Szybko, szybko! czyli Costa Rica nie jest taka fajna.

Od momentu, w którym urodził się pomysł wyruszenia na Rio Coco, wiedzieliśmy, że odbijemy sobie szwindel agencji turystycznej z Meksyku, która naciągnęła nas na ofertą przekroczenia granicy z Gwatemalą łodzią. Kto nie wie o co chodzi, niech nadrabia zaległości. Kto zaś uważnie śledzi nasze losy w podróży, wie, że brak łodzi w Meksyku w Nikaragui nadrobiliśmy z nawiązką. Dlatego też pobyt w tym kraju postanowiliśmy zakończyć w wielkim stylu.

W poniedziałek, w samo południe czekaliśmy wraz z innymi podróżnymi na prom, który miał nas przewieźć z Granady, przez całe Lago de Nicaragua, aż do granicy z Kostaryką, czyli do miejscowości San Carlos. Bilety mieliśmy kupione już wcześniej – Maz na ochotnika pobiegł do portu już z samego rana – wiedząc, że czeka nas ponad czternastogodzinna podróż oddaliśmy się ostatniemu w Nikaragui pałaszowaniu smakołyki z fritangi, czyli ulicznego, przenośnego stoiska sprzedającego przeróżne smażone pyszności. OK, czy pyszności, to oczywiście zależy, ale tym razem trafiliśmy świetnie.

Posileni, oddaliśmy się spokojnej obserwacji ludzi i obiektów, które zaczęły zbierać się przy wejściu do budynku portowego. Przede wszystkim było sporo turystów. Każdy typ inny, każdy typowy. Do tego po chwili pojawił się niemalże cały pułk wojska – dowódcy szybko rozstawili chłopaków w kątach placyku. Całości dopełniali oczywiście przeróżni “zwykli” niezwykli ludzie. Zaczęto też przygotowywać cargo: ogromne, płaskie i okrągłe kosze z warzywami i trzy terenowe motocykle marki Honda. Podjechała ciężarówka pustaków i drutów zbrojeniowych oraz furgonetka, z której dwóch starszych panów wyładowało dwie trumny czarne i jedną brązową. Czas mijał, ludzi i towarów przybywało, aż w końcu zaczęto wpuszczać nas na długą rampę, na końcu której zacumowany był mały, niepozorny, dwupokładowy prom.

Bilety na pokład górny są dwa razy droższe niż na dolny. Na górze jest też mniej miejsca pod dachem, za to jest więcej pokładu jako takiego, więcej powietrza, swobody no i łatwiej podziwia się widoki. Szarpnęliśmy się więc na bilety na górny pokład, tak jak wszyscy inni turyści. Prom po drodze zatrzymuje się na Ometepe, czyli wyspie dwóch strzelistych wulkanów, która jest jednym z najbardziej popularnych miejsc na mapie turystycznej Nikaragui. Tak jak się domyślaliśmy, w momencie, w którym odbijaliśmy z wyspy na południe, byliśmy już jednymi z niewielu gringo na pokładzie.

Wieczór upływał nam na błogim wpatrywaniu się w wodę, która ciągnęła się po horyzont i w ludzi, którzy coraz ciaśniej zaczynali układać się na górnym pokładzie w poszukiwaniu kawałka podłogi na sen. Gdy było już zupełnie ciemno po pokładzie nie można się było poruszać. No chyba, że ktoś wprawnym okiem wypatrzył miejsce na stopę między głową tego pana w czerwonym, tobołkami tej pani z dwójką małych dzieci i naszymi śpiworami. Nie było źle. Wręcz przeciwnie. Wprawieni komunalnym spaniem przy Rio Coco czuliśmy się niemal swojsko moszcząc sobie posłanie z naszych niezniszczalnych worków na śmieci ;]

Sielskość nocy pod gwiazdami i na wodach największego jeziora w Centralnej Ameryce zakłócił nam jednak deszcz. W którymś momencie obudziła nas fala wody, która dosłownie przelała się przez pokład. Niewielu zostało oszczędzonych. Na szczęście ciepły, suchy wiatr wiał mocno i osuszał przemoczone śpiwory kiedy my dosypiając czekaliśmy na świt i koniec rejsu.

W momencie, w którym słońce na dobre pojawiło się na niebie, dobiliśmy do portu. Mimo ponad godzinnego opóźnienia wciąż mieliśmy sporo czasu żeby przedostać się do Kostaryki. W San Carlos punkt graniczny otwierany jest dopiero około ósmej rano, a pierwsza łódka (tak, tak! łódka) do Los Chiles, gdzie odbywa się kostarykańska część procedury, odpływa dopiero o 10:30.

Z braku drobnych dostaliśmy od pani w bufecie kawę za darmo, a z okazji resztek waluty nikaraguańskiej Mazer nabył maczetę, do zakupu której przymierzał się już długo, a Lu – brezentowy hamak, lekki, kolorowy i wielofunkcyjny. Zaszaleliśmy. Nie ma co. Oto co nuda robi z człowiekiem :] Skórzany pokrowiec na maczetę podśmierduje bliżej nieokreślonymi fekaliami, a hamak, bardziej niż teraz, przydałby się kilka tygodni wcześniej. No i jest jeden, a nas jest dwoje. Jednak wciąż cieszymy się z naszych nowych zabawek jak dzieci, wymyślając dla nich coraz to nowe zastosowania. Maczeta świetnie sprawdza się w lesie, ale też znakomicie służy w polowej kuchni – nic tak nie kroi świeżego chleba, ani pomidorów!

Wróćmy jednak na granicę. Tłumek zgromadzony w poczekalni podzielono sprawnie na dwie grupy. W jednej byli ci, którzy załatwiali jakieś urzędowe sprawunki, w drugiej natomiast ci, którzy chcieli się przedostać do Kostaryki. Staliśmy więc grzecznie we właściwej kolejce, czekając, aż ktoś zacznie wbijać stemple wyjazdowe.

Słyszeliśmy, że to przejście graniczne jest jednym z najmilszych i najbardziej wyluzowanych, spodziewaliśmy się więc szybkiej i nieskomplikowanej procedury. Po raz kolejny okazało się, że po wszelkich urzędach, lepiej nie oczekiwać niczego, bo zawsze mogą nas czymś zaskoczyć. Najpierw problemy miała jakaś babuleńka, której skończyła się kostarykańska wiza, potem nagle pojawiło się kilka kobiet w ciąży, czyt.: bez kolejki, potem okazało się, że nie wypełniliśmy niezbędnych formularzy, potem z kolei, że pan stemplowy żądający od nasz zapłaty za wyjazd z Nikaragui (2$ od osoby) nie miał nam wydać reszty z dwudziestodolarowego banknotu, a ostatnie cordobas skrzętnie wydaliśmy przecież na zabawki. Od czekających razem z nami dziewczyn z Nowej Zelandii pożyczyliśmy więc potrzebne dolary, dopełniliśmy formalności i przeszliśmy dalej, czyli do ostatniej już w Nikaragui łodzi.

Mieściło się na niej na oko ponad dwadzieścia osób. Była to prawdziwa lancha z płaskim dnem, zewnętrznym silnikiem oraz daszkiem chroniącym od słońca i deszczu. Tradycyjnie już łódka nie odpływała niezapełniona. Po raz kolejny przyszło nam więc grzecznie czekać.

Z San Carlos do Los Chiles płynie się godzinę po Rio Frio. Brzegi porasta gęsta tropikalna roślinność, gdzieniegdzie stoją domy na palach i wszędzie widać bogactwo przyrody: tylu różnych ptaków na raz nie widzieliśmy już dawno, a wierzcie nam, że widujemy ich sporo.

Punkt graniczny w Los Chiles wygląda dość niekonwencjonalnie. Po opuszczeniu łódki znaleźliśmy się pod wysoko zadaszoną wiatą, gdzie urzędnicy w cywilu odbierali nasze celne deklaracje i przeglądali bagaże w poszukiwaniu zakazanych produktów – pytano nas głównie o sery i mięso :] Potem, w strugach deszczu, który pojawił się nagle i niespodziewanie, przebiegliśmy do pierwszego wskazanego budynku, gdzie pan siedzący na zydelku nakazał nam zapłacić za wjazd do miasteczka (1$/os.). W kolejnej budce, kilkaset metrów dalej znajdowało się migracion. Kolejka była ciasna, bo nikt nie chciał stać na deszczu. Gnietliśmy się więc dzielnie, gdy jedyny pan z okienka mozolnie obsługiwał przyjezdnych. Po godzinie ogłosił przerwę i wyszedł. Na szczęście, chwilę później pojawiła się druga zmiana, tym razem trzyosobowa – reszta czekających została odstęplowana ekspresowo.

Kostaryka, nazywana “Szwajcarią Ameryki Centralnej” jest drogim krajem, nieco bardziej uporządkowanym niż sąsiedzi. Upatrzone hotele nie mieściły się w naszym standardowym budżecie. Zasięgnęliśmy więc języka. Standardowe “Donde esta hospedaje, barato!? Mas economico!?” zadziałało. Po chwili budziliśmy już z poobiedniej sjesty właściciela Hotelu Central, który zaspany i uśmiechnięty zakwaterował nas w ciemnym pokoiku.

Jak zwykle trochę poszwendaliśmy się po wiosce. Zjedliśmy “narodowe” danie Kostaryki, czyli kurczaka w stylu KFC, zlokalizowaliśmy dworzec, z którego następnego dnia mieliśmy odjechać do San Jose, w kącie naszego pokoju, pod sufitem znaleźliśmy internet, załadowaliśmy na bloga filmy (widzieliście filmy?) i poszliśmy wcześnie spać.

Autobus do stolicy wyglądał elegancko i profesjonalnie. Co za odmiana po flotylli chickenbusów, którymi jeździliśmy do tej pory! Punkt piąta ruszyliśmy w drogę. Kostaryka jest inna – czysta, zadbana i bogatsza. Miejscami przypomina alpejskie wioski, gdzie indziej USA. Jest ładnie, momentami jak z obrazka. Wszystko jest dobrze zorganizowane – gdy zepsuł się nasz wygodny autobus, w ciągu pięciu minut podjechał następny ;]

Po pięciogodzinnej podróży i wjeździe do stolicy wiedzieliśmy już, że Kostaryka to zupełnie inny kraj, niż te, które do tej pory odwiedziliśmy. Nie ma co gadać, było zupełnie jak w Europie, czy w Stanach. Autostrady, milion bilbordów, fastfoody i centra handlowe. Niby fajnie, a jednak przywykliśmy już chyba do chaosu i luzu, które panują w pozostałych krajach AC.

Bez większych emocji, na piechotę przeszliśmy do właściwego dworca, z którego szybko odjechaliśmy na wybrzeże, do Puerto Viejo. Lokalizację wybraliśmy w kilku powodów. Chcieliśmy jak najszybciej opuścić Kostarykę, a stamtąd blisko już było do niewielkiego przejścia granicznego w Sixaola, które rokowało na sprawny przerzut do Panamy. Poza tym tęskniliśmy trochę za Morzem Karaibskim.

Puerto Viejo, zgodnie z naszymi przewidywaniami okazało się być totalnie turystyczną enklawą pełną hosteli, hotelików, knajpek i barów. Znów niby fajnie, ale taki klimat jakoś nie bardzo trafia w aktualny profil naszej podróży. Nie chce nam się siedzieć w knajpach i barach. Lepsza jest przygoda, spontan i niecodzienne doznania. Dlatego następnego dnia, wynajęliśmy rowery (Olka, dzięki za cynk!) i pojechaliśmy do oddalonego o 11 km Manzanillo, żeby pokotłować się z gigantycznymi falami na zupełnie pustej plaży. Było super.

Rano w świetnych humorach pojechaliśmy na granicę, którą tym razem stanowi stary, wąski most. Przy wjeździe do Panamy mieliśmy lekki stres, bo usłyszeliśmy to samo pytanie, które w Seattle zadała nam pani z Delty: gdzie wasz bilet wyjazdowy? Tym razem jednak udało nam się przekonać urzędniczkę, że nie zamierzamy się tu osiedlać i, że za kilka dni opuścimy grzecznie Panamę. Pani nie była dociekliwa i nie pytała jak przedostaniemy się do Kolumbii. Całe szczęście, bo stojąc na granicznym moście sami jeszcze nie wiedzieliśmy na co się zdecydujemy i co się nam uda załatwić.

Szczęśliwi, z nowymi pieczątkami w paszportach obraliśmy kurs na wulkan Baru – najwyższy szczyt Panamy położony w północno-zachodniej części kraju.

c.d.n.

Reklamy

3 thoughts on “Szybko, szybko! czyli Costa Rica nie jest taka fajna.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s