Gwatemala – Flores, Tikal, Rio Dulce, Guatemala i Antigua.

Okazało się, że przeprawa do Gwatemali nie była taką przygodą jakiej się spodziewaliśmy. W przewodniku przeczytaliśmy, że można się tam przedostać z pomocą agencji turystycznej, która organizuje przewóz do granicy meksykańskiej, dwugodzinną przeprawę łodzią do gwatemalskiego punktu granicznego, a stamtąd przejazd lokalnym busem do Flores, które było naszym celem tego dnia.

Znaleźliśmy więc agencję, dobiliśmy targu i o 6 rano grzecznie czekaliśmy na transport. Po poł godzinie podjechał mały busik. Jechali z nami bardzo różni ludzie i jakoś nikogo nie mogliśmy sobie wyobrazić na lanchy (lancha to mała motorowa łódka). Było tam dwóch Niemców z walizami, dwóch Austalijczyków z deskami surfingowymi, para nieco wylęknionych Holendrów i Brazylijka równie roztargniona co urocza i charyzmatyczna.

Do granicy dojechaliśmy bez problemów. Bez problemów również udało się nam uzyskać pieczątki wyjazdowe. Za punktem granicznym nie czekała na nas jednak łódź, rzeki również nie było widać. Stał za to busik, na dachu którego zamocowaliśmy bagaże, po czym ruszyliśmy do stolika, przy którym gwatemalski urzędnik za 5$ wbijał pieczątki wjazdowe. Pomyśleliśmy sobie, że może coś źle zrozumieliśmy, choć pytaliśmy pana w agencji wielokrotnie, żeby się upewnić, że płacimy za przeprawę z łodzią. Może zmieniło się coś na granicy – całe przejście wyglądało na dość nowe. Nikt o nic nie pytał, więc wsiedliśmy do nowego busika z nowym kierowcą i pojechaliśmy dalej.

Gwatemala bardzo różni się od Meksyku. Prowincja El Peten, do której wjeżdża się z granicy, jest bardzo biedna i dzika. Domki są byle jakie, podwórka zaśmiecone, a wsie brudne i zaniedbane. Najradośniejsze są cmentarze, składające się często tylko z kilku grobów w bajecznych kolorach, obwieszonych powiewającymi wesoło tasiemkami i wycinankami.

El Peten to region dziki, pełen wzniesień i pagórków. W tym obszarze Gwatemali znajduje się najwięcej śladów kultury Majów. Jeszcze niedawno była tu niedostępna dżungla i nie było utwardzonych dróg. Dziś po El Peten podróżuje się złatwością.

My również sprawnie zbiżaliśmy się do celu. Nikt nie zająknął się nawet o łodzi. Żaden z naszych współpasażerów nie miał nawet cienia zdziwienia na twarzy więc zaczęliśmy ich wypytywać jaką wycieczkę do Flores wykupili. Usłyszeliśmy, że owszem, ktoś wspominał o jakiejś łodzi, ale to chyba dobrze, że nie jej nie ma, bo szybciej i wygodniej. Popatrzyliśmy tylko po sobie z niedowierzaniem, bo dla nas ta łódź była jedynym powodem dla którego zdecydowaliśmy się na pomoc agencji. Dla tej łodzi również postanowiliśmy wyjechać z Meksyku szybciej niż pierwotnie planowaliśmy i ani czas, ani tym bardziej wygoda nie miały dla nas żadnego znaczenia. Kierowca na pytanie o łódź zrobił tylko wielkie oczy.

W pobliżu Flores na stacji benzynowej do busika wsiadł przedstawiciel agencji, która przejęła nas po stronie gwatemalskiej. Facet bardzo głośno tłumaczył nam jakie jeszcze wspaniałe wycieczki możemy u nich kupić i jak wspaniale będzie pojechać z nimi do ruin “orli in the morning” [czyt. z przesadnym akcentem i bardzo głośno], żeby zobaczyć wschód słońca, małpy, tukany i tarantule zanim w dżungli zrobi się gorąco i tłoczno. Mowę miał długą i dobrze wyćwiczoną. Przepytał wszystkich z krajów pochodzenia i kolejnych destynacji proponując każdemu ofertę dopasowaną do potrzeb i po kilkunastu minutach mieliśmy szansę zadać mu nurtujące nas od granicy pytanie: gdzie rzeka i łódź?!?

Odpowiedział nam mętnie, a może pobieżnie, że na drodze prowadzącej do Frontera Corozal płoną opony bo nauczyciele wspierani przez Zapatystów domagają się podwyżek, więc nie da się tamtędy jeździć. Trochę się zdziwiliśmy, że nikt nawet o tym nie pisnął słówka przez całą drogę. Nie dopytywaliśmy już dalej bo mogła to być zarówno ściema jak i prawda, a nie mogliśmy już przecież wrócić do biura w Palenque, żeby domagać się jakiegoś zadośćuczynienia za brak łodzi. Poczuliśmy się dość bezsilnie i głupio. Nie ma jednak tego złego – udało się nam gładko przekroczyć pierwszą granicę i sprawnie dotarliśmy do celu. No i mamy za sobą pierwsze i miejmy nadzieję ostatnie doświadczenie z agencją turystyczną i jej typowymi klientami, którzy wydłużają statystyki przestępstw na turystach, tylko dtatego że się aż o to proszą.

Naszym celem było Flores, położone na małej wysepce na jeziorze Peten Itza, połączonej groblą z poblską miejscowością Santa Elena. Jest to przystanek dla wszystkich zmierzających do słynnych ruin Tikal, uważanych za jedne z ważniejszych pozostałości po Majach. Znaleźliśmy pokój z łazienką, ciepłą wodą i wyjściem na taras z obłędnym widokiem na jezioro za 80Q (8 quetzali to 1 dolar) w hotelu Mirador del Lago i szybko zapomnieliśmy o braku tej nieszczęsnej łódki.

Pomogło nam też w tym samo miasteczko, wyciszone i pełne uroku, wąskich uliczek i niskich, kolorowych domków. Mazer od razu pobiegł na ryby, których złowił całe wiadro. Na szczęście udało się mu je szybko sprzedać jakiejś babinie (niedrogo, ale jak tu zdzierać z lokalsów – kobiecina była zachwycona).

Następnego dnia około południa przerzuciliśmy się na camping przy wejściu do Tikal. Mieliśmy szczęście, bo były wolne palapy, czyli palmowe daszki pod którymi można rozbić namiot lub rozwiesić hamak. Od początku naszego pobytu w Gwatemali przelotnie ale intensywnie padało. Wolna palapa stała przy ścianie lasu, co trochę nas niepokoiło, bo okolica wydawała się dzika i gęsto zamieszkana – przy drodze wiodącej do ruin co kilkaset metrów stały znaki ostrzegające przed przechodzącymi: małpami, wężami, bliżej niezidentyfikowanymi gryzoniami, mrówkojadami i indykami. Nie było tak źle. Nic większego nie wyszło z lasu. Jedynie Mazur idąc z drewnem do ogniska prawie strącił głową tarantulę, która zakradła się pod daszek naszej palapy (był lekki strach i paniczka ;]).

Ruiny w Tikal można zwiedzać od 6 rano, czyli na chwilę przed świtem. Po ciemku zwinęliśmy namiot i resztę gratów, po czym obudziliśmy bardzo miłego ciecia campingowego, żeby zamknął nasze plecaki w schowku.

Punkt szósta weszliśmy do dżungli. Bilety drogie (150Q), ale się opłacało. Po piętnastu minutach marszu dotarliśmy do Gran Plaza. Było szaro, mgliście i mokro. Nie było żywej duszy. Po ruinach stąpały tylko dzikie indyki. Trzeba przyznać, że było dość mistycznie.
Ruiny w Tikal są niezwykłe, ogromne. To prawdziwe miasto w dżungli, której nie wyrwano jeszcze wszystkich tajemnic. Zwiedzenie całości zajęło nam prawie sześć godzin, a przy dobrej pogodzie można by spokojnie spędzić tam cały dzień. My trafiliśmy na bardzo dżdżysty i ciemny dzień, co dodawało budowlom uroku i z pewnością odstraszyło tłumy turystów, przed którymi nas ostrzegano i których się spodziewaliśmy. Ze szczytu IV, najwyższej, świątyni zamiast wschodu słońca widzieliśmy galopujące chmury i snujące się mgły. Klimat mało pocztówkowy, ale chyba utkwi w głowach na długo, długo, długo. Podobnie jak podróż do Rio Dulce :]

W Santa Elena wsiedliśmy w autobus linii Maria Elena. Piękna maszyna. Srebrna i błyszcząca. Każde koło inne. Przednia szyba pęknięta, drzwi zamykane na łańcuch. Tanio. Flores – Rio Dulce, 200 km, jedynie 60Q. Towarzystwo na pokładzie przednie. Muzyka gra głośno, ludzie gadają, jedzą, śpią, chodzą po autobusie. Na każdej stacji szturm sprzedawców przekąsek, owoców, smażonych kurczaków itp. Wszystko pięknie. Podróż zaplanowana na cztery godziny miała powoli dobiegać końca. W Rio Dulce mieliśmy być krótko po zmierzchu (nocne wojaże autobusami po Gwatemali są odradzane).

Gdy zrobiło się już ciemno autobus stanął. Myśleliśmy, że to jedna z wielu rutynowych kontroli policyjnych. W autobusie chaos. Ludzie powoli zaczęli wysiadać i tłoczyć się przy oknach. Nagle ktoś wrócił do środka oznajmiając, że jest awaria i pewnie kilka godzin się postoi. Zasadniczo luz. Towarzystwo rozpierzchło się po okolicznych krzaczorach i zakamarkach pobliskiej wsi, ktoś nawet rozpalił ognisko. Nikt się nie zdenerwował ani nawet nie zdziwił – no stress. My w sumie też nie, bo w końcu i tak przecież dojedziemy, a kierowca wybrał postój przy policyjnej strażnicy. Odkręcono wszystkie tylne koła, pozamieniano je miejscami, ktoś coś dowiózł, postukał i po dwóch trzech godzinach ruszyliśmy dalej, przystając przy każdym zakładzie wulkanizacyjnym (a jest tu od groma) pytając o jakieś części. Po dziewięciu godzinach dotarliśmy do Rio Dulce. Nie zazdrościliśmy reszcie pasażerów, która do stolicy Gwatemali miała jeszcze ok. 300 km…

Mimo pięciogodzinnego spóźnienia i lekkiego stresu “bo ciemno” w Rio Dulce nie mieliśmy żadnego kłopotu z noclegiem. W naszym upatrzonym hostelu zostało co prawda tylko jedno łóżko w dormitorium, ale i tak było cudownie trzasnąć koguta (Gallo, gwatemalskie pyszne piwko – patrz: zdjęcia) i położyć się wreszcie spać.

Rano pogoda w dalszym ciągu nie dopisywała, dlatego nie było nam smutno opuszczać Rio Dulce, które jest mekką karabibskich żeglarzy i ma niepowtarzalny klimat. Odpuściliśmy też podróż rzeką do Livingston, która miała dostarczać niezapomnianych doznań przyrodniczych – po wizycie w Tikal wiemy już, że jak leje to ptactwo siedzi cicho a małpa się wychyla. Odjechaliśmy więc do Gwatemala City.

Autobusowe doświadczenia w podróży do Gwate mieliśmy zgoła odmienne. Wciąż tanio, ale była rewizja, kilka razy sprawdzano nam bilety, obsługa w uniformach, sikanie na stacjach, a nie w byle krzaczorach i w ogóle luks.

W Gwatemala City mieliśmy szczęście, bo kolejny autobus, do Antigua Guatemala odjeżdżał z tej samej stacji. Tam ma to ogromne znaczenie, bo miasto jest duże, stacji kilkanaście – każda w innej dzielnicy, taksówkarze oszukują, w miejskich autobusach kradną i szczelają i w ogóle banditierka. Tak przynajmniej się mówi i pisze.

Autobus do Antigu’y okazał się być mikrobusem. Zabrakło dla nas miejsc, bo najwidoczniej sprzedano za dużo biletów. Mazer już wklejał się jakimś babom na kolana, gdy podszedł do nas gość z obsługi dworca i powiedział, że za chwilę zorganizuje nam inny transport. Po dziesięciu minutach podjechała Toyota RAV4, bileciki, plecaki do bagażnika i odjazd. Najwyraźniej linie autobusowe Litegua dbają o klienta – niecałą godzinę później byliśmy w Antigua.

Miasteczko jest piękne, pokolonialne, otoczone górami i wulkanami. Jeden z nich jest aktywny i co jakiś czas wypuszcza chmury dymu. Mieszają się tu turyści, studenci języka hiszpańskiego i lokalni ludzie, z których wielu wciąż nosi tradycyjne stroje. Widać dużo autentycznego folkloru, jest tu głośny targ, tuk-tuki, kilkanaście barokowych kościołów, z których większość stoi zniszczona przez trzęsienie ziemi pod koniec XVIII wieku, mnóstwo żywych kolorów, park w centrum i piękne widoki. Udało nam się pojeść dużo lokalnego jedzenia sprzedawanego z małych przenośnych kuchni. Tostada, tacos, tortilla con queso i inne przysmaki wpisujemy do menu na kolejne miesiące. Znaleźliśmy też najlepsze lody świata, robione własnoręcznie przez panią, która sprzedaje je przez okno. Frutas mixtas z papaji, ananasa i banana to nasz typ.

Jest już późno. Jutro chcemy wstać wcześnie i złapać tzw. chicken bus do Esquintla, a potem dalej do granicy z Salwadorem.

Gwatemala to cudowny kraj. Bardzo biedny i podobno bardzo niebezpieczny. My mamy takie odczucie, że jest to miejsce spokojne, przyjazne, pełne uśmiechniętych, serdecznych ludzi. Zobaczymy co będzie dalej, ale za Gwatemalą na pewno zatęsknimy.

Reklamy

3 thoughts on “Gwatemala – Flores, Tikal, Rio Dulce, Guatemala i Antigua.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s