Jeśli dziś sobota, to lecimy na Dominikanę!

Nadejszła wiekopomna chwila pierwszego wpisu z podróży.

Plan był taki: przyjeżdżamy do Nowego Jorku i czilujemy. Jak się nadarzy okazja to popracujemy, jednak szczerze mówiąc, ostatnie dni w pracy były dla nas obojga dość męczące, więc na myśl o pracy czujemy tylko wzdrygnięcie i niechęć. Będziemy jeść wszystkie pyszne jedzonka, za którymi tęskniliśmy mieszkając w Lublinie. Poczytamy i niespiesznie będziemy się przygotowywać do dalszej podróży oraz kompletować brakujący sprzęt. Przy okazji, korzystając z faktu, że w Stanach czasem łatwiej dogadać się po hiszpańsku niż po angielsku zbudujemy sobie jakąś bazę jezykową. W pierwotnej wersji naszego planu mieliśmy na to nieco ponad miesiąc.

Jednak trzeciego dnia pobytu w Sanach spotkaliśmy się z Jarem, Ojcem Mazera. Jak to z Jarem bywa – żadnego planu nie można trzymać się za mocno, bo w każdej chwili urodzić się może nowy lepszy pomysł na życie. Tak oto podczas śniadania w dinerze przy Myrtle Avenue (bacon, egg and cheese on a roll, bajgle z cream cheese i lurowata kawa z przelewowego ekspresu) doszliśmy do wniosku, że perspektywa spędzenia przełomu listopada i grudnia na Dominikanie jest dużo atrakcyjniejsza niż miesiąc w Nowym Jorku, gdzie właśnie łagodna i słoneczna jesień zaczynała przekształcać się w nieprzyjemną wietrzną deszczowo-śniegową zimę. Godzinę później mieliśmy już kupione bilety w jedną stronę do Punta Cany na Dominikanie i zarezerwowany samochód. Kolejne kilka godzin później korzystając z usług polskiej agencji na Greenpoincie wysyłaliśmy do Polski wszystkie rzeczy „miejskie“ które wzięliśmy ze sobą z myślą o tym zimowym czasie, książki, torby, ciężkie buty i ciepłe kurtki.

Piątek spędziliśmy buszując po sklepach ze sprztętem turystycznym, jednak nie byliśmy w stanie podjąć żadnych konstruktywnych decyzji zakupowych. Z jednej strony byliśmy skołowani wyborem, z drugiej cenami. W związku z powyższym nasza dość długa lista potrzbnych przedmiotów została bardzo szybko zrewidowana do jednego woka, dwóch metalowych kubków, sztućców, karimaty dla Lu, butów trekingowych dla Mazera, repelentów na komary, wędki i ręcznika (puki co mamy wędkę, woka, repelent i buty).

Sobota była dniem wyjazdu. Zjedlśmy więc spokojne śniadanie z Basią, Grześkiem i Erykiem, którzy przez te kilka dni gościli nas na swojej kanapie (i gościliby nas tam jeszcze przez miesiąc, za co jesteśmy im bardzo wdzięczni!), pobraliśmy ostatnie podróżnicze nauki od Basi, która kiedyś odbyła wyprawę podobną do naszej, ale do Indii i Nepalu i odjechaliśmy w stronę La Guardii. Po drodze zjedliśmy jeszcze najprawdziwszego amerykańskiego chińczyka i około 20:00 odlecieliśmy z Nowego Jorku do Miami, gdzie spędziliśmy całą noc na lotnisku. O 7:30 rano następnego dnia siedzieliśmy już w supersamolocie linii LAN.

Advertisements

6 thoughts on “Jeśli dziś sobota, to lecimy na Dominikanę!

  1. […] Następnego dnia po przyjeździe do Dominikany Facebook przypomniał mi stare zdjęcie. Widać na nim jak ja, Mazur i Bert płyniemy łódką na nasze pierwsze nurkowanie. Na łódce z nami jeszcze Jaro, którego nie widać, bo robi zdjęcie (jak to Jaro). Bije od nas radość, podniecenie zbliżającą się przygodą. Zdjęcie było zrobione kiedy zanim wyruszyliśmy w podróż życia spontanicznie wpadliśmy na miesiąc do Dominikany (o czym możecie poczytać tu: KLIK KLIK). […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s