Niedziela w szarej Bogocie.

W Capurgenie zostaliśmy jeszcze jeden cały dzień, który spędziliśmy na łażeniu po dżungli w poszukiwaniu wodospadów ścieżką do El Cielo, czyli do nieba, bawieniu się w rzece i bimbaniu z wędką na pomoście. Chyba doskonale wpisaliśmy się w rytm życia mieszkańców wioski.

Następnego dnia o godzinie 7:30 rano odpływała łódka do Turbo (30$/os, zależy od kursu dolara), na którą zapisaliśmy się zaraz po przyjeździe. Na pomoście ważono wszelki wnoszony bagaż. Czytaliśmy o tym, więc nie byliśmy zdziwieni, ale na żywo wyglądało to jeszcze bardziej absurdalnie – przy wiszącej wadze siedziało kilku młodych chłopaków powiązanych z przewoźnikiem w niejasny sposób, ale skutecznie blokując przejście dalej. Na haku wiesza się swój bagaż i czeka się na werdykt: my dorzuciliśmy jeszcze 7 tysięcy peso, czyli trochę ponad trzy dolary. Nieźle. Nasi znajomkowie z Australii za swoje deski surfingowe zapłacili bardziej słono…

Łódź do Turbo mieści więcej osób niż ta pierwsza, którą przybyliśmy do Capurgeny,  ma nawet coś w rodzaju daszku, który chroni przed ewentualnym deszczem i większymi falami. Bagaże pochowane w plastikowe wory leżały na dziobie zabezpieczone optymistycznie jedynie jedną, parcianą taśmą. My, z racji końcowej pozycji na liście siedzieliśmy na przodzie, czyli tam gdzie łódź najmocniej uderza dnem o wodę. Trasa zajmuje mniej więcej dwie i pół godziny i chyba mieliśmy szczęście, bo nie było tak hardkorowo jak się spodziewaliśmy. Łódka tylko kilka razy przywaliła dnem tak mocno, że zaistniało ryzyko odgryzienia języka, ale nie padało i nie zalewało pokładu. Nie licząc zdrętwiałego tyłka, było całkiem przyjemnie.

Przyjemnym natomiast nie można za bardzo nazwać portu w Turbo. Do kei płynie się długim wąskim korytarzem między dużymi, rozklejającymi łodziami. Woda z każdym metrem jest coraz mniej przejrzysta i coraz bardziej czarna, aż w końcu przypomina bardziej zużyty olej silnikowy niż wodę. Tłocząc się wraz z innymi pasażerami na wąskiej betonowej kładce, czekając aż Mazer wykopie nasz bagaż ze sterty takich samych czarnych worków, Lu skupiała się najbardziej na tym, żeby nie wpaść do tej lepkiej mazi.

Turbo opuściliśmy prędko. O 11:00 odjechaliśmy super wygodnym i super drogim autobusem do Medellin. Jak się okazało, był to początek naszych kosztownych przerzutów w Kolumbii. Chcieliśmy jak najszybciej przedostać się jak najbardziej na południe. W Medellin od razu wsiedliśmy do nocnego autobusu i o 6 rano następnego dnia wysiedliśmy w Bogocie. To  jak na razie największy dystans jaki pokonaliśmy w ciągu doby. Mamy takie przeczucie, że im dalej na południe, tym częściej będziemy tak jeździć. Jednak najlepiej byłoby tego unikać.

Wracając do Bogoty. Na dworcu stanęliśmy w kolejce do taksówek. Całkiem nieźle jest to zorganizowane. Kolejka kończy się przy budce dyspozytora, któremu podaje się adres, pod który chce się jechać, a ten wklepuje wszystko w komputer, wzywa kierowcę (który wraz z innymi czeka w drugiej kolejce). Do ręki dostaje się dwa bileciki, z których jeden trzeba oddać kierowcy. Na bilecie podany jest adres, numer taksówki i cena jaką trzeba będzie zapłacić na końcu trasy. Nie ma szansy na przewałki.

W hostelu, który wybraliśmy, nie było miejsc. Podobnie w następnym i w kolejnym. Nie bacząc na wczesną porę pukaliśmy do drzwi wszystkich hosteli po kolei, a w dzielnicy La Candelaria, jest ich całkiem sporo. W końcu, kolejny już zaspany człowiek otworzył nam drzwi, oznajmił, że w południe zwolni się jeden pokój i wskazał nam samowar z kawą, którą mogliśmy się częstować do woli. Niczego więcej nie potrzebowaliśmy. Wzmocnieni kawą zapomnieliśmy o niedospaniu, zostawiliśmy plecaki w recepcji i wyruszyliśmy w miasto. Tak zaczęła się nasza Niedziela w Bogocie.

Oczekiwania mieliśmy spore. Słyszeliśmy że Bogota odetchnęła z ulgą, gdy rząd „pogonił” partyzantów FARC. Podobno z tej ulgi i radości rozkwitło i kwitnie do dziś, jest nowoczesne i zaskakująco przyjazne. Być może oczekiwaliśmy zbyt wiele, może byliśmy tam za krótko, może zabrakło nam właściwego przewodnika, a może to wina niedzielnego spokoju – w stolicy Kolumbii nie znaleźliśmy nic, co by nas w niej zatrzymało, wręcz przeciwnie. Ale po kolei.

Wybraliśmy się na spacer główną Aleją 7. W niedziele zamyka się na niej ruch samochodowy i ulicę zalewają rowerzyści i rolkarze. Ludzie spacerują z psami – mieszkańcy Bogoty chyba szczególnie lubią psy. Wzdłuż chodników handlarze rozstawiają swoje stoiska ze wszystkim (tego dnia hitem były zelektryfikowane packi na komary), pomiędzy którymi wędrują przenośne kramy z przekąskami, owocami, kawą, serkami z galaretką, waflami itd. Miasto powoli ożywało. Jednak na dobre się nie obudziło. Poszwendaliśmy się kilka godzin bez celu. Spróbowaliśmy lokalnych przysmaków, bułeczek pandebone i czekolady z serem i wróciliśmy do pokoju.

Chcieliśmy odespać noc w autobusie, jednak obudził nas dym, który wypełnił nasz pokój bez okien. Okazało się że na mini podwóreczku rozpalono grill i cała rodzina gospodarza hostelu szykuje się do niedzielnego obiadu. W odpowiedzi na nasze wymowne kaszlenie i wietrzenie pokoju dostaliśmy talerz grillowanych pyszności – łopatka wołowa, platany, kukurydza, ziemniaki, a wszystko z pyszną świeżą salsą z awokado, kolendry, soku z limonki i czerwonej cebuli. Zjedliśmy wszystko w pięć minut, wybaczyliśmy zadymienie i ruszyliśmy na zaplanowany obiad. To zdecydowanie był najjaśniejszy moment pobytu w Bogocie. Przynajmniej dla Mazera.

Już po zmroku Lu siedziała w przewietrzonym pokoju i nadrabiała blogowe zaległości (nie myślcie sobie, pisanie tych postów zajmuje trochę czasu :]) a Maz wybrał się na poszukiwanie wzmocnienia, czyli rumu. W trakcie spaceru widzieliśmy supermarket, który znajdował się niedaleko naszego lokum. Wychodząc zażartował: gdybym nie wrócił do północy, dzwoń po policję… Świetny żart. Mazer wyszedł, a Lu pisała dalej. Nagle zorientowała się, że opisała co najmniej trzy dni i najwyższy już czas, żeby Maz to przejrzał, poprawił i dodał swoje. Odgoniła złe myśli i pisała dalej. W końcu nie wytrzymała. Minęło zdecydowanie zbyt wiele czasu. Złe myśli wzięły górę, a w drzwiach pojawił się Maz. Nie uwierzysz co mi się przytrafiło – zaczął i opowiedział co zajęło mu tyle czasu.

Supermarket był zamknięty. Wracał więc tą samą trasą, aż nagle zaczepił go jakiś facet targający wielkie pudło. Chciał pieniędzy, bo jest głodny itd. Stara śpiewka. Maz powiedział, że nie ma kasy i poszedł dalej. Nagle usłyszał, jak facet rzuca targane pudło w kąt. Potem wszystko potoczyło się szybko.

Facet chwycił Mazera za ramię trzymając w ręku coś co w świetle latarni wyglądało na nóż. Z obłędem w oczach krzyczał, żeby dać mu pieniądze. Maz powtarzał, że nie ma żadnych pieniędzy – była to prawda – wychodząc z hostelu wyjął z kieszeni portfel, zostawiając tylko jeden banknot. Ten schowany był razem z nożem, przyczepionym do paska. Facet zaczął bezskutecznie szarpać za pokrowiec, bo była to ewidentnie jedyna rzecz, którą mógł zabrać.

Pokrowiec nagle się otworzył, napastnik wyrwał więc z niego nóż. Przy okazji wpadł też banknot, który Maz od razu przydeptał butem. Facet odrzucił to co trzymał w dłoni – okazało się że był to podłużny kawałek szkła – i zaczął uciekać. Mazer, niewiele myśląc pobiegł za nim. Nie wiedzieć czemu facet zaczął uciekać w kierunku głównej ulicy, znanej nam 7 Alei. Nagle zatrzymał się samochód, z którego wysiadł inny facet z młotkiem za pasem i natychmiast rzucił się za złodziejem. Z któregoś balkonu zaczęła krzyczeć baba.

Gdy wszystko oświetliły światła głównej ulicy pojawiła się policja. Wszyscy razem dogonili napastnika, który na widok stróżów prawa chyba się poddał. Policjanci zawlekli go do suki, i wszyscy razem (Mazi też) pojechali na komisariat. Tam Maz wyjaśnił po kolei co się stało. Sobie tylko znanymi i mało subtelnymi metodami policjanci wydusili od złodzieja miejsce, w którym porzucił ukradziony Mazerowi nóż. Znów wszyscy razem pojechali na miejsce, znaleźli nóż rzucony w stertę śmieci, wypuścili złodzieja, który okazał się być zdesperowanym bezdomnym i podwieźli Mazera pod drzwi hostelu.

Jeden z policjantów zapytał, czemu mając nóż Maz nie obronił się przed napastnikiem. W polskich realiach, gdzie za wyrządzoną napastnikowi w samoobronie krzywdę można mieć niezłe kłopoty, jest to niewyobrażalne. Okazuje się, że w Kolumbii można samemu wymierzyć sprawiedliwość. Przynajmniej na taką skalę. Przynajmniej bezdomnemu, który za „napaść z niebezpiecznym narzędziem” został wypuszczony z powrotem na ulicę, bez żadnych konsekwencji.

Wszystko to wydarzyło się w sercu turystycznej dzielnicy Bogoty. Między hostelami pełnymi gringos. Zdesperowany bezdomny wrócił na miejsce zdarzenia, a Maz wrócił do Lu. Cały i zdrowy. Odzyskał nóż i nie stracił jedynego banknotu, który ze sobą wziął. Następnego dnia rano jechaliśmy przez budzące się do życia miasto. Z tą Bogotą od początku coś było nie tak. Z przyjemnością wsiadaliśmy do kolejnego autobusu, który miał nas zawieźć w okolice pustyni. Nie mogliśmy się już doczekać ciszy, przestrzeni i nieba, na którym podobno najlepiej w całej Kolumbii widać gwiazdy.

Advertisements

5 thoughts on “Niedziela w szarej Bogocie.

  1. Uał!!! No, Mateusz, zimną krew zachowałeś! W opisie wygląda to na tyle „plastycznie”, że niemal widze ten kawałek szkła.. Nie wiem, co bym zrobił na Twoim miejscu. Pewnie w spodnie 🙂 A swoją drogą szczęście zdaje się Wam sprzyjać od samego początku! Jak jest po hiszpańśku „oby tak dalej!”?

  2. Dziś rano widziałem Was jak wracaliście ze sklepu spożywczego na świętoduskiej z bułkami do mieszkania na Szewskiej. Nie wiem po co wam te wymyślane historie i udawanie że jesteście gdzieś na końcu świata. Nie wiem co ćpacie i po co ale ogarnijcie się! Ludzie!

  3. ja was nie widzialam na swietoduskiej, ale widze was na wlasne oczy w mojej, jakze pękatej, szklanej kuli i jestescie w lizbo – idziemy jesc rybki 😉

  4. Bogota, obok Caracas, Sao Paolo i Rio de Janeiro to najbardziej niebezpieczne miasta ameryki południowej, starzy górale mówią by się tam nie pchać, bo cena za zobaczenie XVI wiecznej katedry może być zbyt wysoka. Wyjątkiem może tu być Rio de Janeiro, jeżeli zachowa się szczególne środki ostrożności, to na pewno warto zwiedzić stolicę światowego karnawału. Lu fajnie, że znajdujesz czas na pisanie bloga, czytam go od początku, ale dopiero na tym etapie mogę się włączyć z komentarzem lub jakąś formą informacji. Pozdrawiam życząc !Feliz viaje!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s