Bienvenidos a Nicaragua, czyli plaże, wulkany, dwie granice i dziesiątki autobusów.

Wraz z wyjazdem z Antigu’y otworzył się dla nas nowy rozdział podróży, czyli autobusy lokalne, w przewodnikach nazwywane “chickenbusami”. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, gdzie wędrują zużyte żółte szkolne autobusy amerykańskie, to wiedzcie, że idą do nieba. A autobusowe niebo znajduje się w Ameryce Centralnej.

Tu dostają skrzydła, wielkie paździerzowe lub markowe głośniki, migające światełka i wszystkie kolory świata. Okazuje się, że na jednym siedzeniu mieszczą się nie dwie, a co najmniej trzy osoby (czasem więcej, jeśli na kolanach siedzą dzieci), a na dachu lądują wszelkie bagaże jakich nigdzie indziej na świecie nie przyszłoby wam do głowy przewozić autobusem. Ludzie wożą łóżka, kosze owoców, trzymetrowe drewniane belki oraz wszelkiej maści tobołki i tobołeczki. Co najmniej dwóch facetów to wszystko mocuje, związuje, po czym po drabince i przez otwarte drzwi wchodzą do środka autobusu, gdy ten jest już w drodze. W skład obsługi pojazdu wchodzi rownież kierowca (jednostaka niemalże świeta) i konduktor (jeszcze wieksza persona:]). Kierowca jak wiadomo prowadzi, a konduktor, sprzedaje bilety, pomaga kobietom wtaszczać toboty i ogólnie dba o porządek i bezpieczeństwo na pokładzie.

Autobusy zatrzymują się często, w jednej małej wsi może być nawet kilkanaście postojów. Instytucja przystanków nie funkcjonuje, więc jeśli ktoś chce wyjść lub stoi na drodze, kierowca jest zobligowany do postoju. Jedzie się długo ale nie ma nudy, bo na pokładzie glośno gra muzyka, za oknami oszalaiające widoki a do tego handel! Czy to w mieście czy we wsi czy nawet z w szczerym polu, nie wiedziec skąd i kiedy w autobusie pojawiaja się sprzedawcy. Supermarket to nic w porównaniu z mobilnymi handlarzami. W asortymencie jest wszystko: jedzenie, napoje, ubrania, zagarki, okulary, leki i tak można by wyminiac długo, długo. Wszyscy głośno zachwalają swoje towary, próbując przekrzyczeć muzykę z głośników. W jednym z większych miast rekordowy przemarsz sprzedawców trwał pięć minut, a my pod koniec nie mogliśmy już powstrzymać śmiechu.

“Chickenbusy” są bardzo tanie, jest ich bardzo dużo, jeżdżą często i we wszystkich kierunkach – są więc głównym środkiem komunikacji. Jedyny szkopuł w tym, że kursują na dość krótkich dystansach. Droga z Antigu’y do Los Cobanos w Salwadorze wymagała sześciu przesiadek. Dystans ok. 180 kilometrów zajął nam 8 godzin (ktoś nawet powiedział, że tutaj lepiej liczyć dystans w czasie niż w odległości) i kosztował jakieś 4 dolary od osoby.

Jeszcze w Gwatemali szukaliśmy spobu na wydostanie się z niej w jak najprostszy sposób, czyli tak, żeby nie musieć znów wjeżdżać do stolicy. Internet za bardzo nam nie pomógł, ale gapienie się na mapę przyniosło rozwiązanie.

O siódmej rano siedzieliśmy już w autobusie do Esquintla. Tam bez żadnych problemów, kierowani okrzykami naganiaczy wsiedliśmy do autobusu jadącego po prostu na granicę (Frontera). Głośne i wielkrotne wykrzykiwanie nazwy miasta docelowego to kolejna bardzo ważna funkcja autobusowa i sprawdza się dużo lepiej niż znudzona pani, pyzy i megafon ;].

W pewnym momencie autobus skończył bieg, większość ludzi wysiadła i zostali tylko ci jadący na granicę. Przyszła pani sprzedająca chile reyeno, zdjedliśmy śniadanie, po czym podjechał autobus jadący skąd inąd ale właśnie na granicę, przyszedł do nas pan pokrzykujący, żeby się przesiąść i elegancko dojechaliśmy do celu na tym samym bilecie. Granicę przeszliśmy bez żadnych problemów. Gwatemala, Salwador, Honduras i Nikaragua mają porozumienie, które nazywa się CA-4 i w praktyce oznacza to, że jak się wjedzie do jednego z tych krajów to można podróżować po wszystkich czterech bez pieczątek i opłat wjazdowo-wyjazdowych przez 90 dni. Przynajmniej w teorii i na tej granicy tak to zadziałało.

Po Salwadorskiej stronie jest przystanek, z którego odjeżdżają autobusy do Sonsonate. My wysiedliśmy na tzw. Kilo 5, czyli skrzyżowaniu z drogą do Acajutle i stamtąd po krótkim oczekiwaniu odjechaliśmy do Los Cobanos, czyli małej wioski nad Pacyfikiem, którą upatrzyliśmy na mapie i w której polecił nam super nocleg chłopak spotkany w hotelu w Antigua. Super nocleg to Kalindigo, mały hostel prowadzony przez Kali, która ma kota i psa. Plaża w Los Cobanos pełna była lokalnych ludzi (niedziela), łodek, psów i kotów. Koniec języka za przewodnika i po krókim spacerze po czarnym piasku znaleźliśmy się na miejscu.

Od razu poczuliśmy, że zostaniemy tu na dłużej. Kalindigo jest przy samej plaży, byliśmy jedynymi gośćmi, ogród był zacieniony, był basen, taras z kanapami i hamakami, wspólna kuchnia, rozbiliśmy namiot pod palmą, a Kali powiedziała: czujcie się jak w domu.

Los Cobanos to maleńka wioska rybacka. W pobliżu znajduje się jeden wypasiony hotel, ale tak daleko i tak jest ogrodzony, że nawet nie wiemy gdzie był. Do wioski prowadzi gruntowa droga. Są dwa sklepy z jajkami, pomidorami i cebulą i jest kilka ulic krążących między domami w niezrozumiały sposób, także łatwiej przechodzić do plaży przez otwarte kuchnie rybackich domków.

Plaża jest cudowna i malownicza. Z morza po horyzont wystają skały i kamienie, które dwa razy na dobę przykrywa woda. Pływy są gigantyczne. Kiedy woda jest nisko można pławić się w zatoczkach, oczkach i sadzawkach. Kiedy w dzień Lu czilowała sobie w hamaku, Mazer łowił w nich ryby – kolorowe i niewielkie, ale zaciął też dużego węgorza, którego nie był w stanie wyszarpać spomiędzy kamieni. Po zachodzie słońca jedliśmy kolację w pobliskiej “knajpce” na plaży, która serwowała najlepszą na świecie zupę rybną.

Po trzech dniach przed świtem pojechaliśmy do Santa Ana, skąd chcieliśmy wyruszyć na wulkan Izalco, nazywany przez żeglarzy Latarnią Pacyfiku (w nocy podobno bije z niego łuna światła). Okazało się jednak, że mimo wczesnego startu i gładkich przesiadek tempo autobusów pokrzyżowało nam plany – spóźniliśmy się pół godziny na autobus jadący pod wulkan. Treking w Gwatemali i Salwadorze jest o tyle skomplikowany, że po szlakach grasują złodzieje, więc nie można sobie ot tak iść samemu, tylko trzeba wynająć przewodnika, ochronę i najlepiej iść w grupie. Na Izalco jest o tyle łatwo, że o jedenastej w południe każdego dnia wyrusza grupa z parkingu, na który dojeżdża zwykły autobus z Santa Ana. Ostatni autobus, który się załapuje startuje o ósmej lub ósmej trzydzieści rano, w zależności od źrodeł.

Gdy tylko dowiedzieliśmy się, że plan z wulkanem nie wypalił postanowiliśmy przejechać w kierunku granicy z Hondurasem. Padło na miasteczko San Vincente. Żeby się tam dostać trzeba przesiąść się w stolicy, czyli San Salvador. Trzeba też zmienić dworce. Odległość jest duża, więc wzięliśmy taksówkę. San Salvador jest zaskakująco przyjeme dla oka. Jest czysto, jest sporo zieleni i ogólnie widać, że miasto jest zadbane.

San Vincente jest opisywane w przewodniku jako urocze i czarujące. Okazało się jednak że żaden z tych przymiotników nie pasował do rzeczywistości. Było chaotycznie, gorąco i brudno. Przy Parque Central znaleźliśmy pokój, z którego wyszliśmy jak tylko wzięliśmy prysznic, żeby zmyć z siebie podróż. W poszukiwaniu obiadu (na śniadanie zjedliśmy tylko po pupusie, czyli grubej tortilli nadziewanej serem i fasolą – są też oczywiście inne, ale o tym gdzie indziej i kiedy indziej ;]) dotarliśmy na targ, a tam do specjalnej hali, gdzie są stoiska z kuchenkami, murowane stoły, wysokie stołki i kilkadziesiąt stanowisk z jedzeniem. Większość już była zamknięta lub właśnie się zamykała, ale złapaliśmy jeszcze miskę zupy prze-pysz-nej!

Następnego ranka staliśmy na przystanku pod katedrą znów przed świtem. Już się wyrobiliśmy we wszesnym wstawaniu. Wcześniej chodzimy spać (ciemno robi się o szóstej), a żeby mieć pewność, że dotrzemy tam gdzie zmierzamy staramy się wyruszyć przed świtem. Okazuje się, że to nie boli, a nawet ma swoje ogromne plusy, jak śniadanie przyniesione prosto do autobsu i przynajmniej część drogi w relatywnym chłodzie. San Vincente przed świtem okazało się być bardziej przyjemne niż w dzień. Co ciekawe, w Parque Central było mnóstwo biegaczy!

Siedem przesiadek i osiem autobusów później okazało się że udało się nam przejechać dwie granice, przemknąć przez Honduras i dotrzeć do Leon w Nikaragui. Wszystkim, którzy planują podobny przerzut przez granicę w El Amatillo i Guasaule podpowiadamy jak najwcześniejszy start. Jeśli jesteście w stanie nieść swój plecak odpowiedzcie grzecznie i stanowczo chlopakom którzy rzcuą się na was na obu granicach oferując podrzucenie rikszą. Między posterunkami granicznymi jest trochę do przejścia, ale mówimy o moście, a nie o trzych czy pięciu kilometrach, co będą wam próbowali zasugerować.

Wjazd do Hondurasu kosztował nas 3 dolary od osoby (płacili wszyscy, nawet ludzie z pobliskiej wioski). Z kolei wjazd do Nikaragui trochę nas zaskoczył, bo celnik niemowa zażyczył sobie od nas 24 dolary. Po 10 na kartę turystyczną – tak jak na Dominikanie, a na pozstałe 4 wystawił rachunek wyglądający bardzo poważnie, ale nie mówiący nic poza tym. Na nasze pytanie o CA-4 celnik niemowa powiedział, że to jest na Amerykę Centralną [sic!], a że wszyscy płacili, stwierdziliśmy, że widocznie tak trzeba.

Jeśli nie chcecie zatrzymywać się w Hondurasie nie wymieniajcie pieniędzy na lokalne lempiry. Za busiki kursujące między granicami można zapłacić w dolarach.

Po przejściu granicy złapaliśmy autobus do Chinandega, gdzie musieliśmy dostosować plany do pory dnia. Zamiast na upatrzony półwysep pojechaliśmy do Leon. Mimo dziwnego systemu podawania adresów udało nam się znaleźć hostel. Zabudowa jest tu podobna jak w Antigua, tylko że mniej urocza i bardziej zamieszkana. Patrterowe budynki od ulicy wyglądają surowo, w środku kryjąc ogrody, fontanny i inne cuda. Nasz hostel jest dość podstawowy, ale ma kuchnię, zamykane na kłódki skrytki i ma ogród w którym rośnie drzewo bananowe i grapefruitowe. Prąd wyłączają na noc, ale chyba tak jest wszędzie.

Rankiem, tak tak – przed świtem, i przed włączeniem prądu spakowaliśmy plecaki, obudziliśmy obsługę hostelu, żeby schować je w składziku i jedynie z małym plecaczkiem wyruszyliśmy na wulkan, co go sobie Mazi wywróżył z Google Maps jeszcze na Szewskiej.

Na półwyspie Cosiguina jest wulkan, który kiedyś był najwyższy w całej Ameryce Centralnej. W pierwszej połowie XIX wieku wybuchł, co było odczuwalne nawet w Meksyku, a jego części wpadły do pobliskiej zatoki Fonesco tworząc wyspy. Dziś wulkan ma prawie 900 m wysokości, a w jego kraterze, 500 m poniżej krawędzi jest jezioro.

Plan był taki: dojechać do Potosi, małej wioski u podnóży wulkanu, wejść, zejść i wrócić do Leon. Rzeczywistość ten plan mocno zweryfikowała. Okazło się że 70 km, które mieliśmy do pokonania zajęło nam 3 godziny. To wystarczyło, żebyśmy się nie wyrobili z wejściem, zejściem i ostatnim autobusem powrotnym. Ważny szczegół: połowa drogi do Potosi to droga gruntowa. Szeroka, ale dziurawa, miejscami zalana i autobusik ledwo dyszał. W dodatku w każdej małej wioseczce ktoś wsiadał, wysiadał i podróż trwała w nieskonczoność.

Na miejscu pojawił się więc dylemat: wchodzić i ryzykować, wracać, czy kombinować nocleg. Z pomocą przyszedł nam bardzo miły facet, właściciel małego hoteliku Brisas del Golfo. Ze sobą mieliśmy tylko wodę, przewodnik, GPS i niewiele pieniędzy. Utargowalimy spanie w hamaku i trochę gallo pinto, czyli ryżu z fasolą na kolację. Próbowaliśmy zawiadomić hostel w Leon, gdzie zostały nasze plecaki, ale nic z tego. W Potosi wyłączyli prąd (co często się tu zdarza, nawet w dużych miastach).
Postanowiliśmy się tym nie przejmować i w samo południe wyruszyliśmy na szlak. W Nikaragui na szczęście jest bezpiecznie i można tak po prostu wyruszyć.

Wspinaliśmy się trzy godziny. Słońce stało w zenicie, żar lał się z nieba (38C). Po drodze nie spotkaliśmy nikogo, tylko setki jaszczurek, ptaki i inne stworzenia szeleszczące w suchych zaroślach. Ziemia jest tu teraz spalona słońcem – szczyt pory suchej.
Na szczycie wulkanu totalny odjazd. Nie da się tego opisać. Zdjęcia na pewno też tego nie oddadzą. Krater o średnicy 2 km, na dole jeziore większe niż Rogóźno, ciemnozielone, głębokie. Na tle wody latają ogromne orły. Niebo było bezchmurne, więc widzieliśmy wszystko: ogromną zatokę Fonesco, wulkaniczne wyspy, Salwador, Honduras, Nikaraguę i niekończący się Pacyfik. Mazur mówi, że to najpięknięszy widok w jego życiu.

Droga w dół zajęła nam dwie godziny. Było miło i zrobiło się nieco chłodniej. Miejscami wzbudzaliśmy tabuny kurzu z wyschniętej ziemi. Wszystko było pięknie… gdyby nie grzechotnik! Mazer żwawym krokiem schodził pierwszy, gdy nagle odskakując metr w bok wykrzyknął: O kurwa! Ale grzechotnik!! Ja idąc kilka kroków za nim zobaczyłam tylko wielkie cielsko, które równie szybko rzuciło się w przeciwną stronę.
Wąż był wielki. Wcale nie uciekł, tylko zwinął się w trawie przy drodze i bacznie nas obserwował.

Mamy fotkę na dowód, ale pewnie się domyślacie, że gad nie chciał pozować, a my nie mieliśmy ochoty za długo się tam plątać. Mazer się mocno wystraszył, nikt nie spodziewał się być tak blisko (na but) od tak groźnego zwierzaka. Grzechotnik puki co, niniejszym ląduje na pierwszym miejscu najbardziej hardkorowych zwierząt, które spoktaliśmy (pająki się chowają).

Po tych przeżyciach dotarliśmy do Potosi, gdzie żona miłego pana słysząc o naszych przygodach do gallo pinto dorzuciła jajko i tortille gratis, po czym otworzyła nam mały boczny pokoik z łóżkiem. Spoceni, zmęczeni i czarni od wulkanicznego kurzu wykąpaliśmy się jeszcze w pobliskich ciepłych źródłach i zasnęliśmy kamiennym snem.

O piątej rano (coraz lepiej!) telepaliśmy się w autobusie powrotnym. W trzy i pół godzinki (rano jest jeszcze większy ruch i tłok) dotarliśmy do Leon.

Upalny dzień spędzamy cały w hostelu. Piszemy, czytamy i planujemy. A planujemy coś naprawdę dużego. Cały czas się wahamy a jutro trzeba wyruszać. Chcemy jechać na północ, do Wiwili, małej wioski nad Rio Coco, która jest granicą z Hondurasem i po ok 350 km wpada do Morza Karaibskiego. Dorzecze Rio Coco drugi po Amazonii największy w Amerykach las deszczowy. Nie ma dróg ani prądu. Tylko rzeka i indiańskie wioski. Dostępny transport to miejscowi handlarze i rybacy. Podobno jest to do zrobienia. Musimy wziąć dużo wody i jedzenia. Leki antymalaryczne idą w ruch. Szykuje się przygoda życia.

PS. Wyprawa może zająć koło 10-15 dni, więc nie martwcie się dłuższym brakiem informacji. Trzymajcie kciuki!

Advertisements

4 thoughts on “Bienvenidos a Nicaragua, czyli plaże, wulkany, dwie granice i dziesiątki autobusów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s