Gagarin to the rescue i reszta historii.

Wszystko zaczęło się spokojnie. Poczekaliśmy aż plaża opustoszeje po czym rozpaliliśmy małe ognisko. Mazer znalazł trochę kamieni, które zamieniły nam ognisko w kuchnię polową i przygotowaliśmy sobie kolację. Niezbyt wymyślną – różne rodzaje fasolki, z czego w jednej puszce były dodatkowo jakieś bliżej niezidentyfikowane kawałki mięsa (na naklejce były to kiełbaski) – w tym momencie była to dla nas szamka jak z najlepszej restauracji 🙂 to właśnie lubię tak bardzo w gotowaniu „plenerowym“.

Posiedzieliśmy chwilę przy ogniu, kursując co jakiś czas do zaparkowanego nieopodal samochodu. A to po spodnie, a to po wodę itd. Aż nagle Mazer wraca do ogniska i mówi nieco ściętym głosem: „sam nie wierzę w to co zrobiłem – zatrzasnąłem kluczyki od samochodu w bagażniku…“

Sami sobie wyobraźcie co poczuliśmy. Ja na początku byłam pewna, że Maz żartuje. No bo jak to? Zatrzasnął klucze od wypożyczonego samochodu? 200 km od wypożyczalni? W nocy? Nawet nie w miasteczku? A wszystkie dokumenty i numery telefonów do Budgeta są w środku i na breloczku! Nie, no na pewno żartuje! To zbyt głupie, by było prawdziwe!

Niestety Mazer nie żartował… Zrobiliśmy burzę mózgów, z której niewiele wynikło poza tym, że tak czy inaczej jakiekolwiek akcje możemy zacząć dopiero rano – nie będziemy przecież nikogo budzić, szukać internetu po nocy, tłumaczyć co się stało itd.

Spróbujcie jednak zasnąć spokojnie ze świadomością, że jesteście uwięzieni na zewnątrz samochodu, w którym zatrzaśnięte jest wszystko co…przydatne :). Burza mózgów od początku i jedyny nowy konstruktywny pomysł, to pójść do recepcji hotelu, przy którego plaży jesteśmy i popytać co się da zrobić.

Mazer przekonał jakoś strażników, żeby go wpuścili, odnalazł recepcję, opowiedział, co i jak. Nie uzyskał żadnej pomocy, ani wskazówek, oprócz jednej rady: trzeba czekać do rana, bo teraz, po nocy, niczego się nie załatwi. Tyle to sami wykombinowaliśmy, ale dzięki!

Siedzieliśmy więc dalej przy ogniu, aż tu nagle widzimy jak od strony hotelu nadciąga do nas zwalisty chłop w mundurze ochrony. Podchodzi do ogniska i spokojnie, ale stanowczo pyta ze znajomym rosyjskim akcentem, co tu robimy. Niepewnym głosem odpowiadamy, że palimy sobie ognisko i zaraz idziemy spać. Byliśmy trochę zbici z tropu, bo od samego początku byliśmy pod okiem strażników, a nawet zmieniła się warta. Żaden z nich nie wykazał jednak dezapropaty dla naszych działań, byliśmy więc przekonani, że nikomu nasz obozik nie przeszkadza.

Tymczasem podchodzi ten kolos i bynajmniej nie wygląda przyjaźnie. No ale brniemy dalej w konwersację. Po naszej odpowiedzi zwalisty chłop pyta, czy to my byliśmy przed chwilą w hotelu. No tak, to byliśmy my, szukaliśmy recepcji, żeby zapytać o pomoc z tymi kluczykami. W tym momencie myśleliśmy, że może mamy kłopoty. Hotele tutaj to enklawy turystyczne, chronione ze wszystkich stron przez strażników, którzy często mają przy sobie broń, lub coś co jak broń wygląda. Przepustką na teren hotelu są specjalne opaski na nadgarstek, takie jak na koncerty, czy festiwale. Brak opaski oznacza, że jesteś intruzem, a jak się można domyślić – intruzi nie są mile widziani (chciałabym Wam nawet napisać jakie są tego konsekwencje ale nie wiem 🙂 ).

Wielki strażnik zapytał nas krótko jaki samochód zatrzasnęliśmy, gdzie stoi i czy może go zobaczyć. My na to, że jasne, nie ma problemu, ale wciąż nie wiemy o co chodzi. W drodze do samochodu facet pyta o nasze imiona i sam się przedstawia. Jurij Gagarin (z ręką na sercu) przyjechał na Dominikanę z rodzicami z Rosji jako mały chłopiec i dziś, na oko około pięćdziesiątki, jest szefem ochrony hotelu Dreams w Bayahibe. Wygląda groźnie i za to mu pewnie płacą. Jak się jednak okazało, dla nas istotniejszy był fakt, że Jurij ma znajomości…

Jedno spojrzenie na samochód, telefon i dwadzieścia minut później przy samochodzie majstruje trzech kumpli Jurija. Majstruje na tyle skutecznie, że po kolejnych dziesięciu minutach odzyskujemy kluczyki, dostęp do dokumentów, dobre humory i osobistą ochronę do samego rana. Jurij coś chyba szepnął swoim podwładnym, a może oni sami widząc, że my gadamy z szefem stali się nadgorliwi, bo przez całą noc, aż do brzasku, strażnicy ze wszystkich zmian dorzucali nam do ognia, za każdym razem wyrywając nas ze snu :).

Rano zjedliśmy jajecznicę na kanapkach z avocado (ach tropiki!) zwinęliśmy legowisko i pojechaliśmy dalej w wyspę. Im bardziej oddalaliśmy się na zachód, tym gorzej wszystko wyglądało. Częściej zamykaliśmy samochód od środka przejeżdżając przez wsie, czy miasteczka, czasem decydowaliśmy się nie wysiadać tam, gdzie wcześniej planowaliśmy. Może to wina pogody, bo mocno się zachmurzyło, więc wszystko wyglądało szaro i smutno, może naszego zmęczenia, a może rzeczywiście tak było – bardziej rzucały się w oczy bieda i chaos.

Nie mamy zdjęć. Wydaje nam się, że przystawanie, żeby zrobić ludziom, czy budynkom zjdęcie zza opuszczonej szyby samochodu jest na nic. Co innego fotografować ludzi, z którymi się rozmawia, wchodzi się trochę w ich środowisko, kiedy ludzie się ze sobą wzajemnie trochę „oswajają“. W ciągu naszej podróży będziemy mieli jeszcze wiele takich okazji. To pierwsze zanurzenie w inny świat w batyskafie z wypożyczonego samochodu było tylko próbką, przystawką, przedsmakiem tego, na co musimy być gotowi.

W La Romana zrobiliśmy zakupy w supermarkecie Iberia po czym postanowiliśmy się wycofać na z góry upatrzone pozycje, czyli na znajomą plażę w Bayahibe. Wypasiona kolacja z ogniska (kupiliśmy ryż i cilantro, czyli kolędrę!), trochę deszczu, rum i plany na kolejne dni. Rano śniadanie, zagaszanie ognia i ruszamy w drogę powrotną. Tego dnia miał przylecieć do Punta Cany Jaro i chcieliśmy sprawdzić możliwości wynajęcia mieszkania, nazywanego tutaj apartamentem. Wszystko poszło tak jak planowaliśmy, a wydarzyło się to jakiś tydzień temu.

Wieczorem domyci i rozpakowani zasnęliśmy w naszym nowym lokum, z okien którego widać nawet morze i inne atrakcje. Ale o tym opowiemy następnym razem…

Advertisements

5 thoughts on “Gagarin to the rescue i reszta historii.

  1. gagrin jest dobry na wszystko 😉
    zdjęcia bardzo bardzo tylko czy Mazer by dal się nakłonić by więcej fot Lu robić?? pliiisss 🙂
    całuski zza śniegowej zaspy

  2. Historia z Gagarinem poszła w świat. Opowiedziałem Stryjowi, który śmiał się długo i zapytał, czy może opowiadać dalej. A klasztor jak wiadomo to dobra publika na takie opowieści. przypomniałem sobie, jak kiedyś zatrzasnąłem klucze w samochodzie nad Uściwierzem. Wtedy wracałem do Lublina i dostawałem sie przez balkon na piątym piętrze na Paderewskiego do domu, gdzie miałem zapasowe… Nie miałem pod ręka Jurija!
    Zgadzam się co opinią co do fot. Wiele trzeba zapamiętać, a to obraz, który zostaje najdłużej!
    t.

  3. To taka rodzinna przypadłość- mnie ostatnio autko zatrzasnęło kluczyki w stacyjce na obrotach, kiedy na trzaskającym mrozie próbowałam oczyścić szyby ze śniegu.
    Konieczny był włam do 10 po zapasowe. Wszystkie klucze, dokumenty itd. były już spakowane do podróży. Na szczęście przyszedł Zdzicho, lokalny Jurij…:)))))))))

  4. haha, no tak, ja tez mam historijke z kluczykami i samochodem. stalo sie z dziesiec lat temu w liceum kiedy z kolegami pojechalismy snowboardowac i po calym dniu jezdzenia, cali moksi, zmarznieci, zmeczeni, wrocilismy do samochodu i oczywiscie gdzies zgubilem klucze na goze… w koncu musielismy czekac az tata przyjedzie (tez mial przygody z swoim samochodem, ale dobrze ze wzial lancuchy), tak z okolo 3 godziny. od tego momentu oczywiscie zawsze chowam kluczyk do najgleprzej kieszeni (zamykanum na zipper).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s