Rio Coco, czyli 400 kilometrów prawdziwej przygody.

Tydzień temu zostawiliśmy Was w niepewności wyruszając na wyprawę po Rio Coco. Jadąc tam zeszliśmy z radaru przewodników i masowych informacji. Wiedzieliśmy jedynie, że jest taka rzeka oraz, że da się ją przepłynąć i, że należy zacząć od miejscowości Wiwili. To nam w zupełności wystarczyło, żeby chcieć spróbować. W sobotę rano opuściliśmy przyjazny hostelik w Leon i ruszyliśmy w drogę.

Droga z Leon dostarczyła nam nowych informacji o autobusowcyh zwyczajach Ameryki Centralnej (a może tylko Nikaragui?). Kiedy autobus mija na drodze drugi jadący do jakiegoś istotnego miejsca, obywda się zatrzymują, wykrzykiwana jest nazwa i można się szybko przesiąść. My w ten sposób przesiedliśmy się “niewiadomogdzie” do autobusu, który dowiózł nas do miejscowości Jinotega.

Najpierw jechaliśmy przez wielką równinę, po której rozciągały się uprawy ryżu. Po kilku dniach pobytu w spalonej słońcem ziemi takie połacie żywej zieleni były miłą dla oka odmianą. Później zaczęliśmy się wspinać w górzystym terenie, ostatni 30 km odcinek drogi autobus pokonywał prawie godzinę kręcąc się po serpentynach, stromych podjazdach i przełęczach, na których ukazywały nam się coraz piękniejsze widoki. Jest to bardzo żyzny obszar kraju, dlatego uprawia się tu również kawę. Gdzieniegdzie na wielkich placach widać było suszące się na plandekach ziarna, jeszcze jasne, niepalone. Były również wielkie stosy worków kawy gotowej do posłania do dalszych etapów produkcji.

W Jinotedze byliśmy wczesnym popołudniem. Dworzec autobusowy znajduje się w poułudniowej części miasta, a hostele które mieliśmy upatrzone, w północnej. Obładowani gratami przespacerowaliśmy się przez całe miasteczko w poszukiwaniu noclegu. Trzeci strzał był trafny, pani wpisała nas do ksiażki hotelowej, zapłaciliśmy i tym samym staliśmy się pełnoprawnymi gośćmi Hotelu Primavera. Miejsce jest godne polecenia – czyste, schludne i tanie.

Jinotega w niedziele jest smętna i nudna, niewiele się dzieje, ulice są puste. Tylko okolice głównego targu, gdzie znajduje się dworzec, z którego odchodzą autobusy do okolicznych wiosek, tętnił życiem. Poszwędaliśmy się trochę bez celu, kupiliśmy buteleczkę rumu i oddaliśmy się błogiemu relaksowaniu w hostelowym pokoju.

Autobus do Wiwili odjeżdżał między ósmą a dziewiatą. Wersji było kilka, więc woleliśmy być przed czasem, ponadto dzień wcześniej zaobserwowaliśmy, że autobusy jadące z dworca na targowisku są tak totalnie zatłoczone, że chcieliśmy być jednymi z pierwszych wsiadających, żeby zająć sobie miejsca siedzące.

Z Jinotegi do Wiwili jest siedemdzisiąt kilometrów drogą gruntową, więc czas jazdy przekracza pieć godzin. Tłok był okrutny ale nam za bardzo nie przeszkadzał gdyż siedzieliśmy, a plecaki zmieściły się na półkach nad naszymi głowami, jednym slowem – luksus.

Pięciogodzinny przejazd okazał się być cudowny, a to za sprawą widoków i pejzaży zza okna. Krótko po wyjezdzie z Jinotegi pojawiła sie Laguna de Apanas widoczna z góry, gdyż droga prowadziła po stromych zboczach. Później było już tylko lepiej: góry, przełęcze, doliny i urwiska tuż przy kołach naszego wesołego autobusu (pakiet podstawowy: głośna muzyka, handel itd.).

Z nosami przyklejonymi do szyby wjechaliśmy do Wiwili. Po krótkim rekonesansie znalezliśmy uroczy pokoik z lazienką która była częścią całości – kibelek za zasłonką tuż przy łóżku i takie tam atracje.

Do przystani mieliśmy spory kawałek. Pan w hoteliku powiedział, że łódki pływaja i w ogóle wszystko wydawało się łatwe i proste. Port okazał się wymurowanym kawałkiem chodnika, nie bylo żadnych łodzi, ani nikogo, kto wyglądałby na kapitana. Jedynie pani z pobliskiego baru powiedziała, żebyśmy przyszli jeszcze raz pod wieczór, to może ktoś przypłynie i uda się coś załatwić.

W drodze do hotelu natknęliśmy się na coś w rodzaju biura firemki zajmującej się transportem wodnym na Rio Coco. Szukaliśmy łodzi do San Andres, wioski leżącej mniej więcej w połowie drogi do morza karaibskiego, około 200 kilometrów od Wiwili. Pojawił się kapitan i oznajmił (niełatwo się dogadać bo ludzie mowią tam mieszanką hiszpańskiego i jakichś indianskich dialektów), że on płynie do jakiejś innej wiochy, co jest troche przed San Andres i, że za dwa dni. Umówiliśmy się, że jak nie uda nam się złapać nic lepszego to popłyniemy z nim.

W drodze powrotnej do naszego Hotelito zrobiliśmy zapas wody (16l) i uzupełniliśmy jedzenie (dania instant kupiliśmy jeszcze w Leon). Postanowiliśmy z samego rana uruchomić zapasowy plan: być w porcie jak najwcześniej i wykorzystać każdą okazję do poruszenia się w kierunku celu.

Okazało się, że pomysł był słuszny. Na przystani stała zacumowana łódź, do krórej trzech facetów ładowało baniaki z wodą. Płynęli jedynie do Las Piedras, które jak mówili było trzy godziny drogi od Wiwili. Powiedzieli, że nie mogą nas zabrać, ale nie przejęliśmy się tym za bardzo, bo w okół nas zaczęli się zbierać ludzie z tobołkami – znak, że coś musi zaraz płynąć.

W krótkim czasie zebrała się silna grupa pod wezwaniem. Pojawiły się też dwie nowe łodzie. Wszystko wskazywało na to, że uda się nam wypłynąć. Był jednak drobny problem. Krążyły sprzeczne wersje co do celu podróży oraz jeszcze różniejsze, dotyczące tego w jakim punkcie rzeki ów cel się znajduje. W dodatku wszystko trwało wieki. Łodzie pływały na drugą stronę rzeki przywożąc nowych ludzi, przyjeżdżały samochody z benzyną, potem z olejem, potem z wężykiem do silnika itd. Nie bardzo też było widać kto tym wszystkim zawiaduje. Nagle w tym całym zamęcie pojawił się nasz kapitan, z którym byliśmy umówieni na następny dzień i kiedy dogadaliśmy się z nim, że szykowane łodzie płyną tam gdzie mieliśmy płynąć z nim, byliśmy już skłonni wsiadać.

Zagadnął nas jednak facet, który dawał nam do zrozumienia, że jeśli chcemy się dostać do San Andres, to nie powinniśmy płynąć tymi łodziami, bo przewoźnicy chcą z nas zedrzeć tylko kasę i nie mówią prawdy, bo Plis, do którego płyną jest dużo dalej od San Andres niż tamci chcą nam wmówić.

Nie myślcie sobie jednak, że tak po prostu złapaliśmy ten przekaz. Cała rozmowa trwała ponad godzinę i wyglądała mniej więcej tak, że “Pomarańczowy”, jak go nazwaliśmy od koloru koszulki, którą nosił (potem dostał ksywkę “Zakochany”, ale o tym później), gadał do nas przez pięć minut wyrzucając z siebie milion słow na sekundę, a my patrzyliśmy na niego zdziwieni, próbując z całych sił zrozumieć o co mu chodzi, po czym zadawaliśmy sakramentalne tego dnia pytanie: czy dzisiaj płynie łódź do San Andres, z naciskiem na “dzisiaj”. Przy okazji udało się nam rozszyfrować jeden z wielu gestów, którymi Pomarańczowy okraszał swoje wypowiedzi: jeśli Indianin z Bosawas “struga” palcem o palec, to chce dać do zrozumienia, że zachodzi tak zwane robienie w ch…. na kasę. Całkiem istotnym szczegółem dla zrozumienia narastającego absurdu było to, że wszyscy ludzie mówili w swoich dialektach i hiszpański, którym się posługiwali odbiegał znacznie od tych książkowych fraz, którymi posługujemy się my.

Po półtorej godzinie podchodzenia do siebie i odchodzenia, zagadywania, dopytywania się, czy to napewno dziś, przestawiania plecaków ciężkich od dodatkowego ładunku wody, dwie łodzie do Plis odpłynęły. Na przystani został Pomarańczowy i jego żona, sześcioosobowa rodzina trzypokoleniowa z rowerem i różowa mama z różowym dzieckiem. Do tego my i nasze plecaki w czarnych workach na śmieci. Wszyscy czekaliśmy na mityczną łódź do San Andres, która miała przypłynąć… dziś.

W końcu pojawiła się niebieska bota, prowadzona przez kapitana Bolo Żigolo – piękny, rosły mężczyzna o twarzy dziecka z precyzyjnie przyciętym zarostem, o kruczo czarnych lokach misternie ułożonych pod kaszkietówką z trupią czaszką. Bolo Żigolo zacumował łajbę, zszedł na ląd i na nasze zbiorowe pytanie, czy to on zawiedzie nas do San Andres, powiedział tylko, że za mniej niż sześć tysięcy cordobas nigdzie nie płynie i rozsiadł się wygodnie w pobliskim barze.

Wśrod pasażerów zapanował ruch. Dzieliliśmy, mnożyliśmy i wyszło w końcu, że płacimy po 500 C$ za głowę, ale musimy znaleźć jeszcze cztery osoby. Pomarańczowy z Głową Rodziny rozpierzchli się po okolicznych krzakach skąd wrócili z jeszcze jedną wielopokoleniową rodziną, pechowo dla nas głównie składającą się z dzieci, które w Nikaragui z zasady są zwolnione z wszelkich opłat transportowych. Brakowało więc jeszcze dwóch osób. Kapitan był nieugięty. Sączył piwko spoglądając na nas z podwyższenia barowego tarasiku. Jeden z pasażerów w akcie desperacji rzucił nawet 300 C$ górką i wszyscy spoglądali na nas z nadzieją, że wyjmiemy zza pazuchy plik dolarów, które ocalą wyprawę. Bolo Żigolo wiedział jednak swoje. Wkrótce na drodze z miasteczka pojawiła się jeszcze dwójka pasażerów, wtedy on łaskawie zszedł z wysokości i zaczęliśmy załadunek.

Łódź kapitana miała około dziesięć metrów długości i była zaopatrzona w niewielki silnik Suzuki 20. Na środku wąskiego czółna wylądowały bagaże skrzętnie zawinięte w brezent. Resztę podkładu szczelnie wypełnili pasażerowie siadając na burtach i na podłodze. My wylądowaliśmy na dziobie, tuż za dwoma chłopaczkami, którzy odpychali łódź za pomocą długich drągów, czyli – w podróżnej nowomowie Mazera – za “Kijowymi”. Pierwsze obroty silnika, pierwsze odepchnięcia i ruszyliśmy w stronę wymarzonego San Andres.

Rio Coco to najdłuższa rzeka w Ameryce Centralnej, ma prawie 750 km. Jej źródła znajdują się w Hondurasie, w okolicach San Marcos de Colon. Rzeka na odcinku  ok 400 kilometrow stanowi granicę między Nikaraguą a Hondurasem. Uchodzi do Morza Karaibskiego w okolicach miasta Bilwi. Dorzecze Rio Coco jest jednym z największych w Amerykach rezerwatem przyrody – Bosawas, zamieszkałym przez sześć plemion indianskich, z których dwa największe to Miskito i Mayanga. W porze suchej Rio Coco jest waska i płytka. Patrząc na koryto mogliśmy sobie tylko wyobrażać jak bardzo podnosi się poziom wody kiedy ulewne opady pory deszczowej wypełniaja dolinę w której meandruje rzeka.

Godziny na połkadzie mijały szybko. Od rozglądania się po okolicy zaczynały boleć nas szyje. Warkot silnika płoszył stada ptaków, żółwie mozolnie zsuwały się do wody z rogrzanych kamieni. Iguany i inne jaszczury szybko uciekały w leśny gąszcz. Co rusz coś ciekawego. Podobno w rzece mieszkają kajmany, ale nam nie udało się żadnego przyłapać.

Po pięciu godzinach kapitan zaordynował pierwszy postój w małej wiosce Las Piedras. Na gigantycznej kamienistej łasze stały trzy rozpadajace się chatki. W środku można było coś zjeść, kupić fajki, coś do picia lub trochę smażonych platanów. Piwa nie ma, jak sie okazało w całym rezerwacie jest prohibicja. Chyba dobrze, bo jak by tym ludziom dostarczyć stałej rozrywki w postaci alkoholu, to ich sens życia i kultura mogłaby szybko przeistoczyć się w jakąś totalną degrngoladę. Ku naszemu zdziwieniu przy jednym z domkow gość sprzedawał lody, takie różowe i całkiem smaczne. Do dzis nie wiemy z czego je wyrabiał i jak bez prądu zamrażał tę słodką masę :]

Ruszyliśmy dalej. Na dnie łódki w rozmiękłym błocie Mazer zauważył błyszczące drobinki. Niedługo po tym stało się jasne, ze to złoto. Na brzegach rzeki całe rodziny skrzętnie uwijały się kopiąc i przesiewając błoto i żwir w poszukiwaniu cennego kruszcu. Jak sie potem okazało, za gram złota w niektórych wioskowych sklepikach można dostać 20 do 25 dolarów. Byliśmy nawet swiadkami takiej transakcji :]

Zachod słońca przyszedł niepostrzeżenie zalewjąc dolinę czerwienią. Wszytsko byłoby jak w bajce, gdyby nie nurtowało nas pytanie, co z noclegiem? W Wiwili wszyscy mówili ze przeprawa do San Andres zajmuje dwa dni. Pomarańczowy na przystani zapewniał, że w ciągu jednego dnia będziemy na miejcu. Teraz słodko szczebiotał sobie z żoną, a nasza niepewność co do noclegu sięgała zenitu. Jedno było pewne – będziemy nocować wszyscy razem. Mazer postanowił przerwać amory zakochanych (tu nastąpiła zmiana ksywki z “Pomarańczowego” na “Zakochanego”, ci ludzie jako para byli naprawdę uroczy) i po raz setny zapytał, czy to uno dia czy raczej dos. Zakochani na to, że dwa dni jednak, bo łódka wolna, ale żeby się nie martwić, bo pewnie zaraz staniemy i będzie comedor i dormir.

Gdy było już zupełnie ciemno, a czółno drugi raz mocno udeżyło w podwodną, kamienną płyciznę wyrzucając za burtę jedną panią, co siedziała z tyłu, zaczęliśmy się naprawdę stresować. Nie baliśmy się, że utoniemy, bo woda była płytka, ale na pokładzie były nasze plecaki z całym ekwipunkiem, który mokry nie zdał by się nam na nic.

W krótce po tym, jak mokra pasażerka wrociła na pokład, kapitano się ulitował i zatrzymał lajbę. Kamień z serca spadł tylko na chwilę, bo okazało się, że w ciemnościach stoi jedynie mała chatka w której pani serwuje gallo pinto, czyli ryż z fasolą, wszystkie słupy zawieszone są hamakami i zajęty jest każdy skrawek ziemi.

Z pomocą przyszedł nam Zakochany Pomarańczowy, wyraznym gestem każąc iść za sobą. W morku wspinaliśmy się po stromym zboczu. Po około czterystu metrach ukazał się nam zarys kolejnej chaty. Wodzeni swiatłem latarki weszliśmy na coś w rodzaju ganku. Okazało się, że już wszyscy nasi znajomi tam są. W lekkim chaosie i totalnej ciemności zaczęlismy mościć sobie posłania. Toważyszyły nam różne zwierzęta domowe – chrumkające świnie, owce, kilka psów i kot. Na klepisku rozłożyliśmy nasze worki na śmieci, plecaki poszły pod głowę. Wślizgnęlismy się do śpiworów i zasnęliśmy, choć z tych wszystkich emocji nie było łatwo.

Mglisty półmrok wczesnego poranka zabrał tajemniczość i niepewność. Przebudziliśmy się w towarzystwie psów, koło naszych nóg bezczelnie wałęsała się pokaźna świnia. Zobaczyliśmy, że miejsce naszego noclegu to bardzo prymitywna chata z dwiema izbami, zadaszonym dużym gankiem i dolepioną do niego kuchnią, w której kobiety jeszcze w ciemnościach zaczęły wyrabiać ciasto na tortille. Umyliśmy zęby w pobliskim źródełku, spakowaliśmy graty i punkt szósta, wraz z innymi pasażerami wyglądaliśmy łodzi na brzegu zatopionej w mgłach Rio Coco.

Kapitan się spóźniał. Ktoś oznajmił, że popłynął kawałek w góre rzeki, bo tam ma lepszy nocleg. Czekaliśmy więc na niego spokojnie. Ciekawe jest, że wszyscy nasi towarzysze podróży mieli generalnie bezstresowe nastawienie do instytucji czekania. Jeszcze w Wiwili część osób była przekonana, że podróż zajmie jeden dzień, ale gdy okazało się, że będziemy spać w nadrzecznej chacie wszyscy spokojnie wyciągnęli koce, kocyki i najwyraźniej byli przygotowani na taki obrót spraw. Tego ranka też nikt się nie denerwował, że mieliśmy płynąć od szóstej, a jest siódma, a kapitana ani widu ani słychu.

Ten w końcu przypłynął, tym razem z twarzą kamienną zaspanego dziecka, z mokrym lokiem rozwianym. Sprawnie załadowaliśmy wszystkie nasze tobołki z powrotem na botę, usadowiliśmy się na swoich miejscach i ruszyliśmy dalej.

Rzeka stawała się coraz szersza i potężniejsza. Nawet mimo suchej pory czuć było jej moc. Co jakiś czas, na przełomach trzeba było wyłączyć silnik i wtedy do akcji wkraczali Kijowi, którzy sterowali łódką odpychając się od kamienistego dna. Podobno niżej są takie przełomy, że trzeba wysiadać z łodzi i ją przenosić, żeby móc płynąć dalej. Teraz jednak wody było jakby więcej, dlatego spokojnie płynęliśmy w miarę równym tempem. Na szczęście słońce nie grzało już tak mocno jak dnia poprzedniego. Chmury dawały nam wytchnienie, za to zaczął się wdawać we znaki głód, bo poprzedniego dnia mieliśmy prawdziwie urodzinowe menu: ciasteczka, pomarańcze i lody.

Wszystko, co widzieliśmy siedząc na naszym dziobie, zajmowało nasze myśli. Tego dnia widzieliśmy zdecydowanie więcej ludzi szukających złota, zmieniał się krajobraz – pojawiały się skaliste wysokie wzgórza, i miejscami płynęliśmy kamiennymi korytarzami. Trochę dziwiło nas, że w okół rzeki większość dżungli była wykarczowana – w końcu miał być to największy las deszczowy po Amazonii no i jest to rezerwat. Jednak oprócz całego bogactwa natury ma chronić także ludzi, którzy w nim mieszkają. Później w rozmowach z lokalnymi dowiedzieliśmy się jak wielką dumą napawa ich fakt, że wyrwali ziemię dżungli, aby zakładać swoje wioski i uprawy.

Mniej więcej w południe dopłynęliśmy do San Andres. Spodziewaliśmy się podobnego “portu” jak w Wiwili, ale łódka przybiła tylko do wąskiej plażyczki przy wysokim, stromym brzegu. Między łodziami kobiety robiły pranie, dzieci taplały się w wodzie i wszyscy gapili się na gringo z zainteresowaniem, do ktrórego zdążyliśmy się już przyzwyczaić, ale które momentami wciąż trochę peszy.

Cała załoga wysypała się na brzeg. Kapitan coś zażartował o tym, że życzy nam powodzenia z łapaniem dalszego transportu, ale, może na szczęście, nie zrozumieliśmy dokładnie o co mu chodziło. Wspięliśmy się na wysoki brzeg i od razu zaczęliśmy wypytywać o łodzie płynące do Waspan, czyli ostatniej wioski przy Rio Coco, do której dochodzi już droga widoczna na wszystkich mapach, z której można dostać się do cywilizacji. Jeszcze w Wiwili wszyscy mówili, że to jest do zrobienia i w San Andres na pewno złapiemy łódkę, która tam płynie. Z minuty na minutę stawało się coraz bardziej jasne, że to nie będzie taka łatwa sprawa.

Zgadywani ludzie kręcili głowami, a miejscowy żołnierz, który prowadzi ewidencję przepływających łodzi powiedział, że wcale tak wiele ich tu nie pływa. Przynajmniej nie teraz, kiedy rzeka jest sucha. Głowa Rodziny podszedł do nas i zaczął nam tłumaczyć, że on jeszcze nie skończył podróży bo wraz z rodziną mieszka jeszcze dalej. Nijak jednak nie mogliśmy od niego wydobyć informacji kiedy płynie, za ile i gdzie to dokładnie jest.

Siedzieliśmy wszyscy na wysokim brzegu otoczeni tobołami, wyglądając transportu i jedząc ryż z miejscowego komedoru, który ceny miał wyższe niż w Leon. Sytuacja nie wyglądała za dobrze, gdy nagle przypłynęła łódź z wielkim silnikiem i czterema facetami na pokładzie, którzy zaczęli nas do siebie wołać.

Po krótkim wyjaśnieniu co i jak powiedzieli, że nie ma problemu – zawiozą nas do Waspan za… 800 dolarów! Po naszym ekspresyjnym “nie ma mowy!” facet zaczął tłumaczyć, że przecież ma duży silnik, że duży silnik to dużo benzyny, że benzyna jest tu droższa niż w górze rzeki, że niebezpiecznie, że rzeka sucha a w ogóle to przecież jesteśmy gringos, więc co to dla nas za problem. Podziękowaliśmy mu grzecznie za szczodrą ofertę i wróciliśmy na górę. Wiedzieliśmy już, że nie będzie łatwo się stamtąd wydostać w którąkolwiek stronę.

Powtarzaliśmy sobie tylko, żeby się nie denerwować. San Andres z resztą świata połączone jest tylko rzeką. Nie ma dróg, a ścieżki są kręte i większość kończy się gdzieś w gęstwinie drzew. Wykombinowaliśmy więc, żeby się wycofać do miejscowości Ayapal, do której prowadzi rzeka Bocay, wpadająca do Rio Coco nieco poniżej San Andres. Żołnierz wskazał nam hamak właściciela łodzi, która na rufie miała wymalowaną nazwę Ayapal.

Hamak był jednak pusty, a właściciela ani widu ani słychu. Czekaliśmy, aż ten w końcu wyłonił się spocony z comedoru. Wytłumaczyliśmy mu tak zwięźle jak tylko potrafiliśmy, czego od niego chcemy, a on zgodził się zawieźć nas do Ayapal w dwa dni za 400 dolarów (tradycyjnie wyrzucając z siebie potok słów).

Tyle pieniędzy przy sobie nie mieliśmy, więc zaczęliśmy twarde negocjacje. Uczepiliśmy się tej opcji i udało się nam dogadać, że możemy popłynąć z nim za dwa dni, a podróż będzie trwała sześć kolejnych, bo on w wioskach ma jakieś interesy a cała przyjemność będzie nasz kosztowała 100 dolarów. Przystaliśmy na ten układ i zaczęliśmy się rozglądać za miejscem na rozbicie namiotu. Postanowiliśmy jednak trochę poczekać na rozwój sytuacji bo mieliśmy niejasne przeczucie, że wiele może się jeszcze zmienić.

Ceny, które tu wymieniamy mogą się Wam wydawać niezwykle wysokie. Takie są tu jednak realia. Nawet miejscowi płacą takie pieniądze za podróżowanie rzeką. Odległości są tu naprawdę ogromne, a benzyna w Ameryce Centralnej ma strasznie wysokie ceny (jest jeszcze drożej niż w Polsce ;]) Na rzece ceny rosną dodatkowo wraz z odległością od najbliższej cywilizacji. Tubylcy radzą sobie w ten sposób, że do podróży bardzo dobrze się przygotowują, są zawsze gotowi poczekać ile trzeba, nawet kilka dni. Wtedy mieszkają u ludzi, albo rozbijają obozowiska nad rzeką. Czekają, aż zbierze się więcej chętnych w danym kierunku. Wtedy koszty benzyny można między siebie podzielić i podróż staje się tańsza.

Czekaliśmy więc i my. Po jakimś czasie przypłynęła kolejna łódź, z której na ląd wysiadł Gruby. Przywitał się z naszym nowym kapitanem, po czym ruszył prosto w naszym kierunku. Chciał nam koniecznie pokazać coś w wiosce, więc Lu została z plecakami, a Mazer poszedł za nim, żeby zobaczyć o co chodzi. Wrócił po piętnastu minutach z miną, która mówiła, że właśnie wydarzyło się to “wiele”, na które podświadomie czekaliśmy. Okazało się, że wiosce jest specjalny dom, do którego przyjeżdżają co roku lekarze z Kanady zakładając ruchomą klinikę dla mieszkańców Bosawas. Mało tego, lekarze mieli przypłynąć jeszcze tego samego dnia wieczorem.

Poczuliśmy, że los się do nas uśmiecha. Medycy będą mieli przecież tłumaczy, co pozwoli nam na lepsze dogadanie się w sprawach łodzi, a może nawet będą płynąć w dół rzeki. Gruby powiedział nam, że koczowanie na brzegu może być niebezpieczne, więc lepiej będzie nocować w wiosce. Przyprowadził nas pod dom medyków, gdzie okazało się, że dla nas nie będzie już miejsca, ale mamy spokojnie poczekać, a wkrótce ktoś znajdzie dla nas jakieś lokum. Po chwili dostaliśmy do ręki kluczyk i wskazano nam mały biały domek. Mogliśmy tam zostać do momentu wyruszenia do Ayapal. Trochę nie mogliśmy w to wszystko uwierzyć. Jeszcze dwie godziny wcześniej wydawało się nam, że utknęliśmy w wiosce na końcu świata, a teraz mieliśmy umówiony transport i lokum z łóżkiem do dyspozycji oraz nadzieję na dalszy rozwój sytuacji po przyjeździe lekarzy.

Zakwaterowaliśmy się w naszym domku, który jak się okazało w weekendy zmienia się w kino (było tam miejsce na telewizor i dużo ławek, a w wiosce znajdował się jeden przenośny agregat). Przed domkiem było miejsce po ognisku, więc zaczęliśmy organizować palenisko do przygotowania ciepłej kolacji. Za chwilę pojawiło się trzech chłopaków, niosących pustaki, żeby zrobić z nich kuchnię. Nazbieraliśmy gałęzi na opał, po czym pojawił się facet, który przyniósł nam wiązkę porąbanego drewna. Okoliczne dzieci przyglądały się z daleka jak rozpalamy ogień, a gdy zaczęliśmy gotowanie (zupki instant, nic wymyślnego) grupka gapiów znacznie się powiększyła. Gdy zaczęliśmy jeść, z pobliskiego domu wyszła jakaś pani, która rozgoniła towarzystwo, po czym sama przycupnęła przy nas na chwilę.

Ni stąd ni z owąd pojawiła się też magiczna postać spokojnego tubylca, który orczarował nas swoją nienaganną, elegancką angielszczyzą z innej epoki. Na nasze zdziwienie odpowiedział: “I don’t belong to this land. My love belongs here, I came from different country to be with her. My land is Bluefields”. Wszystko stało się jasne. Bluefields znajduje się na wybrzeżu karaibskim, które należało do Anglików, dlatego tamtejsza ludność odziedziczyła po kolonizatorach język z epoki. “It is a pleasure to meet you, I shall meet you again in the morning” – zakończył rozmowę nieznajomy i odszedł do swojej Love.

Wyraźnie stanowiliśmy atrakcję dnia. Przynajmniej na razie, do czasu aż w wiosce pojawili się lekarze.

Była to grupa mniej więcej dwudziestu osób, składająca się z dentystów, lekarzy ogólnych, tłumaczy i pomagierów. Przyjeżdżają do Bosawas co roku pływając od wioski do wioski, przywożąc leki i doraźnie pomagając najbardziej potrzebującym. Późnym wieczorem byliśmy świadkami ich dyskusji podsumowującej dzień pracy. Rozmawiali o tym jak klasyfikować rożne przypadki, o tym, że widzą jak matki ściemniają mówiąc, że ich dzieci są chore, tylko po to, żeby dostać jakiekolwiek leki. Mówili o witaminach, które kiedyś rozdawali wszystkim, a teraz widzą, że to nie ma sensu i trzeba wymyślić jakiś sposób, żeby dawać je tylko tym najbardziej potrzebującym. Dentyści zauważyli, że wraz ze zmianą diety z roku na rok pogarsza się stan ich dżunglowych pacjentów. I to jest zastanawiające, że w wioskach, do których nie można dojechać, z łatwością dostaniecie szeroki wybór chipsów, ciasteczek i innych słodyczy. Cała ta ich rozmowa, której się przysłuchiwaliśmy była ciekawa, ale nie będziemy was zanudzać wnioskami i postanowieniami. Pogadamy jak wrócimy ;]

Staliśmy tam grzecznie, czekając na koniec lekarskiej dyskusji. Gdy wyłoniliśmy się z mroku wprawiliśmy lekarzy w osłupienie. Zapanowała cisza – żaden z nich nie widział tu nidgy białego turysty. Szybko streściliśmy naszą historię podróży i nastąpił kolejny tego dnia zwrot akcji.

Jeszcze w dzień, Mazer wracając z kąpieli w rzece widział faceta, który niósł na rękach małego chłopca z zakrwawioną pupą. Wyglądało to na zwykły wypadek i dość poważną ranę. Medycy jednak uświadomili nam, że dzieciak został ugryziony przez węża brunatnego, który myślał że chłopiec to ryba. Możliwe, że chłopiec łowił ryby, gdy ugryzł go wąż. Nie wiemy jaka kombinacja faktów jest właściwa. Ważne było, że następnego dnia o świcie podobno wypływała łódź, która miała zawieźć chłopca do Wiwili, skąd dalej karetką miał się dostać do Managu’y, do szpitala. Nie udało się nam jednak ustalić żadnych szczegółów, więc grzecznie się pożegnaliśmy i wróciliśmy do naszego białego domku.

Zasnęliśmy twardo. Około północy ktoś zaczął pukać do drzwi szepcząc nieśmiało: “Polacos, hey Polacos!” (tak nazywała już nas cała wioska). Mazer nieprzytomny wyszedł do nocnego gościa. Młody chłopak zapytał, czy chcemy płynąć rano do Wiwili wraz z poszkodowanym dzieckiem i jego rodzicami. Okazało się, że fundacja sprowadzająca lekarzy do Bosawas zapłaciła za paliwo potrzebne do przepłynięcia tej trasy. Szef misji powiedział, że nie musimy płacić za łódź. Mieliśmy być tylko gotowi do wyruszenia o piątej rano następnego dnia.

Zrobiło się nam trochę smutno, że tak szybko opuścimy wioskę, do której zapałaliśmy szczerą sympatią. Oferta była jednak nie do odrzucenia. Przełknęliśmy jakoś fakt, że nasza podróż po rzece do Waspan skończy się w San Andres. Przed nami jeszcze długa droga i uczymy się, że czasem trzeba po prostu zawrócić, aby móc jechać dalej.

Podróż w górę rzeki przebiegała bardzo sprawnie. Mieliśmy podobną łódź, lecz z dużo potężniejszym silnikiem, zapasem benzyny, a przede wszystkim, znacznie mniejszym ładunkiem. Jedyny szkopuł polegał na tym, że wkrótce po wypłynięciu z San Andres zaczęło lać i lało tak przez bite pięć godzin. Na szczęście nasze plecaki były szczelnie zabezpieczone folią. My jednak przemokliśmy do suchej nitki. Gdy przestało padać zrobiło się na tyle ciepło, że osuszył nas wiatr.

Byliśmy pewni, że to koniec naszych przygód. W strugach deszczu myśleliśmy tylko o ciepłej kąpieli w naszym Hotelito w Wiwili. Wkrótce okazało się jednak, jak bardzo się myliliśmy. Łódź zacumowała w znanym nam już Las Piedras. Pięć godzin drogi od Wiwili. Myśleliśmy, że to zwykły postój na siku i przekąskę. Zaniepokoił nas fakt, że ojciec, chwycił nagle dziecko z posłania i krzyknął na żonę, po czym zniknęli bez słowa między zabudowaniami. Czekaliśmy spokojnie na ich powrót wiedząc, że do Wiwli zamówiono z San Andres ambulans.

Mijały minuty, godzina, po czym nasi przewoźnicy bez słowa zaczęli się układać w posłaniu chłopca. Na nasze pytanie “que pasa?” odpowiedzieli lakonicznie, że dziś już nigdzie dalej nie płyną, bo łódka nie ma kompletu pasażerów i trzeba czekać (czekać!!!) aż się zbierze. Bez chwili wahania zabraliśmy plecaki i poszliśmy w wieś. Wiedzieliśmy że dochodzi tu “droga”, widzieliśmy ją płynąc w dół rzeki. W wiosce okazało się jednak, że najbliższy transport odjeżdża dopiero o ósmej rano następnego dnia. Byliśmy wściekli na przewoźników, którzy przez godzinę przyglądali się nam spokojnie, bez słowa, gdy tymczasem odjeżdzał ostatni transport do Wiwili. Byliśmy zaniepokojeni, bo Las Piedras wyglądało wyjątkowo nieprzyjaźnie. Było brudno, wszędzie walały się śmieci, a ludzie mówili już tak niewyraźnie, że nasza frustracja sięgnęła zenitu.

Z pomocą przyszło nam nieoczekiwanie wojsko. Na skraju wsi znaleźliśmy małą jednostkę, a w niej dwójkę żołnierzy, którzy po krótkiej rozmowie zgodzili się nas przenocować na ganku swojej stróżówki. Ponownie umościliśmy sobie legowisko niezawodnymi worami, na wojskowej kuchni przygotowaliśmy kolacyjkę, na później odłożyliśy marzenia o ciepłym prysznicu i po raz kolejny zasnęliśmy kamiennym snem.

Rano dostaliśmy od żołnierzy po kubku gorącej kawy i udaliśmy się z powrotem do wioski w poszukiwaniu transportu.

Camion, to kolejny po chickenbusach dziwny środek transportu. Jest to siermiężna ciężarówka z napędem na wszystkie osie i prostym silnikiem o wielkiej mocy. Pasażerowie siedzą na drewnianych ławkach w metaowej klatce na pace wozu, uwieszeni na zewnątrz i na dachu pojazdu. Camion jeżdżą w najtrudniejszych warunkach “drogowych”. Pokonują ogromne wzniesienia, stromizny, balansują na krawędziach urwisk i z łatwością przeprawiają się przez rwące potoki.

Nasza podróż “kamionką” trwała trzy godziny i była najbardziej hardkorowym offroadowym doznaniem naszego życia. Momentami mocno skakała nam adrenalina, podczas gdy inni pasażerowie niewzruszenie poprawiali swoje tobołki, kosze i kurczaki.

Z Wiwili znany nam już dobrze autobus w pięć godzin zawiózł nas do Jinotegi, gdzie pewnym krokiem skierowaliśmy się do naszego hotelu. Noc minęła szybko. Rano złapaliśmy autobus do Matagalpy, potem do Masaya, a ostatecznie do Granady nad Lago de Nicaragua.

Granada to bardzo malownicze miasto, pełne turystów i turystycznego klimaciku. Po przeprawie po Rio Coco nie bardzo nas to kręci. Widzieliśmy to w Antigua w Gwatemali i w Leon. Poranek spędzamy więc w hotelu i piszemy Wam tego długiego posta. Jeśli ktoś dobrnął do końca to gratulujemy i prosimy o komentarz, bo sami już nie wiemy, czy jest sens tak dużo pisać.

Jutro wypływamy na Lago de Nicaragua promem, który zawiezie nas do San Carlos. Tam złapiemy łódź ;] i rzeką Frio przekroczymy granicę z Kostaryką.

W rankingu odwiedzonych miejsc Nikaragua plasuje się na pierwszym miejscu. Są tu wulkany, dżungla, piękne laguny, no i… rzeki. Udało się nam spędzić trochę czasu z miejscowymi ludźmi, którzy są pomocni i pełni optymizmu. Żyje się im tu biednie, prosto i z dnia na dzień. Los nie oszczędzał tego kraju. W rozmowach z ludźmi widać ich patriotyzm. Istotne jest też to, że Nikaragua to bezpieczne miejsce. W odróżnieniu od innych krajów Ameryki Centralnej, przy zachowaniu zwyczajnej ostrożności i rozsądku można zejść z ubitego szlaku i samodzielnie zapuścić się świat cudownej przyrody i autentycznych ludzi, którzy przychodzą z pomocą w najmniej spodziewanych momentach. Zobaczymy co będzie dalej ;]

Reklamy

11 thoughts on “Rio Coco, czyli 400 kilometrów prawdziwej przygody.

  1. Codziennie sprawdzam, czy są nowe wpisy. Wprowadzacie kolor do mojego świata i robicie to, co ja chciałabym.
    Jak się ma dzieci – wyborów dokonuje się na innych poziomach; co nie zmienia faktu, że marzenia w sercu zostają.
    Piszcie jak najwięcej i jak najczęściej.
    Lu – plastycznie piszesz, masz talent.
    bb

  2. Sens wielki, a w dodatku widać, że pisane jest to wszystko z wielkim talentem! To już nie tylko moja opinia!!! Tyle na gorąco!
    t.

  3. nawet nie wiecie jaką mialam radochę jak dostalam dzisiaj maila z info o nowym poście 🙂
    bardzo bardzo lubię to pisanie – zdjęcia moze „mniejsze, ale rozumniejsze” 😉
    nie mogę się doczekać więcej!

  4. Hej!
    No przygoda pełną gębą. Dobrze, że się odważyliście.
    Znaleźliśmy jeden błąd. Nigdzie w Ameryce Centralnej ani w Południowej benzyna nie jest droższa niż w Polsce. Wiemy coś na ten temat bo tankujemy codziennie. 🙂
    Szkoda, że nie zwiedziliście Hondurasu, bo warto.
    Dla nas Nikaragua jest drugim najfajniejszym miejscem po Meksyku. Ogólnie cała Ameryka Centralna jest super.
    Pozdrawiamy z zimnego Cusco.

  5. No to bardzo się cieszymy, że po drugiej stronie kabla jest ktoś kto czyta, bo my coraz bardziej wczuwamy się w pisanie i w bloga ogólnie :] Piszemy razem, poprawiamy się i redagujemy i generalnie chcemy, żeby było jak najlepiej!

    Graku – foty małe, bo upload, jakby chciał, a nie mógł. jak będzie szbyciej, to foty będą większe 🙂
    BB, jm – bardzo dziękujemy! o dziwo dobrze nam idzie wspólne pisanie, więc super, że efekt cieszy nie tylko nas!
    Julietta – na Ciebie zawsze można liczyć 🙂
    Dr Wartacz – fakt, w temacie benzyny jesteście ekspertami ;] być może coś się nam pomyliło, bo stacje benzynowe z reguły mijamy autobusami. na pewno jednak ceny „na rzece” są dużo wyższe od cen „na drodze”. dzięki za koment, jakoś to poprawimy 🙂 szerokiej szutrowej malowniczej drogi!

  6. Szacun więc i dla Mazura,
    następnym razem będę chwaliła Was oboje 🙂
    I cudowne jest to, że możecie razem
    poznawać się, doświadczać i współpracować.
    ciocia 😉 beata :*

  7. JA NIE NADAZAM CZYTAC I MAM ZALEGLOSCI ALE RZECZYWISCIE TO JEST WSPANIALE CO PRZEZYWACIE I OGLADACIE /. WSPANIALE PISANE TO TRZEBA OPUBLIKOWAC . CALUSY

  8. […] Łódka Fernando była najwygodniejszą łodzią ze wszystkich, którymi do tej pory płynęliśmy. Była drewniana, zadaszona, aby chronić przed deszczem i słońcem i miała trzy podwójne siedzenia z oparciami, a nawet poduszki, żeby nie siedzieć bezpośrednio na desce. Do tego mnóstwo miejsca na nogi i bagaże pod dachem – luksus – płynąć, nie wysiadać. Do Santa Clotilde normalnym tempem płynie się dwa dni. Czekał nas więc nocleg w nieznanym miesjcu. Po podróży po Rio Coco w Nikaragui wiedzieliśmy, że ludzie mieszkający nad rzeką są przyzwycz… […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s