspaniałymi ekwadorskim potrawami (ziemniak, wieprzowina!!!) wróciliśmy do hotelu, żeby czytać dalej o rzece i wszystkich cudownościach, na które już tak bardzo czekaliśmy.

Nasza tropikalna żegluga miała rozpocząć się w Coca, miasteczku na północnym wschodzie Ekwadoru, gdzie z biegiem Rio Napo, dwa razy w tygodniu odpływają łodzie do Nuevo Rocafuerte.

Wszystkie sprawdzane źródła wskazywały na to, że nie musimy się spieszyć – do następnej łódki z Coca mieliśmy jeszcze trzy dni. Zdecydowaliśmy się więc na szybki przerzut do Baños, miasteczka leżącego ok. 200 kilometrów na południe od Coca. Malownicza mieścina znajduje się na zboczu wulkanu i słynie z gorących źródeł, słodkości z trzciny cukrowej i znakomitej rowerowej trasy która wije się po zboczach gór, stale wiodąc w dół, przez jakieś …60 kilometrów :] Baños wydawało się idealnym miejscem, gdzie moglibyśmy spędzić trochę czasu w oczekiwaniu na łódź.

Podczas kolejnej długiej autobusowej przeprawy przekroczyliśmy równik. Późnym wieczorem, siedzieliśmy w gorącej wodzie cały czas planując. Zakupy, zapasy wody, cenny czas, pieniądze – wszystko to stawało się skomplikowane, ale wykonalne. Rankiem, na wypożyczonych rowerach zjechaliśmy słynną trasą do Puyos. Obejrzeliśmy zjawiskowy wodospad El Pailon del Diablo i razem z rowerami, ciężarówką wróciliśmy do miasta. Jeszcze raz odwiedziliśmy termy, a po południu, przechodząc przez największy w Baños most spontanicznie skoczyliśmy z niego na linie (taki skok i emocje przed i po nie są do opisania, wiec nawet nie będziemy zaczynać i próbować).

W pół do piątej rano ruszyliśmy do Coca. Trasa krótka, ale droga kiepska. W dodatku mieliśmy się przesiadać w jakiejś małej mieścinie więc woleliśmy być czasowo ubezpieczeni. Gdybyśmy nie dotarli do Coca na czas, przyszłoby nam czekać kolejne kilka dni na następną łódkę.

Gdy zjechaliśmy z chłodnych gór amazońska dżungla przywitała nas upalnym, wilgotnym powietrzem. Ciężkie, stalowe chmury natychmiast potwierdziły porę deszczową. Wąska droga wiła się w gęstwinie lasu, dziesiątki ciasnych mostów spowalniały jazdę, a karawany cystern transportujących wydobywaną w dżungli ropę, co jakiś czas skutecznie blokowały przejazd.

W Coca spodziewaliśmy się chaosu i typowo portowej, siermiężnej atmosfery – okazało się jednak, że nie jest tak źle. Szybko odnaleźliśmy przystań, a tam punkt informacji turystycznej, gdzie dwóch miłych facetów dokładnie objaśniło nam, jak przedostać się do Nuevo Rocafuerte i dalej do Peru. Zrobiliśmy zapas prowiantu i wody, kupiliśmy moskitiery, łyknęliśmy pierwsze tabletki doksycykliny i byliśmy gotowi na podbój amazońskich rzek i wiosek.

Podczas pory deszczowej Rio Napo staje się gigantycznym rozlewiskiem hektolitrów wody które tylko pozornie, ospale i powoli niosą w dół rzeki wszystko co napotkają na swojej drodze. Tak naprawdę rzeka jest wartka, a jej nurt tak silny, że bez problemu może przez dziesiątki kilometrów nieść ogromne konary czy wręcz całe porwane po drodze drzewa.

Gdy o świcie wypływaliśmy z Coca nie spodziewaliśmy się, że rzeka będzie aż tak imponująca. Już po pierwszych kilku kilometrach okazało się, że miejscami, miedzy brzegami rozpiętość wodnej połaci z łatwością przekracza dwa lub trzy kilometry.
Duże, dwudziestometrowe czółno, wyposażone w potężny silnik, sprawnie i szybko pokonywało dystans, sunąc po rudoszarej wodzie. Kapitan konsekwentnie podążał za najszybszym nurtem, z gracją lawirował miedzy prawym a lewym brzegiem. Wielkie, porośnięte dżunglą wyspy, zwykle mijaliśmy od prawej strony, gdzie węższe i szybsze koryto zwiastowało krótszą odległość do punktu gdzie wielka woda ponownie stawała się całością.

Przemierzaliśmy kolejne kilometry. Wiedzieliśmy, że za kilka godzin dotrzemy do Nuevo Rocafuerte, ostatniego, amazońskiego miasteczka w Ekwadorze. Dalej już tylko Peru i osławiona Pantoja, to tam zacznie się prawdziwa przygoda i prawdziwy dziki rejs. Ale czy na pewno?

Chmury powoli się rozpływały i na niebie można było dostrzec niewielki niebieskie przesmyki. Wiatru nie było. Słońce prowadzone prawidłami czasu i przestrzeni co jakiś czas odnajdowało bezchmurny punkt. Nieznośny skwar pojawiał się momentalnie, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zarejestrowaliśmy nasze paszporty w capitanii, tuż przy przystani w Nuevo Rocafuerte i ruszyliśmy na rekonesans.

Po drugiej stronie drogi, w malutkiej jednostce wojskowej właśnie kończył się trening. Mężczyźni wyszli na drogę witając nas z uśmiechem. Stróżki potu szybko spływały po ich twarzach ginąc w kącikach ust. Jeden z żołnierzy przecierając czoło, płynnym angielskim poinformował nas gdzie można się przespać i jak najlepiej przedostać się do Pantoja w Peru.

Pokój zbudowany z szerokich i grubych drewnianych bali bardziej przypominał saunę niż hotel. Nie mogliśmy jednak narzekać, mieliśmy łazienkę, było czysto i schludnie.

Mieściny w amazońskich lasach zaopatrywane są w prąd i wodę. Za energię zwykle odpowiada agregat prądotwórczy, który uczynni żołnierze co dnia włączają punktualnie o szóstej wieczorem. Prąd jest do jedenastej. Wodociąg natomiast bazuje głównie na deszczówce. Wodą można się cieszyć przez godzinę wczesnym rankiem lub po zmierzchu. Miejscowym to nie przeszkadza – do wszystkiego używają wody z rzeki. My jednak woleliśmy się dostosować do systemu poranno-wieczornego.

Odświeżeni, ruszyliśmy na kolację, którą miły starszy pan proponował nam zaraz po tym, jak wysiedliśmy z łódki. Popijając piwo zjedliśmy ogromną porcję grillowanego kurczaka z ryżem i sałatką (której jak zwykle było za mało;]). Było bosko, egzotyka, zachód słońca i klimat tej maleńkiej amazońskiej wioski robił swoje. Pogawędziliśmy trochę i w sennym, lepkim nastroju wróciliśmy do naszego pokoju. Zasnęliśmy szybko, na długo przed wyłączeniem prądu.

Z Nuevo Rocafuerte do Pantoja jest blisko – godzina łodzią. Lokalni prywatni przewoźnicy (czytaj: chłopy ze swoimi łódkami) zaczynają licytację od 60 dolarów, będąc twardym negocjatorem można zejść do 40. To bardzo dużo za godzinną przeprawę czółnem. Od rana kręciliśmy się wzdłuż brzegu. Kilka osób wspominało coś o łódce do Pantoja która miała przypływać przez Nuevo Rocafuerte. Miała być tania, bo i tak wracała do Peru. W migracion bez problemów dostaliśmy pieczątki wyjazdowe z Ekwadoru, teraz trzeba było tylko wsiąść na łódź.

Wierzyliśmy mocno w informacje o peruwiańskiej taniej łódce. Lokalni przewoźnicy nie dawali jednak za wygraną. Młody chłopak zagadnął nas pewnie i z wdziękiem: „Ty dwadzieścia, ty dwadzieścia, szybko szybko i za 40 dolców płyniemy”. Zgodziliśmy się, bo czas mijał, peruwiańska łódka nie przypływała, a strasznie już chcieliśmy dotrzeć do Pantoja. Umówiliśmy się z młodziakiem za pół godziny w porcie. Wytaszczyliśmy z hotelito plecaki i czekaliśmy na głównej drodze będącej jednocześnie nabrzeżem, gdy nagle na horyzoncie pojawiła się długa łajba z mocnym silnikiem. To właśnie był Señor Emanuel, o którym wspominano nam we wsi, gość z którym przeprawa do Peru miała być tania. Mazer bez chwili namysłu dopadł kapitana nawiązując podobną rozmowę, ale z zasadniczą różnicą: „Ty 5, ty 5, szybko szybko i za 10 płyniemy”.

Udało się. Wypełniliśmy kilka druczków w capitanii, grzecznie podziękowaliśmy młodziakowi, który pojawił się punktualnie, ale z grymasem na twarzy musiał wrócić do domu. W towarzystwie dwóch bliżej nie określonych pań, pełni optymizmu płynęliśmy do Pantoja. Ciężkie, niemalże czarne chmury opadły nisko nad rzekę, w lekkim mroku zaczęła się ulewa. Nie przeszkadzało nam to wcale, od naszego wymarzonego celu dzieliło nas zaledwie kilka opasłych rzecznych meandrów.

Wieś Pantoja, pierwsza mieścina po peruwiańskiej stronie granicy, jest maleńka. Krótka przystań stanowi pas wykarczowanego brzegu, wzdłuż wody ciągnie się główna uliczka, przy której znaleźliśmy kolejno kilka domów, sklep i prowizoryczny, państwowy hostal dla podobnych do nas śmiałych podróżników lub lokalnych handlarzy, czy też rzecznych kapitanów. Po zachodniej stronie wsi na rozległym wzgórzu mieści się spora jednostka wojskowa, budynek rady gminy i solidnie wyglądający szpital. Przemierzenie całej wsi zajmuje pieszo około 5 minut. Po przeciwnej, wschodniej stronie, znaleźć można kilka dzikich, schowanych w gęstwinie chatek, szkołę i dwa boiska do gry w piłkę. Życie w Pantoja kumuluje się w okolicy głównej ulicy, a zarazem przystani. Właśnie tam zamieszkaliśmy i powoli z dnia na dzień stawaliśmy się częścią codzienności Pantoja.

Nasze informacje dotyczące dalszej części podróży były chaotyczne, a po rozmowie z kilkoma osobami we wsi stały się jeszcze bardziej zagmatwane. Nasz pomysł bazował na państwowej barce, która kursuje między Iquitos a Pantoja i przewozi ładunki oraz pasażerów. Z Pantoja do Iquitos płynie od pięciu do sześciu dni. Tam czeka, aż ponownie zapełni się towarem i po nieokreślonej ilości dni wraca w górę rzeki. Cóż nam po tych informacjach, jeśli nikt nie potrafił bliżej określić, kiedy osławiona łódź pojawi się we wsi?! Faktem było tylko to, że statek wypłynął z Pantoja tydzień przed naszym przyjazdem. Misterne kalkulacje z mieszkańcami wskazywały na to, że barka może pojawić się za tydzień, ale równie dobrze może to być za trzy tygodnie, gdyż na odpowiednią ilość załadunku barka czeka czasem tygodniami.

Wszystko to nie brzmiało zbyt optymistycznie, ale mieszkańcy wioski powtarzali z uporem, żeby się nie martwić, że trzeba spokojnie czekać i przy odrobinie szczęścia złapać łódkę wojskowa, medyczną, czy prywatny transport cargo. Dość szybko zorientowaliśmy się, że dystans do Iquitos najłatwiej będzie pokonać płynąc najpierw do Santa Clotilde, która znajduje się mniej więcej w połowie drogi do Amazońskiej metropolii. Tam ruch na wodzie jest większy a do Iquitos codziennie kursuje szybki, bezpośredni transport. Cały czas liczyliśmy jednak na dużą tanią barkę. Chcieliśmy doświadczyć wielodniowej podróży w upale i słabych warunkach, na tłocznym górnym pokładzie towarowej łodzi, gdzie hamaki wiszą jeden nad drugim w trzech poziomach.

Byliśmy czujni. Sprawdzaliśmy wszystkie opcje i dostaliśmy nawet kilka ofert od lokalnych przewoźników. Za jedyne 400-500 dolarów proponowano nam ekskluzywne czółno do Santa Clotilde, tyko dla nas dwojga. W jednej łajbie można zmieścić nawet sześć osób, gdyby w Pantoja pojawiło się więcej chętnych do Amazońskiej przeprawy, cena mogła by stać się zadowalająca.  Co jakiś czas ktoś wspominał nawet o dwóch gringo, którzy „jutro” przypłyną z Nuevo Rocafuerte. Kolejne dni mijały i nikt nie przypływał. Byliśmy tylko my. Przeprawa prywatną łódką nie wchodziła więc w grę – mieliśmy określoną niewielką ilość gotówki, za którą musieliśmy przetrwać.

Ekonomicznie Pantoja jest rajem. Pokój dla dwóch osób w lokalnym hotelu kosztuje 6 dolarów za noc, zawsze można się głupio uśmiechnąć i zapłacić pięć (no problemo). Przemiła Señora Lastenia mieszkająca dwa domy od nas, zgodziła się nas karmić. Wystarczy powiedzieć o której będzie się głodnym i sprawa załatwiona, za trzy dolary, dwóm osobom Señora serwuje gigantyczną porcję jedzenia. Ryż jest podstawą, natomiast wkładkę można wybrać, w ofercie są mięso (rzadko), ryby, lub dania warzywne. Kolejną opcją wyżywienia u pani Lasteni jest “wkład własny”. W praktyce wygląda to tak, że Mazer łowi ryby, zanosi je do Señory i voila!, obiad gotowy, a cena drastycznie spada z 3 dolków na półtora :] Po kilku dniach bezowocnego oczekiwania Lastenia zaproponowała nam, żebyśmy się do niej przeprowadzili. Powiedziała, że nie musimy jej płacić – wystarczy, że będziemy z nią rozmawiać!

Gdy zadbaliśmy o najpotrzebniejsze rzeczy przyszedł czas żeby odnaleźć się w wioskowej społeczności. Najprościej zacząć od dzieci. Mazer szybko zjednał sobie całe najmłodsze pokolenie “pantojian”. Trudno nie było, wystarczyło pojawić się z wędką i srebrzystym kołowrotkiem nad brzegiem rzeki. Wszystkie dzieci ze wsi łowiły razem z Mazerem, chłopcy, dziewczynki, nie było wyjątków. W praktyce wyglądało to tak, że wszyscy chcieli trzymać wędkę, choćby tylko jednym paluszkiem gdzieś miedzy rękami kolegi, byle tylko dotknąć korkowej rękojeści. Ci mniej waleczni, niemogący dopchać się do kija, niewiele myśląc wskakiwali do wody i otaczając żyłkę, wraz z Mazerem czekali na branie. Łowienie w grupie było komedią, zaprzeczającą wszystkim wędkarskim prawidłom.

Szczęśliwie, po kilu dniach dzieci przywykły do wędkarza, a ten cichutko prześlizgując się miedzy hotelem a rzeką mógł sobie spokojnie połowic zapewniając tym samym kolacje sobie, Ludwice a czasem nawet rodzinie Señory Lastenii.

Lu najbardziej zaprzyjaźniła się z panią prowadzącą sklep „ze wszystkim”, która za każdym razem witała ją śpiewnym: „Hola Lu! Que tal?” i od czasu do czasu obdarowywała nas maduro, czyli dojrzałymi platanami. Poza tym Lu dużo czasu spędzała w odosobnieniu. Taka ilość godzin do zapełnienia dała szansę na nagonienie czytania przewodników i mistrzostwo w stawianiu pasjansów. No właśnie! Któregoś dnia w desperacji kupiliśmy talię kart, tylko po to by następnego pobiec po kolejną, gdy przypominaliśmy sobie kolejne pasjanse, czy gry (a nie jesteśmy szczególnie karciani:]).

Dni mijały powoli. Mieliśmy dużo czasu, żeby spać, czytać, grać w karty, zdrzemnąć się jeszcze raz i obserwować życie mieszkańców: wojskowe biegi, łódki przypływające z dżungli, wyładowane platanami, żółwiami i dzikimi świniami. Jednego dnia byliśmy świadkami wypuszczania do rzeki maleńkich żółwików. To była jakaś szkolna akcja, i w tym samym czasie, kiedy dzieci „zażółwiały” rzekę, dorośli wynosili na brzeg upolowane duże okazy. Gdy tylko włączany był prąd wioska rozbrzmiewała kakofonią dźwięków. W niemal każdym domu grała inna muzyka, aż do ostatniej minuty prądu.

Każdego dnia ucinaliśmy sobie pokraczną pogawędkę z którymś z naszych sąsiadów. Niektórzy byli ciekawi naszego życia w Polsce, niektórzy chcieli nam tylko przedstawić swoją rodzinę. Niektórzy byli nieśmiali, zwłaszcza kobiety, a ze wszystkimi wymienialiśmy pozdrowienia kilkanaście razy dziennie ;] Dni mijały powoli, a my czuliśmy się w Pantoja coraz lepiej i coraz bardziej swojsko. Wizja czekania na barkę, które miało zająć „nie-wiadomo-ile-dni” stawała się coraz przyjemniejsza.

Z każdym dniem w rozmowach z mieszkańcami pojawiały się coraz odleglejsze daty przypłynięcia statku. W dalszym ciągu sprawdzaliśmy więc czujnie wszystkie opcje wydostania się w dół rzeki. Pewnego dnia przypłynął statek, który zacumował w jednostce wojskowej. Pobiegliśmy więc tam, przekonaliśmy strażnika, żeby nas wpuścił i załatwił pozwolenie na rozmowę z kapitanem. Rozmowa jednak nic nie dała – przewoźnik wykręcił się prawem o niezabieraniu pasażerów ze względów bezpieczeństwa. Innego dnia Sklepowa dała nam cynk, że jakaś kobieta ciężko zachorowała i będzie wieziona do Iquitos szybką szpitalną łodzią. Już kiedyś udało się nam wydostać rzeką „na chorego”, drugi raz nie mogło się to udać. No i się nie udało – główny lekarz w ośrodku powiedział, że jest odpowiedzialny za chorą, łódka jest mała i nie może nas zabrać. Tak mniej więcej pojawiały się i znikały nasze kolejne szanse na dalszą podróż.

Pewnego ranka obudziło nas walenie do drzwi. Normalnie w naszej podróży budzimy się i wstajemy bardzo wcześnie rano. Tu jednak mogliśmy sobie pozwalać na dłuższe spanie. Dlatego walenie do drzwi o ósmej rano nieco nas zdziwiło. Wyplątaliśmy się z moskitiery, zarzuciliśmy na siebie co było pod ręką i otworzyliśmy przybyszowi. Ten mówił tak szybko, że w ogóle nie mogliśmy zrozumieć o co mu chodzi. Był to jeden z facetów, którzy wcześniej proponowali nam swoje przewoźnicze usługi za duże pieniądze. Teraz przyszedł i według Lu mówił, żeby się pakować, bo za dwie godziny przypłyną ci mityczni turyści, co to według niektórych ludzi mieli pojawiać się we wsi co dnia. Jak tylko przypłyną, wsiadamy wszyscy w jego łódkę, płacimy po 150 dolarów i płyniemy do Santa Clotilde.
Maz zrozumiał co innego. Jeszcze w Coca dowiedzieliśmy się, że w pierwszych dniach marca przez Pantoja będzie przepływał Fernando Sinfuentes, kapitan i przewodnik doskonale znający dorzecze Napo i górny bieg Amazonki. Wieść niosła, że Sinfuentes prawdopodobnie będzie miał jakieś wolne miejsca w łódce. Wtedy jeszcze było za wcześnie, żeby to potwierdzić. Według Mazera właśnie o tej szansie mówił facet, który tego dnia nas obudził. Mieliśmy być gotowi, z przygotowanymi pieniędzmi. Ta wersja była z różnych względów bardziej obiecująca, dlatego uznaliśmy, że to jest wersja właściwa i zaczęliśmy się prędko pakować.

Na chwilę przed dziesiątą do brzegu przybiła łódka. Już z daleka było widać, że siedzi w niej dwóch gringo. Tutejsi ludzie mają inną posturę, inne fryzury, z daleka można nas bezbłędnie odróżnić. Nie wiedzieliśmy tylko, czy kapitan to rzeczony Sinfuentes.

O Fernando Sinfuentesie słyszeliśmy już w Coca. Jego sława wyprzedzała go na wiele kilometrów i wszędzie był znany. Polecił nam go inny przewodnik. Mieliśmy nawet na karteczce zapisane jego nazwisko, jako deska ostatniego ratunku, w razie gdybyśmy utknęli gdzieś na dobre. O Sinfuentesie mówiono nam w Nuevo Rocafuerte, wspominano o nim w Pantoja. Spodziewaliśmy się starszego faceta, najlepiej brodatego i bez oka, ze śladami walki z anakondą oraz piraniami (Łapiecie klimat?). Mieliśmy wizję takiego wyjadacza amazońskiego, który z niejednego ogniska jadł własnoręcznie złapaną rybę. Tymczasem na ląd wysiadł młody facet o aparycji Benego Kuleczki. Sympatia i radość życia biły mu z oczu. No, może z wyjątkiem momentu negocjacji ceny. Ale po kolei.

Przede wszytskim okazało się, że Mazer miał rację. Przypłynęła łódka, która jeszcze tego samego dnia, po załatwieniu wszystkich granicznych formalności ruszała dalej w kierunku Santa Clotilde. W łódce siedziało dwóch facetów. Jeden nieco starszy od nas, Rosjanin. Drugi, na oko czterdziestolatek, z Izraela. Gdy tylko rzuciliśmy się w kierunku łódki, z okrzykami radości na ustach, że tak bardzo się cieszymy, że przypłynęli, bo czekamy tu na nich od kilku dni, że są naszym wybawieniem itd, odpowiedzieli tylko: „…Ale to jest prywatna wycieczka”. Miny nieco nam zrzedły, ale nie dawaliśmy za wygraną. Nauczeni prawideł rzeki uderzyliśmy do kapitana. Najpierw z niedowierzaniem zapytaliśmy, czy rzeczywiście nazywa się Fernando Sinfuentes. Potwierdził. Zapytaliśmy, czy możemy się z nim zabrać. Nie zaprzeczył, powiedział, że to nie jego decyzja i jeśli turyści się zgodzą, to mamy do niego wrócić i pogadać o cenie. Z turystami nie było łatwo. Po raz pierwszy od dawna napotkaliśmy taki zachodni rodzaj oporu. Nie słyszysz „nie” dlatego, że po prostu się nie da. Słyszysz „nie” bo taki jest dziś humor. Nie daliśmy się jednak zbić z pantałyku i korzystając z tego, że po raz pierwszy od dawna negocjujemy w języku, który dobrze znamy, czyli po angielsku, użyliśmy wszystkich form grzecznościowych, trybów warunkowych oraz tak wielu argumentów, ile tylko mogło nam przyjść do głowy. Poskutkowało. Usłyszeliśmy niechętne „tak”, ale to była dopiero połowa sukcesu.
Teraz trzeba było jeszcze przekonać kapitana, że chce nas ze sobą zabrać za mniej więcej cztery razy mniej niż stawka rynkowa. Jak już pisaliśmy wcześniej, mieliśmy na naszą amazońską wyprawę przeznaczoną konkretną sumę pieniędzy i nie chcieliśmy jej przekraczać. Sytuacja, w której się znaleźliśmy była jednak idealna. Przypłynął przewodnik, który wiózł dwóch zakontraktowanych przez agencję turystów, którzy pewnie słono zapłacili za tę przeprawę. Oto w Pantoja pojawiamy się my i proponujemy mu wiele mniej niż ci pierwsi, ale za to bez pośredników i w wesołej atmosferze ;] Fernando trochę kręcił nosem na nasze 100 dolarów, ale chyba ktoś się za nami wstawił (cała wioska już nam kibicowała), albo po prostu dobrze nam patrzy z oczu, bo nie wzbraniał się za długo. Po prostu nagle powiedział: „szybko, szybko, dajcie co możecie i jedziemy”.

Łódka Fernando była najwygodniejszą łodzią ze wszystkich, którymi do tej pory płynęliśmy. Była drewniana, zadaszona, aby chronić przed deszczem i słońcem i miała trzy podwójne siedzenia z oparciami, a nawet poduszki, żeby nie siedzieć bezpośrednio na desce. Do tego mnóstwo miejsca na nogi i bagaże pod dachem – luksus – płynąć, nie wysiadać. Do Santa Clotilde normalnym tempem płynie się dwa dni. Czekał nas więc nocleg w nieznanym miesjcu. Po podróży po Rio Coco w Nikaragui wiedzieliśmy, że ludzie mieszkający nad rzeką są przyzwyczajeni do przyjmowania podróżnych na noc, dlatego byliśmy bardzo ciekawi, gdzie los rzuci nas tym razem.

Miejsce, w którym zatrzymaliśmy się o zachodzie słońca przekroczyło nasze oczekiwania. Tej nocy mieliśmy spać w chacie Indian Quechua. Jak wiele chat nad Rio Napo, ich dom stał na palach, nie miał ścian, jedynie dach z palmowych liści i podłogę z bambusowych łodyg. W podobnym domu zatrzymaliśmy się też na obiad, tam poczęstowano nas lokalnym napojem mazato zrobionym z juki, która najpierw jest przeżuwana, a następnie wypluwana i zostawiona do fermentacji. Piliśmy przez zęby, ale nie odmówiliśmy. Podobno gdy oferowane jest mazato nie wypada odmówić. No i ciekawość przeważyła. Napój był kwaśny i sprawiał wrażenie krzepiącego. Podobno ma właściwości energetyzujące.

W naszej wieczornej chacie zaoferowano nam nie lokalne kulinaria, a miejsce do spania. Tam gdzie zwykle śpi ośmioosobowa rodzina stanęły dwa namioty turystów i trzy hamaki – nasze i Sinfuentesa. Tej nocy zasnęliśmy kamiennym snem, przy akompaniamencie cykad, świerszczy, ptaków i Bóg raczy wiedzieć, czego jeszcze. To noc do zapamiętania na całe życie.

Rankiem obudziły nas koguty i liczne świnie, które domagały się uwagi. Gdy tylko zaczęło świtać, wszystkie córki naszych gospodarzy rządkiem poszły do rzeki się umyć, a zaraz potem zaczął się normalny dzień wypełniony domowymi obowiązkami – noszeniem wody, zmywaniem, karmieniem kurcząt wyłuskaną wcześniej kukurydzą, doglądaniem maleńkich amazońskich szopów, które trzyma się na mięso, ale zanim podrosną są uroczą dziecięcą maskotką. Niestety nie zostaliśmy tam dłużej. Załapaliśmy się na śniadanie z „prywatnej wycieczki”, zwinęliśmy hamaki i jakieś trzy godziny później wylądowaliśmy w naszej „ziemi obiecanej”, czyli Santa Clotilde.

W oczekiwaniu na rapido do Mazan, które odpływa codziennie o szóstej rano, spędziliśmy bardzo miły wieczór w towarzystwie Fernando i jednego z turystów – drugi niestety nie nadawał się do niczego i sprawiał wrażenie, jakby do Amazonii przyjechał za karę.

Rapido jak sama nazwa wskazuje jest szybka, niewielka łódka wyposażona w potężny dwustukonny silnik. Gładko sunąc po tafli wody w cztery godziny dotarliśmy do Mazan, które znajduje się godzinę drogi od Iquitos i jest punktem strategicznej przesiadki. W tym właśnie miejscu Rio Napo zatacza wielki łuk, którego pokonanie zajmuje jeden dzień. Zamiast tracić czas na wodzie można wysiąść na ląd, odbyć szaloną przejażdżkę motocarro, czyli zmotoryzowaną rikszą, na drugi koniec wioski, gdzie rzeka kończy meander i łączy się z Amazonką. Tam wsiada się do kolejnej szybkiej łodzi, która swoją trasę kończy w Iquitos.

W strugach deszczu, balansując na wąskich, wysokich portowych trapach zeszliśmy na ląd. W chaosie i portowym tłoku szybko wypatrzył nas jeden z licznych taksówkarzy, prostym gestem zapraszał nas do swojego pojazdu. Mknąc po wąskiej uliczce motocarro prowadzonym przez młodocianego kierowcę, przedostaliśmy się do naszej ostatniej łodzi. To była piąta łódka, ostatnia w naszej amazońskiej wyprawie.

Pierwotny plan jak zwykle uległ zmianom, przez cała drogę wypatrywaliśmy osławionej barki do Pantoja. Wpływając do portu w Iquitos mijaliśmy kolejne zacumowane lodzie i statki. Setki kolorowych, zaniedbanych kadłubów zlewały się w jeden cudownie odrażający i kiczowaty obrazek. Nagle pośród ogromu portowego zgiełku, między dziesiątkami innych łodzi dostrzegliśmy tą naszą, niebieską, brudną i wciąż zacumowaną barkę. Napis „Pantoja” wymalowany szerokim zawijasem nie pozostawiał wątpliwości – to właśnie był statek, na który przyszłoby nam czekać jeszcze bardzo długo. Los po raz kolejny okazał się być dla nas łaskawy, wychodząc na ląd w największym na świecie mieście bez połączenia lądowego, odetchnęliśmy z ulgą. Z dumą przemierzaliśmy ulice Iquitos do którego dostaliśmy się samodzielnie, w autentycznym klimacie, a do tego za niewielkie pieniądze przemierzając najdziksze zakątki amazońskiej selwy.

Advertisements

6 thoughts on “1000 kilometrów amazońskiej żeglugi.

  1. Uff, muszę się uspokoić po takiej porcji lektury! Brak mi słów na opisanie tego, co czuję. Choć tak daleko – tak blisko jestem z Wami. Wspaniała nagroda za długie czekanie na tak piękny post!

  2. najbardziej mi się podoba zdjęcie zrobione po skakaniu z wysoka 😀

    czy wy to sobie notujecie po drodze? czy też pamiętacie co się po kolei dzialo, ciekawam 😉

    1. Pamiętamy. Staramy się pisać w miarę na bieżąco, czasem się nie udaje, a czasem wozimy gotowy wpis w komputerze do czasu, gdy znajdujemy jakiś porządny internet – w Peru nie jest to łatwe, teraz, w Chile, dużo z tym lepiej. Poza tym notujemy wydatki, więc czasem łatwiej sobie coś przypomnieć 🙂 xxx

  3. Zyczymy tobie (ludwice) wszystkiego najlepszego w dniu imienin 😛 Cieszymy sie wszyscy tutaj w redmond ze was jeszcze nie zjadly pirahnie. aby tak dalej!!

    –those hammocks are awesome,
    –the look you have in the photo „u seniory lastenii’ could probably kill someone hahaha—dostalem adrenaline +5 tylko wyobrazajac ten bungeejumping

    opis i zjecia super — calujemy!! kotty

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s