Dominikana się skończyła

Nasz pobyt na Dominikanie dobiegł końca. Z jednej strony cieszymy się, że wyrwalismy się ze światowego centrum turystyczności, pamiątek, wyłudzania i, co tu dużo mówić – nudnawego życia kurortowego. Z drugiej strony jednak wyjazd ze słonecznej wyspy byl smutnym doświadczeniem. Zdążyliśmy się już zżyć z naszym tymczasowym domem. Z uliczką na tyłach restauracji. Z psami wałęsającymi się bez celu I z niemal automatycznym, no gracias: nie potrzebuję taksówki, nie potrzebuję pamiątek, masażu ani warkoczyków. Spotkalismy na karaibach wiele osób, które stworzyły koloryt “naszej” Dominikany. Oto one.

Señora, która najpiękniej wygląda w papilotach i mało się odzywa, ale za to mówi po angielsku. Twarda sztuka, głowa interesu, wdowa po mężu Sycylijczyku, który założył tu pierwszy hotel zanim jeszcze weszły do Bavaro wielkie korporacje i gigantyczne kurorty. Przynajmniej tak twierdzi Señora.

Sonia, pomoc domowa Señory. Haitanka. Wysoka, duża, o donośnym głosie. Rozmawiała tylko po hiszpańsku. Nasi znajomi mówili: „nie, ona nie umie mówić po dominikańsku, wcąż mówi po haitańsku”, ale dla nas nie było większej różnicy. Śmiała się z nas jak mówiliśmy po hiszpańsku i uparcie zwracała sie do mnie per chica. Sonia sprzątała i gotowała Señorze, zabierła nam garnki i zmieniała prześcieradła.

Ten z Czołem, czyli Raul to najbardziej uśmiechnięty człowiek świata. Ksywka z czołem pojawiła się po tym jak wdał się w bójkę w barze Patrika i przez tydzień chodził z rozoranym czołem, a czoło ma zacne. Po godzinach naprawiał i tuningował swój skuter (drugi identyczny, na części, stał przy wejściu do domu). Czasem nawet pożyczał skuter Jarowi.

Lesley jest instruktorem nurkowania. Chyba jest Belgiem, ale istnieje też wersja że pochodzi z Holandii. Prawdy nie zna nawet Señora, a ona zdaje się wiedzieć wszystko o swoich lokatorach. Les jest chyba młody, mieszka tu od trzech lat i, jak mówi, nigdzie się nie wybiera, bo ma tu wszytsko czego mu trzeba – ma pracę, mieszkanie, morze i ciepło. Nieskomplikowane pragnienia i nieskomplikowany człowiek. To on nam przechował bagaże, kiedy jeździliśmy po wyspie.

Bert jest Holendrem i pali cygara. Instruktor nurkowania i własciciel sklepu z cygarami. Bert ma prawie 50 lat I trzecią żonę, która nie wygląda na więcej niż 17. Bert mówi pięcioma językami i mieszka tu od 18 lat. Ma gdzieś na wyspie dom, i dwóch synów. Chyba. Jednego poznaliśmy, bo czasem pomieszkuje u Berta. Bert wygląda trochę jak pirat i jest bardzo sympatyczny, to on nauczył nas nurkować. Jak widać – człowiek złożony.

Patrik jest właścicielem baru, który przytulony był do naszego domu. Bar nazywa się Kuh Bar Libre i bynajmniej nie jest celem wycieczek turystycznych. Patrik mieszka tu od lat szesnastu i chodzi w kowbojskim kapeluszu. Jest Niemcem i nie może do Niemiec wrócić, bo jechał kiedyś Porshe swojego taty bez prawa jazdy ze swoją dominikańską „żoną”, która wówczas była bardzo młoda i niemieckiej policji się to nie spodobało. Teraz nalewa drinki bez miarki i prowadzi bar. Też jest około pięćdziesiątki. Nie tryska życiem za bardzo, ale „żony” wszyscy mu zazdroszczą.

Cycata, czyli “żona” Patrika jest wielką enigmą. Równie wielką jak jej biust, który budzi obawy, że pewnego dnia ta dziewczyna po prostu złamie się w pół. Bert, jak już wiecie – koneser – mówi: „Hey, gravity works in here too”.

Nasza okolica byla różnorodna jak to tylko możliwe. Na parterze domu, w którym mieszkliśmy Señora prowadzi sklep z pamiątkami. Okno z naszej kuchni wychodziło na podwórko burdelu, co może dziwić jak się siedzi gdzieś indziej w świecie przed ekranem komputera, ale tutaj to dość normalne. Rano, przez okno witaliśmy się z dziewczynami, a wieczorami spotykamy się u Patrika. Bert mówił, że dziewczyny w Punta Canie to albo kelnerki, pokojówki lub sprzątaczki, albo prostytutki (i żeby znaleźć dziewczynę na stałe, trzeba pojechać głębiej w ląd). W sumie to jest temat szerszy i z pewnością należałoby się mu więcej miejsca, czasu i wiedzy, więc nie będziemy się wymądrzać. Faktem jest, że w dominikańskiej mentalności proceder ten zajmuje inne miejsce niż w naszej, europejskiej. Dziewczyny nie pracują jakoś szalenie ciężko, a większość czasu spędzały na praniu, czasem tylko znikały na troche w towarzystwie białych “gentelmenow” w czeluściach swoich kolorowych mieszkanek.

Drugie okno kuchenne wychodziło na elegancki apartamentowiec. Na przeciwko apartamentowca znajdowała się nieczynna już knajpka francuska. Dwie działki dalej jest ziemia należąca do pewnych Hiszpanów, który źle sobie obliczyli teren i nie mogą nic wybudować, bo morze wgryza się w ląd. Dzięki temu mieliśmy dzikie przejście na plażę. Do przejścia przylegał teren dużej restauracji Polpo Cojo, do której wieczorami przyjeżdżają goście wielkimi, błyszczącymi samochodami („normalni” ludzie poruszają się po wyspie na skuterach albo na motorach).  Do wszystkich tych miejsc prowadziła ubita, gdzieniegdzie żwirowa droga, na której podczas deszczu robiły się giantyczne kałuże.

Nasz dom i kilka wspomnianych knajp znajdowały sie w takiej małej plombie miedzy dwoma gigantycznymi hotelami, po prawej był Barcelo a po lewej Carabella. Dalej w oby dwoch kierunkach ciagneły sie kolejne kurorty gdzie niegdzie oddzielone od siebie podobnymi przestrzeniami do tej naszej. To właśnie w tych miejscach napotkać można było lokalne i nieturystyczne klimaty w postaci knajp, barów, sklepów i supermarketów. Plaża przy której mieszkaliśmy ciagneła sie nieprzerwanie przez około 30 kilometrów. Będąc wytrwałym piechurem, po godzinie spaceru w prawo dochodzilo sie do dzikich plaż. Zabudowania i hotelowy zgiełk znikały, mozna było napawać sie szumem morza, palmami, gęstwiną dżungli i kokosami, których było tam w bród.

Długi spacer w przeciwnym kierunku też owocował nagrodą. Nigy nie doszlismy do końca hotelowej metropoli ale po dwóch godzinach spaceru można było dojsc do RIU. Duży kompleks czterech luksusowych hoteli w stndardzie all inclusive, tam włanie mieliśmy wyczajoną knajpkę, w której można było zjeść super obiad nie płacąc złamanego peso :]

Na dominikanie mieszkaliśmy prawie miesiąc. Bez planowania i przygotowania. W dzień wyjazdu, rano poszliśmy do sklepu. Bez obciachu dogadaliśmy się po hiszpańsku – miesiąc wsześniej nasze próby komunikacji dziwiły albo śmieszyły, więc uważamy to za duży postęp.

Teraz jesteśmy juz w zupełnie innej rzeczywistości, trudno było nam sie rozstać z naszą Dominikaną. Mamy takie postanowienie, że w przyszłości na pewno jeszcze odwiedzimy Seniorę. Chłopakom nurkom obiecaliśmy, że u nich zrobimy nasze certyfikaty Open Water Diver. Patryk z Cycatą postawią nam drinka a Ten z Czołem napewno przywita nas z uśmiechem :]

Advertisements

One thought on “Dominikana się skończyła

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s