Na dachu Panamy, czyli o wulkanie Baru.

W Panamie znajduje się tylko jeden wulkan (tak przynajmniej mówi przewodnik – Wikipedia twierdzi co innego). Wulkan nazywa się Baru, a jego szczyt to najwyższy punkt w kraju. Taka informacja wystarczyła nam w zupełności abyśmy jednomyślnie postanowili zdobyć ten szczyt.

Trasa z granicy kraju do podnóży wulkanu była jak zwykle wieloetapowa. Pierwszy autobus zabrał nas do miasteczka Changuinola. Pojazd był mocno wysłużonym, wymalowanym, amerykańskim autobusem szkolnym, od razu poczuliśmy się jak w domu. Panama na pierwszy rzut oka zdawała się być podobna do miejsc za którymi tęskniliśmy wjeżdżając do Kostaryki. W Changuinola szybko i sprawnie przesiedliśmy się do małego autobusu jadącego do David, drugiego co do wielkości miasta w Panamie.

Droga do David jest wyjątkowo malownicza. Początkowo prowadzi w wzdłuż zatoki Boca del Toro, by potem odbić w głąb kraju gdzie wysokie góry i zielone doliny wypełniają szczelnie krajobraz. Mniej więcej w połowie drogi, gdy pokonaliśmy kolejny łańcuch gór, na horyzoncie ujrzeliśmy po raz pierwszy nasz cel. Ogromna bryła Baru dominowała nad rozłożysta dolina. Wulkan jest wygasły, wyrasta w niebo na wysokość 3475 metrów i liczy sobie siedem kraterów.

Na szczyt prowadzą dwa szlaki: pierwszy prosty i monotonny od strony wschodniej, drugi, od zachodu, trudny i wymagający, ale obfitujący w zapierające dech widoki. Zachodnia trasa zaczyna się w okolicach miejscowości Volcan, na którą obraliśmy kurs po szybkiej przesiadce w David.

Wysiedliśmy na ruchliwym skrzyżowaniu. Po szybkiej konsultacji z miejscowym facetem ruszyliśmy w stronę hoteliku, który okazał się być blisko drogi we właściwym kierunku – prosto pod wejście na wulkan. Standardowy rekonesans miasteczka zakończył się bardzo udanym posiłkiem w miejscowej restauracji gdzie załapaliśmy się na tzw. comida completa. W supermarkecie skompletowaliśmy prowiant i wodę po czym wróciliśmy do hotelu przepakowywać plecaki.

Drodze na szczyt trzeba poświecić około ośmiu godzin intensywnej wspinaczki, było wiec pewne ze noc spędzimy na szczycie, gdzie temperatura spada do -3 stopni Celsjusza. Pierwszy raz w ruch poszły cieple skarpety, podkoszulki i kurtki.

Hotel opuściliśmy o świcie. Na miejscu został cały ciężki sprzęt, a my z jednym sporym plecakiem wyruszyliśmy na szlak. Kilka pierwszych kilometrów pokonaliśmy w autobusie, z którego wysiedliśmy przy wąskiej asfaltówce wiodącej w kierunku wulkanu. Kręta droga delikatnie pięła się w górę, a my idąc dywagowaliśmy, który z widocznych majestatycznych szczytów to ten właściwy ( jak się później okazało – perspektywa spłatała nam figla, gdyż prawdziwy szczyt był dużo dalej i dużo wyżej niż wszystkie nasze spekulacje).

Szlak nie jest oznakowany. Spodziewaliśmy się chociaż strzałki z patyczków, tymczasem nie było nawet wiadomo, gdzie zaczyna się park narodowy. Mijając opuszczoną budkę strażników zaczęliśmy się rozglądać za czymkolwiek co przypominałoby ścieżkę na szczyt. Po precyzyjnych odczytach z GPS’u i oględzinach śladów ludzkich oraz samochodowych wybraliśmy polną drogę.

Po kilkunastu minutach marszu wśród suchych traw i ogromnych agaw dotarliśmy na skraj lasu. W gęstwinie majestatycznych drzew wąska dróżka zaczęła gwałtownie piąć się w górę. Mrok tropikalnego lasu skutecznie osłaniał nas od słońca. Sprawnie wspinaliśmy się więc po wysokich uskokach, kamieniach i korzeniach.

Jak to zwykle bywa, wraz z wysokością stopień trudności pokonywanej trasy rósł. Zaczęły się zaskakująco strome i trudne podejścia, na których  wyschnięta ziemia usuwała się spod nóg. Wciąż otoczeni byliśmy dżunglą nie mogąc dojrzeć dalszej części szlaku. Po kilku godzinach marszu naszym oczom ukazała się w końcu góra. Wciąż nie widzieliśmy szczytu. Wiedzieliśmy jednak, że to, co przeszliśmy do tej pory to kropla w morzu potu, który przyjdzie nam jeszcze wylać.

Roślinność przerzedziła się, sucha ziemia ustąpiła miejsca żwirowi i kamieniom nagrzanym od słońca. Z każdym krokiem w górę otaczało nas coraz więcej przestrzeni, oddychaliśmy rzadszym powietrzem. Szliśmy wolniej, zmęczenie mocno wdawało się we znaki. Kiedy w końcu dotarliśmy na przełęcz, z której widać było szczyt, nie mogliśmy uwierzyć naszemu szczęściu. Cel, tak długo ukryty, był wreszcie na wyciągnięcie ręki. Przyspieszyliśmy więc kroku, za pół godziny mieliśmy rozbić namiot, zdjąć buty i już tylko czekać na zachód słońca. Tak nam się przynajmniej wydawało.

Dopiero wtedy wysokość zaczęła dawać o sobie znać. Chcieliśmy przeć do góry, a co kilka kroków brakowało nam tchu. Mimo szczerych chęci ostatnie podejście zajęło nam około godziny. Wydawałoby się, że tę dramatyczną historię można ciągnąć w nieskończoność, ale Wam tego oszczędzimy :] W końcu, krok za kroczkiem, udało się nam dotrzeć do bazy.

Na wschód od szczytu znajduje się stacja nadawczo-badawcza: wysokie słupy z antenami i kilka niewielkich, parterowych budynków, między którymi znaleźliśmy schronienie od lodowatego wiatru. Po raz kolejny dopisało nam szczęście – Mazer znalazł doskonałe miejsce na namiot, a zaraz potem, spomiędzy betonowych beczek wyszarpał stary materac, który wylądował pod podłogą namiotu. Dzięki temu mieliśmy nie tylko świetną izolację od zimna, ale też komfort, którego nie spodziewaliśmy się w tych księżycowych okolicznościach!

Słońce zachodziło, gęste białe chmury zasnuły doliny, a temperatura zaczęła szybko spadać. Wciąż wiał lodowaty wiatr, więc założyliśmy na siebie wszystko, co ze sobą zabraliśmy, połączyliśmy śpiwory i ułożyliśmy się do snu.

Noc minęła nam jakby w letargu – budziliśmy się na zmianę, sen mieliśmy lekki i niespokojny. Wstaliśmy około siódmej, mimo lekkiego niedospania po 12 godzinnym odpoczynku czuliśmy się wypoczęci i gotowi do by ponownie przebyć szlak, tym razem w dół. Liczyliśmy, że zejście będzie szybsze i łatwiejsze. Rzeczywiście – trasę pokonaliśmy w 6 godzin, ale pierwsze, najbardziej strome odcinki okazały się być wyzwaniem. Drobny żwir i kawałki pumeksu osuwały się spod stóp, a my w tumanach kurzu, balansując, powoli oddalaliśmy się od strzelistych, ostrych grani. Niższe, zalesione partie trasy były już tylko miłym dopełnieniem całości.

Około 13:00 dotarliśmy do dobrze nam znanej asfaltówki. Mieliśmy nadzieję na stopa, ale jak na złość nic nie przejeżdżało. Mijając rozległe uprawy cebuli, patrząc zazdrośnie na liczne zraszacze doczłapaliśmy do drogi w strone Volcan. Słońce stało w zenicie, rozgrzany asfalt oddawał żar z nawiązką, a my marzyliśmy już tylko o zimnej coli i prysznicu.

Na szczęście szybko przyjechał autobus, więc jedno i drugie marzenie wkrótce się spełniło. Do wieczora nie robiliśmy już nic oprócz leżenia, czytania i wpatrywania się w sufit. Obolałe mięśnie coraz mocniej dawały o sobie znać.

Rano mieliśmy poważny problem z chodzeniem :] Mazer mówi, że takich zakwasów nie pamięta od lat. W bólach dotarliśmy jednak do drogi, gdzie złapaliśmy transport do David, a potem do Panama City.

Od przyjazdu do stolicy mnóstwo czasu spędziliśmy na poszukiwaniu połączeń z Kolumbią. Mieliśmy do wyboru trzy opcje, nie licząc samobójczej pieszej przeprawy przez Darien Gap, czyli 150 km najdzikszej dżungli, która stanowi granicę między Amerykami i słynie z aktywności kolumbijskich partyzantów. Dwie pierwsze opcje są równie popularne co drogie. Przelot z Panamy do Bogoty, to nuda. Z kolei rejs na jednym z setek czarterowych jachtów płynących przez Morze Karaibskie do Cartageny kosztuje majątek. Długo się zastanawialiśmy i postawiliśmy na nieco mniej oklepane i tańsze rozwiązanie. Szczęśliwie poskładaliśmy elementy układanki, co wcale nie było łatwe. Wyruszamy jutro z samego rana.

Już wkrótce zameldujemy się z Kolumbii.


Reklamy

2 thoughts on “Na dachu Panamy, czyli o wulkanie Baru.

  1. No i nie wiem, czy stanęliście przy kraterze? Czy wyszło tak jak z Etną? Trzymam kciuki za „mniej oklepane” rozwiązanie i czekam na sygnał z niecierpliwością! Powodzenia!
    t.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s