Samoloty i łodzie z Ameryki do Ameryki.

Panama przywitała nas widokiem bardzo niecodziennym. Na południu piętrzyły się drapacze chmur, w których odbijało się słońce. My ulokowaliśmy się w hotelu Casco Antiguo, w samym sercu panamskiej „starówki”, czyli Casco Viejo. Hotel był duży, stary i z duszą. Może brzmi to banalnie, ale zaraz po przekroczeniu progu budynku, gdy pięliśmy się w górę do naszego pokoiku na trzecim piętrze niemalże słychać było pospieszne kroki kochanek inspektorów budowy kanału panamskiego, uciekających przed świtem i uważnym wzrokiem pokojówek.

Nasz pokój był niewielki. Pod wysokim sufitem kręcił się stylowy wiatrak, po dwóch stronach drzwi, na podłodze z imitacją czarno-białych kafelków stały skrzypiące metalowe łóżka. Jedna wtyczka. Ból. Ale wystarczy. Internet, szumnie ogłoszony w recepcji, rzęził, ale w głównym lobby stał termos z wiecznie gorącą mocną i darmową kawą, a jednym z licznych korytarzy i klatek schodowych można było się dostać na taras, z którego widać było całą Panamę. Nie przesadzamy. Jak wiadomo, nie zawsze udaje się spać w tak przyjemnych miejscach. Było dobrze.

Mimo tragicznej prędkości netu od razu zaczęliśmy wyszukiwać połączenia z Kolumbią. Jak wiadomo (choć dla nas jakiś czas temu nie było to takie oczywiste)  nie można tak po prostu przejechać z Panamy do Kolumbii. Lądowe połączenie Centralnej i Południowej Ameryki nie istnieje.

Panamericana, teoretycznie łącząca wszystkie Ameryki w pewnym momencie urywa się i dalej jest już tylko dżungla. Najbliższa droga na południu zaczyna się po mniej więcej 150 km. Kontynenty dzieli więc prawdziwa Granica. Nazywa się Darien Gap. Przekraczanie jej pieszo nie jest polecane, wręcz odradzane, ze względu na wyjątkową aktywność kolumbijskich guerrillas. Zwykłe zagrożenia związane z przemierzaniem najdzikszej dżungli wymieniane są na drugim miejscu powodów, dla których nie warto się tam pchać.

Istnieją więc inne sposoby. W związku z tym, że trasę między Amerykami pokonuje mnóstwo podróżników, travellerów, backpackerów i turystów, wszystkie te drogi są opisane i łatwe do znalezienia w sieci.

My chcieliśmy się przedostać do Kolumbii jak najprościej i jak najtaniej. Co to znaczy? Trzeba znaleźć samolot do miejscowości z której płyną łodzie, do miejscowości, z której płyną łodzie do miejscowości z której jeżdżą autobusy. Proste. Szukaliśmy więc połączeń lotniczych do Puerto Obaldia, które jest ostatnim bastionem Panamy, gdzie stoi migracion, czyli: można dostać pieczątkę wyjazdową.

Jeszcze roku temu loty do Puerto Obaldia były wstrzymane – lotnisko było zamknięte z powodu osunięć ziemi. Nie mieliśmy więc pewności, czy tam dolecimy. Okazało się, że podawane w przewodnikach linie Aeroplas nie mają takich połączeń w swoich rozkładach. Do alternatywnych linii – Air Panama nie mogliśmy się dodzwonić, a że internetowa rezerwacja istnieje tylko w teorii – próbowaliśmy się dodzwonić bardzo uparcie. Skype z tą mocą internetu nie dawał rady, więc zaangażowaliśmy panią w recepcji. Bez skutku. Koczowaliśmy przy szybce na zmianę, aż w końcu zauważyliśmy książkę telefoniczną, w której były podane zupełnie inne numery niż te na stronie www.

Okazuje się, że warto czasem zajrzeć do papierowej, opasłej księgi numerów, bo może to zaoszczędzić jakieś pół dnia w ostatniej stolicy Środkowej Ameryki, kiedy to zamiast napawać się urokami architektury, sterczy się w hotelowym lobby, błagalnie patrząc na recepcjonistkę, która zamiast oglądać serial ulega prośbom i po raz setny wykręca numer, który nie odpowiada.

Po tej dygresji powiemy Wam tylko tyle, że w końcu udało się nam dodzwonić i dogadać. Okazało się, że do Puerto Obaldia owszem można już latać, ale wolne miejsca w samolocie są dopiero za… 20 dni.

Zrobiło się za późno, żeby zająć się czymkolwiek innym niż siedzenie w sieci i wałkowanie wszystkich możliwych kombinacji, które są opisane i tych których istnienie jedynie zakładaliśmy. Nad ranem następnego dnia zaczęliśmy się nawet skłaniać ku opcji tyleż atrakcyjnej co kosztownej, czyli ku czarterowemu rejsowi przez archipelag San Blas do Cartageny w Kolumbii. Nie dawaliśmy jednak za wygraną.

Jeszcze jeden numer telefonu i przygotowana w nocy lista miejscowości, do których być może coś lata, i z których być może coś płynie. Jak na złość wszystkie nasze plany B po kolei brały w łeb: tu było tylko jedno wolne miejsce, tam samoloty już nie latają, a jeszcze gdzie indziej można polecieć za magiczne 20 dni. Żadna z tych opcji nie wchodziła w grę. Panama jest cudownym krajem, dostępnym zarówno finansowo jak i infrastrukturowo, jeśli można tak powiedzieć. Miejsca magiczne można wymieniać bez końca. My jednak chcieliśmy do Kolumbii i dalej. Tak wiele na nas czeka! Lu tknięta tak zwanym palcem bożym, ni z tego ni z owego postanowiła zapytać pana z Air Panama, który cierpliwie poprawiał wymowę kolejnych wymienianych miejscowości, czy nie ma jednak jakichś wolnych miejsc do Puerto Obaldia. Wprawdzie 12 godzin wcześniej pani z tych samych linii oświadczyła Mazerowi, że nie ma takiej opcji, ale w sumie jesteśmy w Ameryce Centralnej, czytaj: nigdy nic tak do końca nie wiadomo.

Tym sposobem, dwa dni później wczesnym rankiem na lokalnym lotnisku w Panamie czekaliśmy na nasz lot. Opowiedzmy jednak wszystko po kolei.

Podczas zamawiania biletów miły pan nie dosłyszał dokładnie naszych polskich imion i nazwisk, oraz adresu mailowego. Dosłyszał za to doskonale dane karty płatniczej, stąd mieliśmy pewność, że bilety zostały kupione. Nie mogliśmy się jednak doczekać żadnego potwierdzenia, które miało przyjść właśnie na maila. Wybraliśmy się więc na spacer do nowoczesnego centrum Panamy, podziwiając widoki na żywo idąc tam i z okien taksówki w drodze powrotnej. Odnaleźliśmy biuro Air Panama, wszystko było OK. Tego dnia udało nam się już spokojnie zasnąć – wszystkie papierki były na swoim miejscu i wiedzieliśmy dokładnie co robimy, z wyprzedzeniem na dwa dni. Taka świadomość, choć w codzienności czasem nuży, w podróży czasem okazuje się całkiem przyjemna.

Byliśmy więc gotowi do drogi. Nie mogliśmy jednak opuścić Panamy bez obejrzenia cudów techniki i pracy rąk ludzkich, czyli Kanału Panamskiego. Nieopodal Panama City znajdują się śluzy Miraflores. Na kanał przeznaczyliśmy cały dzień dlatego wybraliśmy na dłuższą wycieczkę. Najpierw do cieszącego się złą sławą portowego miasteczka Colon, a stamtąd do śluz Gatun, gdzie statki opuszczane i podnoszone są nieco ponad 25 metrów.

Szczęście nam sprzyjało. Gdy tylko lokalny autobus wyrzucił nas przy śluzach, do Morza Karaibskiego wypływał jeden z trzech panamaksów, które tego dnia udało się nam zobaczyć. Statki pływają tam całą dobę, a przeprawa jednego trwa ponad 2 godziny.

Przy śluzie ustawione są specjalne tarasy, z których można przyglądać się całej operacji. Ogrom przedsięwzięcia, statków, hektolitrów przelewanej wody i ilość przewożonych kontenerów z ładunkiem naprawdę robi wrażenie.

Gdy tylko weszliśmy na taras, opuszczanie zaczął MSC Fabienne. Pracownicy kanału w dwóch językach po hiszpańsku i angielsku opisywali wszystko co się działo krok po kroku, dlatego mieliśmy okazję zwrócić uwagę na istotne szczegóły, z drugiej strony było trochę odpustowo. Mieliśmy jednak widok pierwsza klasa, więc nic nam nie przeszkadzało. Nawet przelewające się grupy amerykańskich i niemieckich emerytów. Dzień wcześniej byliśmy jeszcze w muzeum poświęconym historii kanału, więc całe doświadczenie złożyło się nam w całkiem fajną edukacyjną wycieczkę :].

Powrót do domu, czyli do hotelu zajął nam więcej czasu niż się spodziewaliśmy. Najpierw utknęliśmy przy śluzach w oczekiwaniu na lokalny autobus do Colon. Gdy w końcu dojechaliśmy na miejsce przeskoczyliśmy z jednego autobusu do drugiego, jadącego do Panamy. Okazało się jednak, że nie był to ekspres, jak w drodze w tamtym kierunku, ale normalny kurs, obsługujący wszystkie miejscowości po drodze oraz przedmieścia Panamy, gratis. W dodatku zaczął padać deszcz, który sparaliżował ruch w mieście i zwiększył liczbę pasażerów do tego stopnia, że alejka między siedzeniami była szczelnie wypełniona przemoczonymi i zziębniętymi od klimy ludźmi.

Trochę to wszystko było frustrujące i nie pomagał nawet wyświetlany w autobusie na małych telewizorkach bollywoodzki film z Sharuck’iem Khanem o  indyjskim chłopcu z jakąś rozwojową chorobą, którego nie kochał brat, mama mu zmarła, więc pojechał do San Francisco, znalazł pracę jako obnośny sprzedawca kosmetyków, ożenił się z dziewczyną Hindu, która miała syna z pierwszego małżeństwa, a że on był Muzułmaninem, to tego syna zakopali na śmierć koledzy z boiska po 9.11, więc rzuciła go żona, a on jak Forrest Gump postanowił przejechać USA i miał różne przygody, z których najtragiczniejszą była próba uratowania zaprzyjaźnionej rodziny z walącego się kościoła podczas powodzi w Luizjanie. Ufff… w końcu dojechaliśmy na miejsce.

Następnego dnia, jak już wiecie mieliśmy lecieć do Puerto Obaldia. Grzecznie wsiedliśmy więc w taksówkę i byliśmy zwarci i gotowi do odprawy na ponad godzinę przed odlotem. Tam spotkała nas niespodzianka: lot był opóźniony, o czym dowiedzieliśmy się przypadkiem, pytając z własnej woli o to, kiedy zacznie się check in. Serio. Nie było żadnych ogłoszeń, żadnej tablicy z info, nic. Opóźnienie nie było wielkie, coś koło trzech godzin. Nie bardzo nas też to wszystko zdziwiło, w końcu byliśmy w Ameryce Centralnej. Przynajmniej przez najbliższe parę godzin ;]

Lot okazał się bardzo przyjemny. Pasażerów w sumie było nie więcej niż dziesięciu, zostało jeszcze kilka wolnych miejsc, przykleiliśmy więc nosy, każde do swojego okna i oderwaliśmy się od ziemi. Najpierw omija się miasto i jego strzelające w niebo wieżowce. Potem trochę się przysypia i budzi się nad bezkresną zielenią Darien Gap. W końcu pojawia się lazur Morza Karaibskiego i przez jakiś czas leci się na granicy lądu i wody. Na koniec zwinnie ląduje się na krótkim pasie Puerto Obaldia. Na lotnisku zgadaliśmy się z innymi podróżnymi, że wszyscy chcemy płynąć do Capurgeny w Kolumbii, więc zanim jeszcze przeszliśmy przez całą wieś do punktu granicznego mieliśmy już zorganizowaną łódkę.

Procedury graniczne były pestką. Zamiast wypełniania formularza trzeba było tylko zostawić kopię paszportu. Potem zahaczyliśmy jeszcze o posterunek wojskowy, gdzie prowadzona jest ewidencja wszystkich osób wypływających za granicę. W mniej niż pół godziny od lądowania siedzieliśmy  w łódce, która miała nas zabrać wzdłuż wybrzeża do Capurgerny. Podróż nie trwała długo. Po niecałej godzinie wysiedliśmy na ląd. Tam znów udaliśmy się do migracion, gdzie przepytano nas dokładnie na okoliczność pobytu w Kolumbii, po czym wbito nam właściwy stempelek i byliśmy wolni.

W związku z opóźnieniem samolotu cała przeprawa zabrała nam więcej niż planowaliśmy, jednak wciąż mieliśmy trochę czasu, żeby spokojnie rozejrzeć się po wiosce w poszukiwaniu noclegu. Capurgena to mała rybacka miejscowość. Podobno jest taka jak Taganga kilkanaście lat temu. Okazała się być całkiem nieźle przygotowana i przyzwyczajona do turystów. W okolicach portu kilka małych knajpek, sporo opcji noclegowych, molo z którego można łowić z chłopakami ryby przy okazji podłapując kilka nowych technik, ciepła woda, słońce, ścieżki w głąb lądu i dżungli prowadzące do wodospadów, konne taksówki no i przede wszystkim: to już jest Kolumbia!!!

Przekroczyliśmy jeden z naszych Ważnych Punktów na mapie. Pożegnaliśmy Amerykę Centralną, którą przejechaliśmy w półtora miesiąca. Udało się nam zobaczyć wiele miejsc, pooddychać tamtejszym powietrzem, najeść się lokalnego jedzenia, pobyć trochę z ludźmi, których nie zawsze rozumieliśmy, ale nie przeszkadzało nam to w poruszaniu się wciąż do przodu i to nie tylko udeptanymi ścieżkami. Mamy niedosyt. Chcemy wrócić. Kombinujemy jak, kiedy i z kim można by to zrobić. O tym kiedy indziej. Dzisiaj mamy nadzieję, że Ameryka Południowa przyćmi wszystko, co do tej pory przeżyliśmy :]

Reklamy

3 thoughts on “Samoloty i łodzie z Ameryki do Ameryki.

  1. Przyłaczam sie do opinii Marcina! A poza tym wszystkie inne opisy powalają! Super. Byle tak dalej! Czekam na nastepny post!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s