Boskie Buenos.

Tytuł banalny, ale co zrobić, skoro Buenos Aires naprawdę jest boskie?!

Okazało się, że lotnisko obsługujące lokalne loty znajduje się w środku miasta. Co prawda miasto jest tak duże, że pojęcie „środka” jest co najmniej względne, ale i tak cieszyliśmy się, że oszczędzono nam przebijanie się przed podmiejskie strefy przemysłowe, blokowiska i inne obce nam zjawiska.

Znaleźliśmy punkt informacyjny. Lu pokazała palcem miejsce, do którego chcieliśmy dotrzeć, pani wskazała gdzie znajduje się przystanek autobusowy, podała numer linii i na odchodne życzyła powodzenia: była niedziela, autobusy jeździły rzadko, trzeba było trochę poczekać. Postanowiliśmy więc przejść do hotelu na piechotę. W końcu dwa ostatnie dni spędziliśmy w samochodzie, a jakiś balans w przyrodzie musi być. Poza tym cieszyliśmy się jak dzieci z ciepła, które opuściliśmy wyjeżdżając z Boliwii. Dobrze było wrócić do przyjaźniejszej strefy :]

Było niedzielne popołudnie, słoneczne, gorące i rozleniwione. Ta godzina niedzieli, w której nie wiadomo, czy jeszcze wypoczywać, czy już zacząć mobilizować się przed poniedziałkiem. Gdy tylko wyszliśmy z budynku terminala ogarnęła nas magia Buenos. Uniosła nas wysoko i nie puszczała przez wszystkie dni, które tam spędziliśmy. Po raz pierwszy w naszej podróży zachwyciliśmy się miastem. I to od pierwszego wejrzenia!

Na nabrzeżu, przy którym znajduje się lotnisko całe rodziny odbywały pikniki. Mężczyźni z dziećmi łowili ryby, a kobiety drzemały w cieniu drzew, lub ucinały sobie pogawędki. Przy każdym składanym foteliku obowiązkowo termos z gorącą wodą i yerba, a w powietrzu unosił się zapach grillowanego mięsa, dochodzący z ruchomych stoisk z kanapkami.

Przestudiowaliśmy dokładnie mapę miasta i skierowaliśmy się do centrum, gdzie miał się znajdować hotel, polecony na blogu naszych podróżnych znajomych. Nie mieliśmy pewności, czy będą wolne miejsca i czy rzeczywiście warto na niego stawiać, ale doszliśmy do wniosku, że zaufamy rekomendacji i pomaszerujemy w ciemno.

Jakiż to był cudowny spacer! Gdy tylko opuściliśmy nabrzeże i okolice lotniska, weszliśmy do bardzo eleganckiej dzielnicy Recoleta, pełnej Parków, eleganckich ulic i pięknych budynków. Natychmiast zaczęły się nam nasuwać skojarzenia ze znanymi nam miastami. Tam było jak w Paryżu, nabrzeże przypominało Nowy Jork, a gdy weszliśmy głębiej w miasto, gdzie na wąskich uliczkach rozstawione były kawiarniane stoliki, przy których dyskutowano żywo nad filiżaneczkami cortado, nie mogliśmy oprzeć się wrażeniu, że Buenos Aires ma także coś z Rzymu.

Mimo gorąca i zmęczenia natychmiast zaczęliśmy snuć wizje, jak by się tu pozbyć biletu powrotnego do Europy i zamieszkać w Buenos na stałe. A były to dopiero pierwsze godziny naszego pobytu w tym mieście.

O Buenos mówi się, że chce być bardziej europejskie od Europy. I rzeczywiście, jego mieszkańcy, przy każdej okazji, odnoszą się do kontynentu, chociażby po to, żeby określić odległości, czy czas podróży. Zresztą wszystko wokół Europę przypomina, zwłaszcza architektura, która jest jak scenografia do codziennego spektaklu. Przy tym panuje tam jakaś atmosfera niewymuszonego luzu, wielkomiejskość Buenos nie razi, nie jest udawana, ale lekka i zapraszająca. Śniadania w kafejce na rogu stają się czymś naturalnym już w drugim dniu pobytu, a zaczynając dzień jak prawdziwy mieszkaniec miasta, z łatwością wpada się w typowy rytm dnia. Nagle myśli się inaczej, widzi się więcej opcji. Umysł otwiera się na inspiracje, które płyną zewsząd. Być może dziwi Was ta zmiana tonu i lekko patetyczne uniesienie. Nie możemy na to nic poradzić. Buenos jest właśnie takim miastem, w którym zwykły człowiek chłonie magię miejsca i zmienia się tak, jak miasto mu to dyktuje.

Spędziliśmy tam niemal tydzień. Polecony hotel okazał się strzałem w dziesiątkę (dr Wartacz, dziękujemy za receptę! Hotel Turismo, Viamonte 857) , znajdował się w samym centrum, nie był zapchany przypadkowymi ludźmi i miał w sobie coś z takiego starodawnego domu, w którym starsza pani wynajmuje pokoje poetom i aktorom szukającym szczęścia. Na miesiąc, dwa lub na nieskończoność.

Niemal codziennie chodziliśmy na długie spacery, odwiedzając różne bardziej i mniej obowiązkowe miejsca w różnych barrios, czyli dzielnicach. Odwiedziliśmy aleję spacerowo-zakupową (Avenida Florida), która przydusiła nas nieco przepychem, od którego odwykliśmy. Przespacerowaliśmy się do Plaza de Mayo, gdzie znajduje się między innymi Casa Rosado, ze słynnym balkonem Evity Peron. Przeczesaliśmy też wąskie uliczki, które zaprowadziły nas do domu Gombrowicza. Stamtąd niedaleko już do San Telmo, dzielnicy nasyconej tangiem. Nieco dalej znajduje się La Boca, kiedyś dzielnica włoskich emigrantów, dziś nieco szemrana okolica, która przyciąga turystów dwiema kolorowymi uliczkami, z budynkami z blachy falistej. Budowano w ten sposób, żeby zabezpieczyć domostwa przed podnoszącą się wodą. Wszystkie zwariowane kolory pojawiły się tam dlatego, że pierwsi mieszkańcy, nie mając pieniędzy używali resztek farb znalezionych w porcie (i to jest chyba jedyny słuszny przypadek malowania elewacji farbą do okrętów – taki żarcik wewnętrzny ;]). Zapuściliśmy się też w nowoczesną dzielnicę mieszkalną Puerto Madera oraz na słynny cmentarz Recoletta, gdzie między innymi znajduje się grób Evy Peron. Cmentarz leży w wyjątkowo pięknej dzielnicy o tej samej nazwie. Pełno tam parków, ambasad, szerokich alei, powietrza i słońca. Jednym słowem – chodziliśmy dużo.

Ale dla nas Buenos było szansą nie tylko na zwiedzanie zabytków i podziwianie zachwycających założeń urbanistycznych. W tak zwanych wolnych chwilach mieliśmy okazję zanurzenia się w cudowny, fenomenalny, oszałamiający i zachwycający świat argentyńskiej gastronomii, z której wybraliśmy dział mięsny.

Tutaj się Wam do czegoś przyznamy. Lubimy jeść, ale nie byle gdzie. Wybranie miejsca do jedzenia, zwłaszcza w nowym mieście, zajmuje nam bardzo dużo czasu i poprzedzone jest długim spacerem po okolicy, porównywaniem wnętrz, zapachów miejsc, kart i cen. No jakoś tak już jest. W zamian często udaje się nam odkryć miejsca godne polecenia i takie, do których chcielibyśmy jeszcze wrócić, najchętniej przy najbliższej okazji. W ten właśnie sposób odkryliśmy w Argentynie instytucję „parilla libre”, czyli w wolnym tłumaczeniu „ruszt do woli”.

Parilla to w Argentynie osobne zjawisko. Tak jak w Brazylii churascarria. Jest to po prostu grillownia (co za słowo!!??), której karta dań złożona jest z mięs pieczonych na ruszcie. Parilla libre to opcja, którą można wykupić sobie w bardziej… „przyziemnych” parillach, i polega na tym, że za określoną opłatą można wracać do pana rusztowego nieskończoną ilość razy, czyli do nieprzytomności. Takie zjawisko „parilla libre” można znaleźć w parillach lub w innym przybytku dla żarłoków – „tenedor libre”, czyli w klasycznym „all you can eat”. Ok, dość klasyfikacji. Byliśmy w raju.

Po raz pierwszy jedliśmy argentyńskie mięso jeszcze w El Calafate. Tam rozsmakowaliśmy się w corduro, czyli baraninie, która w Patagonii jest po prostu zjawiskowa. W buenos dostaliśmy za to taki kawałek wołowiny, którego nigdy nie zapomnimy. Właściwie te kawałki były dwa. Jeden to solidna porcja krwistego „vacio”, zaserwowany w takiej właśnie „przyziemnej” knajpce. Drugi to klasyczne „bife de lomo”, gwiazda eleganckiej kolacji na którą szarpnęliśmy się ostatniej nocy przed wyjazdem. Mięso w Argentynie je się inaczej, bo cały czas ma się świadomość, że nigdzie indziej nie ma takiej wołowiny…

Trochę się rozmarzyliśmy. Piszemy to z „niewielkim” opóźnieniem, dlatego wspomnienia wywołują chwile zadumy i rozmarzenia.

Z Buenos autobusem pojechaliśmy do Puerto Iguazu, żeby zobaczyć słynne wodospady. Samo miasteczko nas nie zachwyciło, ale cieszyliśmy się, że raz jeszcze wjechaliśmy w tropiki, gdzie powietrze jest ciężkie, gorące i wilgotne. Następnego dnia po przyjeździe wybraliśmy się nad same wodospady. Pierwsze co nas uderzyło to straszna ilość ludzi. W naszej podróży widzieliśmy wiele szalenie turystycznych miejsc, ale jeszcze nigdzie nie byliśmy częścią takiego tłumu. Trochę to było deprymujące i momentami wkurzające. Dreptanie w kolejkach, czekanie w kolejkach, system zmianowy przy barierce, żeby przez pół minuty popatrzeć na wodę – to zdecydowanie nie dla nas. Na szczęście wodospady są przepiękne i robią wrażenie, nawet jeśli muszą walczyć o uwagę z rozentuzjazmowanym tłumem, a sam park, w którym się znajdują jest na tyle duży, że wymknąwszy się z labiryntu ograniczonych barierkami ścieżynek można na moment wyrwać się z ciżby i posłuchać dżungli.

Po powrocie do hostelu spędziliśmy najgorszą noc życia w dormitorium pełnym ludzi, gdzie popsuła się klimatyzacja – poznaliśmy na własnej skórze co to żar tropików. Rano wdzięczni za każdy podmuch wiatru, mając już trochę dość Puerto Iguazu spakowaliśmy się i ruszyliśmy w dalszą drogę. Do Sao Paulo, przez Paragwaj.

Okazało się, że bilet kupiony z pobliskiej miejscowości w Paragwaju będzie znacznie tańszy niż połączenie z Puerto Iguazu. Dlatego zdecydowaliśmy się na tę odrobinę komplikacji, która w sumie zajęła nam pół dnia. Jednak przy tej ilości przekroczonych granic, autobusów, którymi się poruszaliśmy i dworców na których czekaliśmy podczas całej naszej podróży – nie miało to dla nas najmniejszego znaczenia. Odbywaliśmy ostatni przerzut, więc im bardziej był skomplikowany i złożony – tym lepiej…

Opublikowano Argentyna | Otagowano , , , , , , , , | 1 komentarz

Patagonia (nasza).

W Patagonii nauczyliśmy się słowa vento, czyli wiatr.

Autobus jechał przez Patagoński step. Do tej kolorystyki jesteśmy przyzwyczajeni aż nadto. Beże, brązy, szarości i niebieskie niebo. Na szczęście ziemia nie była płaska jak stół. Wspinaliśmy się na pagórki, które okazywały się przełomami polodowcowych dolin, a na horyzoncie coraz wyraźniej rysowały się Andy. Nagle naszym oczom ukazał się rozległy lazur Jeziora Argentina i wiedzieliśmy, że dotarliśmy do celu.

Miasteczko El Calafate położone jest nad brzegiem wody. Jest dość małe i dość urocze. Jeszcze na dworcu zrobiliśmy rekonesans cenowy. Okazało się, że ceny podane w przewodniku mają się nijak do aktualnej rzeczywistości ekonomicznej Argentyny. Wszystko było co najmniej dwa razy droższe, a najbardziej mrożące okazały się być ceny przejazdów autobusowych. Wiedzieliśmy, że szybko musimy zrewidować nasze plany, tak, żeby nie dać się uziemić cenom, żebyśmy mogli coś zobaczyć i żeby dotrzeć do Buenos Aires mniej więcej w planowanym terminie. Data naszego powrotu do Europu coraz jaśniej świeci w kalendarzu i nie przemieszczamy się już tak spokojnie i spontanicznie jak wcześniej. Do tego przed nami były wciąż ogromne odległości do przebycia. Nie było miejsca na improwizację.

Znaleźliśmy więc camping, ale ze względu na wiatr i panujące temperatury, zdecydowaliśmy się na upgrade noclegu na łóżko w dormitorium. Zrobiliśmy krótkie poszukiwania w internecie, przeliczyliśmy siły na zamiary (czyli środki na czas) i szybko podjęliśmy decyzję. Postanowiliśmy wynająć samochód, żeby zobaczyć więcej niż to, co za oknem autobusu i żeby być bardziej mobilnym.

Podjęliśmy więc konieczne organizacyjne kroki i w ten sposób, do listy środków transportu, którymi poruszaliśmy się podczas naszej podróży dopisaliśmy kolejną pozycję: samochód. Następnego dnia spokojnie, we własnym tempie i towarzystwie ruszyliśmy w stronę głównego powodu naszej wizyty w Patagonii, w stronę lodowca Perito Moreno.

Znajduje się on niecałe 100 km od El Calafate, w parku narodowym Los Glaciares. Jest jednym z zaledwie kilku lodowców na świecie, który nie cofa się, a wręcz postępuje. Przyrasta około dwa metry dziennie, dzięki czemu można być świadkiem pewnego spektakularnego widowiska, o którym później. Ciocia Wikipedia podpowiada, że jest to trzecia co do wielkości rezerwa wody pitnej na świecie. Jest to jedna z największych i najbardziej spektakularnych atrakcji Patagonii i choć nie widzieliśmy całego regionu, podpisujemy się pod tym obiema rękami!

Kręta droga w parku narodowym pozwoliła nam nacieszyć się jesiennym lasem. Za kolejnym zakrętem uderzył nas zapierający dech w piersiach widok – panorama na schodzący z gór masyw seledynowego lodowca otoczonego skalistymi szczytami. Czoło spoczywa na tafli jeziora. Obraz był idealny i wiatr tak silny, że nie byliśmy w stanie utrzymać w rękach aparatu, żeby zrobić porządne zdjęcia.

W końcu dojechaliśmy do końca drogi, gdzie poinformowano nas, że do punktu widokowego trzeba podjechać busikiem. Zostawiliśmy więc nasze białe autko i daliśmy się przewieźć gdzie trzeba. Od razu widać, że Argetyńczycy dbają o swój skarb. Nigdzie nie można poruszać się samopas, spacerować można wyłącznie po metalowych trapach z barierkami. Brzmi to trochę strasznie, ale w rzeczywistości nie jest aż tak uciążliwe. Do wyboru jest kilkanaście punktów obserwacyjnych, które są ze sobą połączone. Z każdego lodowiec widać trochę inaczej, ze wszystkich miejsc widok powala i wszędzie zapomina się o bożym świecie.

Niezwykły spektakl, o którym wspominaliśmy, to odłamujące się co jakiś czas ogromne bloki lodowe, które z hukiem wpadają do wody. Można stać godzinami, wpatrując się w ścianę lodu, która ma sześćdziesiąt metrów wysokości i jakieś 2,5 km szerokości, żeby choć raz zobaczyć to imponujące widowisko. Zachodzi tam też niezwykłe zjawisko akustyczne – najpierw widać akcję, a dopiero sekundę, dwie, później do uszu dociera dźwięk pękającego lodu i plusk wody. Lód jest piękny i bardziej hipnotyzujący, niż można to sobie wyobrazić.

Na południu kontynentu panuje teraz jesień. Łąki są rude, kępki traw chylą się od wiatru i złocą w słońcu, a na zboczach wzgórz czerwienią się krzewy. Na bezkresnych pastwiskach pasą się stada owiec i krów, a gdzieniegdzie można spotkać stada guanaco  i strusi nandu. Gdy przyzwyczailiśmy się do tego pozornie monotonnego krajobrazu, zaczęliśmy dostrzegać coraz więcej. Widzieliśmy wielkie drapieżne ptaki żerujące na zającach, które nie miały za wiele szczęścia w spotkaniu z pędzącymi samochodami i ogromne kondory, majestatycznie kołujące w oczekiwaniu na łup.

Jechaliśmy powoli, przystawaliśmy nad rzekami wypływającymi z Lago Argentina i Lago Viedma, gdzie Mazer zasadzał się na legendarne patagońskie pstrągi i łososie.

Kierując się na północ, w tempie dowolnym i z milionem postojów, pod wieczór dotarliśmy do El Chalten, miasteczka leżącego w dolinie pod postrzępionym pasmem górskim Fitz Roy. Końcowy odcinek drogi jest zupełnie prosty. Prze kilkadziesiąt kilometrów obserwowaliśmy, jak słońce zachodziło za jednym z najbardziej niezwykłych łańcuchów, jakie widzieliśmy. Jednym ze szczytów jest właśnie legendarny Fitz Roy, góra niema mityczna wśród alpinistów i wspinaczy, obrośnięta legendami i niedomówieniami, pobudzająca wyobraźnię. Tej nocy zasnęliśmy w jej cieniu, przy spokojnej zatoce Bahia Tunel. Dziś trochę żałujemy, że nie poszliśmy choć na krótki spacer w góry.

Następnego ranka, wyjątkowo wyspani po nocy spędzonej w aucie, ruszyliśmy z powrotem do „bazy”.  Wypożyczonym samochodem mogliśmy przejechać jedynie 300 km dziennie, więc wracaliśmy do El Calafate tą samą drogą. Tego dnia jechaliśmy sprawnie. Na patagońskich drogach jest mało samochodów i zakrętów, dlatego jazda tam, to sama przyjemność.

Na oddanie samochodu byliśmy umówieni dopiero następnego dnia rano, dlatego zatrzymaliśmy niedaleko miasteczka, nad rzeką, gdzie spędziliśmy idealne popołudnie. Znaleźliśmy palenisko i coś w rodzaju rusztu, na którym upiekliśmy sobie cienkie steki z argentyńskiej wołowiny, otworzyliśmy butelkę malbeca, po czym w cieniu złotych topoli oddaliśmy się wakacyjnym przyjemnościom, czyli czytaniu, wędkowaniu i niekontrolowanym drzemkom :]

Rano przejechaliśmy w zupełnej ciemności ostatni odcinek trasy. Na stacji benzynowej złapaliśmy piękny wschód słońca, przygotowaliśmy samochód do oddania i obejrzeliśmy newsy z wyborów prezydenckich w Peru, z których rozpoznaliśmy wszystkie wymieniane nazwiska. Gdy udało nam się w końcu oddać samochód (facet z agencji strasznie się spóźniał), wsiedliśmy w taksówkę, która zawiozła nas na lotnisko i tak skończyła się nasza trzydniowa przygoda w argentyńskiej Patagonii. Kilka godzin później wysiedliśmy w gorącym Buenos Aires, ale o tym jutro.

Lub pojutrze. Watch that space :]

Opublikowano Argentyna | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Przez Chile na “koniec świata”.

Drugiego kwietnia w Puerto Montt w Chile lało jak z cebra. Gdy kapitan ogłosił początek manewrów wyjścia z portu, staliśmy na najwyższym pokładzie promu Puerto Eden, zaraz nad mostkiem. Widoczność była nienajlepsza, właściwie tego się spodziewaliśmy. Właśnie skończyło się lato i jesień rozwijała skrzydła. W Patagonii, na skraju której się znajdowaliśmy, oznaczało to tylko jedno – jeszcze więcej wiatru i deszczu niż zazwyczaj. Otaczała nas gęsta mgła, która zasłaniała wszystko, po co się tu wybraliśmy, czyli niezwykły krajobraz Fiordów Patagonii. Byliśmy jednak zbyt szczęśliwi, że zaczynamy kolejną wodną przygodę, by taki szczegół jak zmienna pogoda popsuł nam humory.

Staliśmy więc na deszczu, ściskając w rękach plastikowe kubeczki z gorącą kawą rozpuszczalną i chłonęliśmy każdy detal, każdy manewr, który ordynował kapitan. Wielki Puerto Eden, wyruszał w swój ostatni rejs na południe, na trasie którą pływał już ponad dwadzieścia lat. Po dotarciu do celu czekał go już tylko powrót na północ, do Puerto Montt, a potem długi rejs do Ekwadoru, gdzie miał zakończyć swój czterdziestoletni żywot. My natomiast wyruszaliśmy na ostatni rejs naszej podróży przez Ameryki. Na pokładzie Puerto Eden mieliśmy dotrzeć do celu, na „koniec świata”, czyli do Ziemi Ognistej.

Tego dnia mijał drugi tydzień naszego pobytu w Chile, które po początkowym szoku kulturowym, jaki przeżyliśmy przekraczając granicę na pustyni, coraz bardziej nam się podobało.

Boliwia pożegnała nas samotnym posterunkiem granicznym ulokowanym niedaleko Laguna Verde. Spędziliśmy tam kilka godzin w oczekiwaniu na autobus, który zabrał nas do Chile. Gdy tylko wjechaliśmy na terytorium tego kraju pojawiły się gęsto ustawione znaki drogowe. Tu informacja o zakręcie, tam o odległości do najbliższego miasta – w ciągu pięciu minut zobaczyliśmy ich więcej niż przez ostatnie pięć dni! Gdy koła autobusu dotknęły asfaltu kierowca wykrzyknął w dumą: witamy w cywilizacji! :] Mimo tego, że wciąż byliśmy na pustyni, wiedzieliśmy, że coś się bezpowrotnie skończyło i czekają nas wielkie zmiany.

Dowodem na to, że kierowca miał rację, był już posterunek graniczny w miejscowości San Pedro de Atacama, wyposażony w komputery, pełen miłych strażników biegle władających językiem angielskim. Po załatwieniu wszystkich niezbędnych formalności wraz z naszymi nowymi Znajomymi z Jeepa zagłębiliśmy się w zapomniany świat Turystycznej Miejscowości z Prawdziwego Zdarzenia. Co to znaczy? San Pedro de Atacama, jak sama nazwa wskazuje jest położone na pustyni Atacama, nazywanej czasem najsuchszym miejscem na świecie. Mimo tak ekstremalnej lokalizacji jest wyposażone we wszystko, czego nowoczesny turysta może potrzebować i tak oto na przykład znaleźliśmy się w banku z trzema bankomatami, klimatyzacją i większą ilością pleksi i kolorowych reklam, niż widzieliśmy przez ostatni miesiąc.

Szybko zorientowaliśmy się, że ceny są znacznie wyższe niż te, do których zdążyliśmy już przywyknąć. Wrażenie to potęguje fakt, że Chilijczycy operują tysiącami, co po Boliwii, gdzie obiad na targu kosztuje 3 bolivianos sprawia szczególnie niekorzystne wrażenie. Dostosowaliśmy się więc do sytuacji. Znaleźliśmy przystanek autobusowy jednego z przewoźników i kupiliśmy bilety na nocny autobus do La Serena. Chcieliśmy przedostać się jak najdalej na południe, 17 godzin jazdy wydawało się nam jednak wystarczająco długim przerzutem. Potem, w oczekiwaniu na odjazd autobusu spędziliśmy trochę czasu z Kolegami z Jeepa. Żegnając się z nimi, po raz pierwszy podczas tej podróży mieliśmy uczucie, że chcielibyśmy ich jeszcze kiedyś spotkać. Mało prawdopodobne, ale kto wie?

Siedemnastogodzinna podróż była dla nas zaskoczeniem. Po pierwsze autobus odjechał i przyjechał o czasie. Po drugie droga po której jechał była w większości dwupasmowa, więc utrzymywał stałą prędkość 100 km/h. W dodatku wcale nie byliśmy wykończeni, a nawet można powiedzieć, że się wyspaliśmy. Wieczorem steward przykrył nas ciepłym kocem, a rano wręczył nam pudełeczko z ciastkiem i porcją soku. W ciągu jednej nocy przejechaliśmy około 1000 km i znaleźliśmy się mniej więcej w jednej trzeciej wysokości kraju. Wszystko to było dla nas dużym zaskoczeniem.

W La Serena spędziliśmy więcej czasu niż początkowo planowaliśmy. Chcieliśmy się tylko wyspać i odpocząć przed dalszą podróżą. Spędziliśmy tam jednak trzy noce, spacerując po miasteczku, przyzwyczajając się do chilijskiej rzeczywistości, cen, jedzenia i zwyczajów. Hostel, do którego przenieśliśmy się drugiego dnia w dużej mierze przyczynił się do wydłużenia tego pobytu. Mieliśmy do dyspozycji świetlistą kuchnię i zacienione patio, internet i pralkę. Kombinacja idealna na odpoczynek od pustynnych niewygód :] Mieliśmy również nadzieję, że ocean nad którym leży La Serena pozwoli nam zapomnieć o bezkresnej suszy, ale plaża nie była najpiękniejsza, a woda lodowata, więc ograniczyliśmy się do jednego krótkiego spaceru.

W końcu ruszyliśmy dalej. W ciągu jednej nocy przejechaliśmy do Puerto Montt. Przesiadaliśmy się w Santiago, stolicy Chile i to był nasz jedyny kontakt z tym miastem. Dziś trochę żałujemy, że nie zatrzymaliśmy się tam na dłużej. Wszyscy ludzie, z którymi potem rozmawialiśmy wspominali Santiago z iskrą w oku, a nam na potwierdzenie tego że to świetne miasto wystarczą okolice dworca autobusowego. Jeśli taka okolica nocą jest zachęcająca, to reszta miasta musi po prostu „rządzić”. No cóż – następnym razem :]

Zanim dojechaliśmy do celu, zmienił się krajobraz. Pojawiły się pagórki, liściaste drzewa i bezkresne łąki. Zrobiło się zdecydowanie zimniej, a przy dwupasmówce stały punkty serwisowe samochodów zachodnich marek. Widok ten ukazał się nam zaraz po przebudzeniu i przez moment mieliśmy wrażenie, że jesteśmy gdzieś w okolicach Poznania…

Do Puerto Montt przyjechaliśmy w niedzielę. Nie mogliśmy znaleźć żadnej otwartej kafejki internetowej (chcieliśmy potwierdzić nas rejs), a drzwi kolejnych hotelików i hosteli otwierali nam ludzie ubrani w piżamy. Dotarło do nas, że nie jest to szczyt sezonu turystycznego :]. Nasz statek odpływał dopiero za kilka dni, dlatego przenieśliśmy się na camping oddalony od Puerto Montt o jakieś 20 km.

Camping Anderson jest cu-do-wnym miejscem. Byliśmy jego jedynymi gośćmi, mieliśmy więc całą łąkę dla siebie. Miejsce należy do pana Andersona, Amerykanina mieszkającego od 25 lat w Chile. Mieszka w pięknym domu na wzgórzu nad zatoką. Ma sporo ziemi, hoduje dziki, owce, kury, indyki i gęsi. Ma ogród, szklarnię i trzy psy. Od samego początku wiedzieliśmy, że będzie nam tam dobrze.

Sześć dni pobytu minęło nam błyskawicznie. Nie przeszkadzały nam ani zimne jesienne noce, ani ulewne deszcze (tylko na ostatnią noc przenieśliśmy się do szopy). Pan Anderson pożyczył nam butlę gazową z kuchenką, więc Mazur po raz kolejny ujawnił swój kucharski talent, gotując wyśmienite gulasze, zupy i inne pomysłowe mikstury :]. Między gotowaniem, wędkowaniem i spacerowaniem z psami, każdego dnia poświęcaliśmy kilka godzin na prace polowo-farmerskie, dzięki czemu na campingu mieszkaliśmy za friko. Z nieukrywanym żalem, na dzień przed rozpoczęciem rejsu opuściliśmy pana Andersona i wróciliśmy do Puerto Montt.

Następnego dnia w eleganckim portowym terminalu odebraliśmy karty pokładowe. Ku naszej wielkiej radości okazało się że zamiast 14 osobowej kajuty w której kupiliśmy miejsca, dostaniemy czteroosobowe lokum w dodatku tylko dla naszej dwójki. Super!

To był dopiero początek. Na statku spędziliśmy cztery dni i trzy noce. Rozkład każdego dnia był podobny. Wstawaliśmy razem ze słońcem na śniadanie. Brzmi imponująco, ale w praktyce oznaczało to pobudkę o 8:00 rano. Czasem na chwilę przed tą godziną nasz „pilot” ogłaszał, że właśnie mijamy jakąś cieśninę, lub wrak statku, albo że właśnie przepływa obok nas rodzina wielorybów. :]

Cały rejs wypełniony był obserwacjami. Większość czasu spędzaliśmy w okolicy mostka, z którego były zdecydowanie najlepsze widoki – Mazer niemalże nie odklejał lornetki od oczu. Udało się nam zobaczyć pingwiny (pierwszy wzbudził sensację na pokładzie, potem nawet duże kolonie łapiące słońce na szerokich głazach nie robiły już na nas takiego wrażenia). Widzieliśmy orki, humbaki, delfiny, kormorany i wiele innych ptaków. Najlepsze było to, że na mostek można było wchodzić, a oficerowie i kapitan spokojnie tłumaczyli wszystkim, do czego służą wajchy, co pokazują niezliczone ekrany, pomiary i pikające pudełeczka.  Tylko w trakcie trudniejszych manewrów mostek odgrodzony był linami, kapitan zakładał szczęśliwy biały szalik i spokojnym, doświadczonym głosem wydawał komendy.

Nie nudziliśmy się ani przez chwilę. Regularny tryb życia na statku był dla nas miłą odmianą. Punktualnie wydawane posiłki, majestatyczne góry przesuwające się za burtą, mgły, deszcze i lekkie bujanie przez tych kilka godzin, gdy wypłynęliśmy na otwarty Pacyfik (choroba morska dopadła wszystkich, tylko nie Mazera ;]) – całość złożyła się na idealny etap naszej podróży.

Poza kilkoma godzinami na pełnym morzu cały czas płynęliśmy pośród gór i licznych wysp. Przemierzaliśmy zatoki, kanały i fiordy. Puerto Eden to duży prom z umocnionym dziobem co daje mu status lodołamacza, mimo gabarytów sprawnie przedzierał się przez najwęższe przesmyki w labiryncie chilijskiego wybrzeża.

Ostatniego dnia o poranku, głos z megafonów odezwał się nieco wcześniej niż zwykle, około siódmej przepływaliśmy przez najwęższy punkt na naszej trasie – osiemdziesięciometrową cieśninę. Gdy tylko Puerto Eden przepłynął ten newralgiczny punkt naszym oczom ukazała się wielka zatoka. Na horyzoncie różowiły się ośnieżone szczyty gór, a w oddali migotały kolorowe zbudowania Puerto Natales. Za kilka godzin mieliśmy zejść na ląd i jechać w dalszą drogę na południe…

Pomińmy fakt, że my po prostu lubimy pływać łodziami wszelkiej maści. Jak się spojrzy na mapę końcówki Ameryki Południowej, pokonanie jej drogą morską wydaje się być właściwym rozwiązaniem. Przybliżyliśmy się do naszego celu w wielkim stylu.

*

Puerto Natales jest dość uroczym południowo Chilijskim miasteczkiem. Gdyby nie język na ulicach, można by pomyśleć, że jest się w jakimś nadmorskim miasteczku w Stanach, czy Europie. Eleganckie sklepy, loga wszystkich znanych firm i zatrzęsienie hoteli. Puerto Natales jest punktem wypadowym do Parku Narodowego Torres del Paine. O tej porze roku pogoda jest tam jednak co najmniej „niestabilna” postanowiliśmy więc nie ryzykować i zrezygnowaliśmy z wyprawy do parku. Nie chcieliśmy jednak tracić czasu, zdecydowaliśmy więc ruszyć w kierunku Ushuaia, do Punta Arenas nad cieśniną Magellana. Znaleźliśmy autobus, w którym dołączył do nas Ugo, znajomy Włoch ze statku, i po kilku godzinach osiągnęliśmy cel.

Niestety w międzyczasie pogoda bardzo się popsuła. W Punta Arenas tak lało, że zdecydowaliśmy się na hostel, którego naganiacze czekali na podróżnych na dworcu autobusowym, oferując podwózkę samochodem pod same drzwi. W hostelu przypięliśmy się do internetu szukając najlepszych połączeń z Ushuaia. Ceny statków były dla nas dużo za duże, a droga, którą obraliśmy wcześniej okazała się nie do przebycia bez własnego środka transportu.

Byliśmy skazani na autobusy. Gdy wieczorem trochę się przejaśniło, wybraliśmy się na polowanie na bilety. Tu spotkała nas kolejna niespodzianka. Ceny biletów autobusowych z Punta Arenas do Ushuaia też nie należały do najtańszych. Nagle nasze dążenie do ostatniego miasta na południu wydało się nam czystą ekstrawagancją. Po długiej naradzie postanowiliśmy, że naszym miejscem „najbardziej na południu” będzie Punta Arenas. Chcieliśmy jeszcze zobaczyć lodowiec Perito Moreno, dla którego musieliśmy zboczyć mocno z trasy do Buenos Aires, dlatego decyzja o porzuceniu planów zobaczenia Ushuaia, nie była aż tak bolesna.

Poza tym, ludzie mówią, że poza świadomością bycia na końcu świata (z czym można dyskutować) nie ma tam nic ciekawego :].

Zamiast biletu na południe, kupiliśmy więc bilet na północ. Spędziliśmy świetny wieczór w towarzystwie Hugo i Andrew, Amerykanina, oceanologa który w Punta Arenas czekał na statek, który miał go zabrać na Antarktykę. Andrew bada prądy morskie które w okolicach Antarktyki są ponoć dość niezwykłe.

Następnego ranka, mocno „wczorajsi” wyruszyliśmy w drogę. Po kilku godzinach dotarliśmy do granicy z Argentyną. Nie przeszkadzał nam wiatr, ani długie kolejki po pieczątki wjazdowe. Marzyliśmy już tylko o rzekach pełnych pstrągów, lodowcach i soczystej argentyńskiej wołowinie.

Opublikowano Chile | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Witamy w Boliwii, czyli o tym jak polecieliśmy w kosmos :]

Kupno biletu samolotowego namieszało nam w głowach. Gdy go nie mieliśmy moment powrotu do domu był nieokreślony. Nie przywiązywaliśmy do niego najmniejszej uwagi. Istniał gdzieś w przyszłości i gdzieś na południu kontynentu, przyciągając nas do siebie nieubłaganie, ale nie stanowczo. Wiedzieliśmy więc, że musimy się wciąż poruszać do przodu, wciąż na południe, nie kręcić się za bardzo, trzymać kurs.

W momencie, w którym kupiliśmy bilet dalsza część podróży nabrała realnego wymiaru w czasie. Nagle okazało się, że mamy przed sobą nie więcej niż siedem tygodni podróżowania i co najmniej cztery kraje do przejechania. Od początku wyprawy wiedzieliśmy, że wrócimy do Polski tak, żeby nacieszyć się latem. Nic nie uległo więc drastycznym zmianom. Chodzi o to, że zakreślona na czerwono data „końca podróży” sprawiła, że nagle poczuliśmy się, jakby podróż już się skończyła. A przecież wciąż mamy ponad miesiąc czasu… nie wiadomo, czy cieszyć się z powrotu, czy smucić końcem przygody. Emocjonalny bałagan.

Jedno było pewne: musimy przyspieszyć.

Z Cuzco ruszyliśmy więc w kierunku Jeziora Titicaca. Postanowiliśmy zrezygnować z atrakcji takich jak wizyta na pływających wyspach, które nawet według przewodnika sprzed dziesięciu lat stały się turystycznym cyrkiem zupełnie odklejonym od tradycyjnych korzeni. Pojechaliśmy więc do Puno, a potem prosto do Kasani na granicy z Boliwią. Dotarliśmy tam już po zmroku, biegając między punktami kontrolnymi, żeby tylko zdążyć przez zamknięciem i nie utknąć na noc na 10 km przed celem. Była nim miejscowość Copacabana, położona malowniczo nad samym jeziorem.

Udało się nam dotrzeć do niej szczęśliwie taksówką collectivo, w której poza nami jechała jeszcze ubrana w odświętny strój boliwijska kobieta i jej ululany w sztok mąż, którego karmiła bez słowa całą drogę, mając nadzieję na szybkie otrzeźwienie. Nie zdziwił nas ten widok, gdyż we wszystkich wioskach, które mijaliśmy odbywały się huczne imprezy. Był to wtorkowy wieczór przed środą popielcową, czyli ostatnia noc karnawału.

My jednak nie świętowaliśmy. Znaleźliśmy przytulny hostel, w którym dostaliśmy pokój na trzecim piętrze, z tarasem i bezkresnym widokiem na jezioro. Jackpot. Copacabana przywitała nas jak najlepiej. Następnego dnia odkryliśmy targowisko w głębi miasteczka, które żywiło nas za rozsądne boliwijskie stawki (ceny w Boliwii należą do tych bardziej przyjaznych). Zamiast wycieczki na Wyspę Słońca, która jest jedną z głównych atrakcji Copacabany, wybraliśmy wspinaczkę na tamtejszą Kalwarię, ale nie po bożemu, po ścieżce między stacjami drogi krzyżowej, a od strony jeziora, gdzie trasę wyznaczał nieustraszony Mazer. Wycieczka była krótka, ale intensywna. Widoki zapierały dech w piersiach. Naładowaliśmy akumulatory i następnego dnia, z samego rana ruszyliśmy dalej, na południe, do La Paz – jednej z dwóch stolic Boliwii.

Na początku droga wiła się wzdłuż brzegu jeziora. Na horyzoncie pojawił się łańcuch ośnieżonych andyjskich szczytów, świeciło słońce, niebieskie niebo odbijało się od tafli wody, a my nie mogliśmy odkleić nosów od okna autobusu. Jechało się tak sielsko aż do momentu, w którym skończyła się droga, wszyscy przesiedli się na łódkę, która przeprawiła nas na drugą stronę cieśniny. A autobus? Poczekał na swoją kolej i wjechał na tratwę niewiele większą od jego obrysu. Widok był co najmniej komiczny, a my, na tym etapie już rzadko się dziwimy lokalnym rozwiązaniom.

La Paz które widzieliśmy było którymś już z kolei urbanistycznym koszmarem, które w tamtym czasie nas nawiedzały. Jakoś nie mamy szczęścia do pięknych miast na naszej drodze. Od Arequipy w Peru, z wyjątkiem Cuzco i okolic, jechaliśmy wciąż pustynnym szlakiem. Wyglądało to mniej więcej tak:

Mijaliśmy wsie i miasta, które niewiele się od siebie różnią. Wszystkie są w kolorze otaczającej je ziemi – rude, błotne, nijakie. Domy, mury, zagrody w wioskach budowane są z cegieł zrobionych z suszonej na słońcu gliny. Dachy są czasem blaszane, czasem słomiane. Nie ma trawników, ani drzew. Wiecznie zakurzony krajobraz miejski zlewa się z bezkresnym horyzontem. Nie mogliśmy sobie wyobrazić, jak mieszka się w takich miejscach. Przez takie okolice jechaliśmy już drugi tydzień i byliśmy tym zmęczeni. La Paz nie było lepsze. Przejeżdżając przez skraj doliny, w której jest położone, widzieliśmy je całe: domki i domeczki oblepiały zbocza po horyzont. Rozmiar zrobił na nas wrażenie, ale wszystko było ceglano szare. Bez tynku, bez farby, wszędzie sterczały druty zbrojeniowe w nadziei, że „kiedyś” „może” dobuduje się trzecie piętro. Budynki w większości są niezamieszkane, a okna puste, co potęguje tylko wrażenie bezsensu. Wokół nas panowała ceglana budowlana samowolka i chaos.

W dodatku kierowca skończył bieg w jakiejś zatoczce w głębi osiedla, zupełnie nie wiadomo gdzie. Spytaliśmy więc, gdzie jest dworzec autobusowy. Odpowiedział, że to niedaleko, jakieś osiem przecznic stąd.

Większość miast pokolonialnych jest zbudowana na planie siatki równoległych ulic, odległości i kierunki podaje się więc w przecznicach. W La Paz jednak, ulice kręcą się we wszystkich kierunkach i nie bardzo mieliśmy pojęcie jak kierowca policzył sobie te przecznice. Razem z nami dworca szukała para Argentyńczyków. Wydawało się nam, że to zrządzenie losu, bo przecież dużo sprawniej dogadają się po hiszpańsku z Boliwijczykami. Po kilku pytaniach o kierunek okazało się jednak, że rozumieją mniej więcej tyle samo, co my. Trochę nas to podbudowało, ale nie przybliżało jakkolwiek do celu, który kolejni pytani przechodnie wskazywali w wykluczających się kierunkach. Po godzinnym, mętnym spacerze dotarliśmy jednak na dworzec. Argentyńczycy pojechali do Potosi, a my do Oruro, kolejnego pustynnego miasteczka, które nie ma za dużo do zaoferowania (prócz rozległych złoży miedzi). Znajduje się tam jednak północny kraniec boliwijskiej sieci kolejowej i właśnie po to tam pojechaliśmy.

W samym mieście rzeczywiście niewiele przykuwało uwagę. Odprawiliśmy więc rytuał, który powtarzamy w takich „przelotowych” miejscach. Znaleźliśmy nocleg, kupiliśmy pieczonego kurczaka z frytkami na wynos, po piwie na głowę i wróciliśmy do hostelowego pokoju, gdzie oddaliśmy się obżarstwu i oglądaniu telewizji. Tym razem do kurczakowo-telewizyjnego rytuału włączyliśmy zakup biletów na pociąg. W kasie okazało się po raz kolejny, że szczęście nas nie opuszcza, bo pociąg do Uyuni, nie jeździ codziennie, ale kolejnego dnia akurat jest jego (nomen omen) kolej.

Kolejowa przeprawa z Oruro do Uyuni jest dużo przyjemniejsza, niż jazda autobusem. Trasa prowadzi przez boliwijską wysoką równinę, nazywaną altiplano. Pociąg odjeżdża o trzeciej po południu, jest więc trochę czasu, żeby w świetle dziennym przyglądać się krajobrazom, chmurom i zachodowi słońca, który jest takim spektaklem światła i cienia, jakiego nie widzieliście nad żadnym morzem świata. Mimo tego, że jedzie się cały czas po płaskim, wiele się zmienia. Na początku pociąg sunie po torach ułożonych na grobli, zaraz nad powierzchnią rozległej laguny. Potem laguna zmienia się w pustynię, na której nieoczekiwanie pojawia się wioska, potem druga, potem zachodzi słońce, robi się zimno i można się tylko domyślać, co zastanie się na stacji docelowej, czyli w Uyuni.

Samo Uyuni nie jest jakoś szalenie ciekawe. Ot kilka ulic na krzyż, kilkadziesiąt noclegowni w każdym standardzie, tyle samo pizzerii i barów, kilka straganów z „pamiątkami z Boliwii” (tymi samymi, co w Ekwadorze i Peru) i sto pięćdziesiąt agencji turystycznych. Bez tych agencji, o tej porze roku zwłaszcza, nie da się zobaczyć największego cudu natury, jaki się tu znajduje i który jest powodem istnienia mieściny takiej jak Uyuni.

Salar de Uyuni, bo o nim mówimy, był jednym z niewielu celów, których byliśmy pewni zanim jeszcze wyjechaliśmy z Lublina. Ba! Był na liście marzeń, zanim nawet zdecydowaliśmy się na tę podróż. Salar, czyli pustynia solna, jest pozostałością po słonym jeziorze, które znajdowało się na terenie Boliwii i Peru dwa i pół miliona lat temu. Dziś woda pojawia się tylko na początku roku. Nie można wtedy wjechać na salar motorem, czy rowerem, nie można po nim przejść na piechotę (a czytaliśmy o takich śmiałkach). Jedynym sposobem dostania się choćby odrobinę w głąb pustyni jest wykupienie wycieczki w jednej ze wspomnianych agencji, które wysyłają zainteresowanych w karawanach jeepów. Jak szybko się przekonaliśmy, woda na salarze ma swoje plusy – niebo i chmury odbijają się w niej jak w bezkresnym lustrze, horyzont znika gdzieś w oddali, przez co wydaje się, że wszystko wokół zawieszone jest w nicości.

Pierwszy dzień spędziliśmy na wyborze agencji. Przez kilka godzin zastanawialiśmy się nawet, czy nie zrezygnować. Cena trzydniowej wycieczki, pod koniec której mieliśmy znaleźć się w Chile, wynosiła 600-650 boliwijskich peso od osoby, co przekraczało nasz budżet. W dodatku mieliśmy złe doświadczenia z agencją z Meksyku, która obiecywała wiele, zmieniając plan bez słowa. Nie chcieliśmy też, żeby okazało się, że będziemy skazani na trzy dni z ludźmi, z którymi nie będzie mieli o czym gadać. Okazało się jednak, że dokonaliśmy właściwego wyboru (i ze spokojnym sumieniem możemy polecić agencję Cristal) podobnie jak nasi towarzysze podróży. Jechała z nami młoda Amerykanka mieszkająca w Izraelu, jeszcze młodsza Niemka (zaraz po maturze), podróżująca samotnie po Ameryce Południowej oraz para Anglików, prześmiesznych, bezpośrednich i przebojowych. Do tego oczywiście kierowca, który nas także karmił (na salarze jedliśmy mięso z lamy!!!) i troszczył się o nas jak dobry wujek. Mieszanka wyśmienita.

No ale najważniejsze było to, po co tam pojechaliśmy, czyli krajobrazy. Na  trzy dni przenieśliśmy się w zupełnie inny świat. W ciągu całej wycieczki widzieliśmy nie tylko Salar de Uyuni, ale także kolorowe laguny, których barwa zależy od minerałów leżących na dnie, stada flamingów, skaliste doliny, które erozja wyrzeźbiła w najróżniejsze kształty, góry o zboczach w siedmiu kolorach, dzikie vicunie (krewne lam) i nandu (krewne strusia), gejzery, gorące źródła i dużo, dużo piasku, kamieni, wiatru i słońca. Nocami gorąca pustynia zamieniała się mroźne pustkowie. W ciągu drugiego dnia z tęsknotą mówiliśmy o drzewach, potem o jakiejkolwiek wegetacji. Wszystko to na wysokościach około 4000 m n.p.m. Droga, którą jeżdżą jeepy z turystami nie różni się niczym od otaczających terenów, jest gruntowa, a raczej piaskowa, czy czasem kamienista. Traciliśmy orientację i oddech nie mogąc uwierzyć, że w tym kosmicznym krajobrazie żyją ludzie (pierwszej nocy spaliśmy w wiosce San Crisrobal).

Od początku wiedzieliśmy, że boliwijskich doświadczenie uda się nam się ani dobrze opowiedzieć, ani sfotografować. Świat, w którym żyliśmy, przez te trzy dni, był po prostu nie do opisania. Z jednej strony przywodził na myśl inne planety i filmy science-fiction, z drugiej uświadamiał, że Ziemia jest właśnie jedna z „planet we wszechświecie”, nie mniej zadziwiającą, niż wszystkie inne razem wzięte. Prawdopodobnie brzmi to banalnie, ale jakoś tak się dzieje, że próby opisania najbardziej niezwykłych przeżyć niebezpiecznie ocierają się o banał.

Tym razem, zamiast tekstu, przez który i tak na ogół przebijają się tylko wybrani proponujemy dużo, dużo zdjęć :]

 

Opublikowano Boliwia | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | 3 komentarzy

Ekspresem przez Peru, czyli z Amazonii do Machu Picchu.

Samolotami przedostaliśmy się z gorącej i parnej Amazonii na suche i zimne wyżyny Peru, do Arequipy. W oczekiwaniu na drugi lot spędziliśmy pół doby na lotnisku w Limie. Było to dość mocne zderzenie z cywilizacją po prawie dwóch tygodniach spędzonych w dżungli, w wioskach, gdzie prąd i woda dozowane są od święta, a na telewizję chodzi się do sąsiada. Nagle poczuliśmy się, jakbyśmy wracali już do domu, jakby nasza podróż właśnie się kończyła i nie czekało nas już nic więcej. Być może było tak dlatego, że doświadczenia ze spływu Rio Napo do Amazonki trudno będzie z czymkolwiek porównać, a może po prostu widok eleganckich ludzi z czystymi walizkami, sklepów z drogimi, pięknymi przedmiotami, dźwięki zapowiedzi lotów do europejskich miast, wszechobecny zgiełk i pośpiech przypomniały nam, że życie, które teraz prowadzimy, to tylko wakacje od codzienności. Cokolwiek by to nie było, noc na lotnisku w Limie zasiała ziarno niepokoju.

Mieliśmy prosty plan. Z Arequipy przedostać się jak najszybciej nad Kanion Colca – jeden z dwóch najgłębszych kanionów na świecie. Tam chcieliśmy spędzić jeden dzień i ruszyć dalej, czyli wrócić do Arequipy i jechać do Cuzco. Okazało się, że „jak najszybciej” się nie da. Miejsca w autobusach do Colki były wyprzedane, i mogliśmy wyruszyć dopiero o drugiej nad ranem następnego dnia. Po nocy spędzonej na lotnisku nie chcieliśmy koczować, tym razem na dworcu autobusowym, wynajęliśmy więc pokój w hoteliku położonym najbliżej wyjścia z dworca. Tam, w pomieszczeniu 3 na 4 metry zasnęliśmy snem kamiennym. Obudził nas wieczorem przeciągły krzyk pani, która zachwalała kolacje wydawane w jej lokaliku; „Ceeeena, ceeena, sopa de pooooollo, secundo, mate, ceeeeeena, ceeeeeeeenaaaaa”.  Głos miała tak donośmy, a my jedliśmy tak dawno, że nie trzeba nas było długo namawiać. Zbiegliśmy na dół, zjedliśmy i wróciliśmy spać – zostało nam jeszcze kilka godzin do odjazdu.

W końcu, gdy wstaliśmy w środku nocy, spakowaliśmy się i wyszliśmy z budynku, skierowaliśmy nasze kroki w stronę bramy dworcowej, cieć krzyknął za nami, że nie można tam iść, bo zamknięte. Cały nasz misterny plan wziął w łeb – specjalnie ulokowaliśmy się blisko dworca, żeby nie chodzić po nocy, a tu facet mówi nam, że trzeba obejść dworzec dookoła, to jakieś dziesięć minut, ale jest niebezpiecznie, więc trzeba wziąć taksówkę…

Musicie wiedzieć, że z taksówkami w Ameryce Południowej bywa różnie. Tych, którzy się tu wybierają straszy się tzw. express kidnaps, czyli porwaniami turystów, w celu zastraszenia i ograbienia z cennych przedmiotów, a przede wszystkim z kart bankowych. Turystów trzyma się tak długo, aż z konta wyciągnie się ostatnie pieniądze. Potem gołych i wesołych wypuszcza się na wolność. Takie historie nie są odosobnione. Staramy się więc być ostrożni, z taksówek korzystamy możliwie rzadko i wykorzystujemy wszystkie swoje wrodzone i nabyte zdolności, żeby trafnie ocenić, czy facet z którym jedziemy to prawdziwy taksiarz, czy porywacz.  Póki co (tfu tfu) się udaje. O Arequipie czytaliśmy, że grasują tu właśnie tacy pseudo-taksówkarze i żeby uważać na mini taksówki w tico. (Tak, tak, nasze, swojskie Daewoo Tico)

Ani się obejrzeliśmy, a już cieć hotelowy machnął na przejeżdżającą taxi-tico. W przewodniku piszą, żeby do tico złapanego na ulicy nie wsiadać. Co robić? Szybka wyliczanka i ładujemy się do tico :] Wyobraźcie sobie dwie dorosłe wysokie osoby załadowane na tylną kanapę tico, z plecakami na kolanach. Na tym aspekt humorystyczny się kończył, bo nam wcale nie było do śmiechu. Obserwowaliśmy każdy ruch kierowcy, każdy zakręt. Na szczęście facet zawiózł nas prosto pod nocną bramę dworca, ale sytuacja była stresogenna :]

Kanion Colca, choć rzeczywiście głęboki i majestatyczny nie zrobił na nas wielkiego wrażenia. Po raz pierwszy żałowaliśmy obranej trasy. Chcieliśmy zejść na jego dno, ale stojąc na szczycie doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu schodzić, a potem wspinać się z powrotem trasą, którą całą widać jak na dłoni. Jednak z górami jest to lepiej wymyślone. Wysokość, na której dość szybko się znaleźliśmy (3287 m n.p.m.) wdawała się nam we znaki, postanowiliśmy więc wrócić do pokoju i odespać noc spędzoną w autobusie. Po południu przyglądaliśmy się jeszcze czemuś w rodzaju lokalnego festiwalu kukurydzy, co akurat było najjaśniejszym punktem pobytu w Cabanaconda.

Następnego dnia rano, zgodnie z planem, nie zmęczeni trekkingiem, ale za to wyspani za wszystkie czasy, rozpoczęliśmy najdłuższy, jak do tej pory, maraton autobusowy. Najpierw pojechaliśmy z powrotem do Arequipy przez wyżyny mgliste i śnieżyste. Mijaliśmy zachwycający rezerwat Salinas y Aguada Blanca, gdzie po raz pierwszy widzieliśmy flamingi!!! W Arequipie mieliśmy półtorej godziny do odjazdu autobusu do Cuzco – wykorzystaliśmy je na odblokowanie karty, którą nasz bank skutecznie blokuje kilka razy na miesiąc, a żeby ją odblokować trzeba skorzystać z internetu i odbyć na skajpie półgodzinną rozmowę weryfikującą. Pech chciał, że na komputerach w dworcowej kafejce nie było skajpa. Trzeba więc go było ściągnąć, a strona skajpa jest tak mądra, że automatycznie ustawia język, na podstawie IP komputera, z którego się na nią wchodzi. Nasz hiszpański jest zaskakująco komunikatywny jeśli chodzi o życie codzienne, ze ściąganiem i instalowaniem programów jest już trochę gorzej. Pomińmy milczeniem fakt, że Mazer w którymś momencie przestawił język skajpa na węgierski…jakoś daliśmy sobie radę :]

Maraton autobusowy dalej wyglądał tak: nocny autobus do Cusco (klasa nazwijmy to: popularna), tam taksówka na drugi terminal i poranny autobus do Santa Maria. Z zapowiadanych pięciu godzin robi się siedem włączając w to naprawę bliżej niezidentyfikowanej części podwozia. W Santa Maria wysiadamy skołowani trasą, która wiedzie przez góry i przełęcz na wysokości dobrze powyżej 4000 m n.p.m., przesiadamy się w taxi colectivo do Santa Teresa. Droga z Santa Maria do Santa Teresa jest jedną z tych, które łatwo mogą przenieść pasażerów w grono świętych. To znaczy, że wiedzie po stromym zboczu doliny, na dnie której płynie najbardziej rwąca rzeka, jaką w życiu widzieliśmy. Droga nie jest utwardzona, więc, w porze deszczowej zwłaszcza, często ulega obsunięciom. Nam jednak udało się przejechać bez szwanku, nie licząc złapanej gumy i koniecznej wymiany koła.

W Santa Teresa przesiedliśmy się w drugie colectivo, które zawiozło nas pod samą hydroelektrownię, czyli miejsce, gdzie kończy się droga i dalej, do Aguas Calientes – miejscowości nad którą znajduje się Machu Picchu, można się dostać pociągiem (drogo) lub na piechotę wzdłuż torów. Pod hydroelektrownią wysiedliśmy o czwartej po południu. To jednak nie był koniec trasy: czekało nas 10 kilometrów marszu wzdłuż torów. Miejscowi mówią, że po płaskim i że zajmuje to 2 godziny. Nasze nogi, plecaki i 32 godziny jazdy autobusami mówią, że jednak jest trochę pod górkę. Na miejsce dotarliśmy po zmierzchu, w deszczu i w towarzystwie dwóch dziewczyn, które na torach czekały na potencjalnych klientów hosteli. Tak się pokłóciły po drodze, że same, walcząc o nas, zbiły cenę noclegu do 10 soli za noc za osobę, co w Aguas Calientes, które istnieje i funkcjonuje jedynie z powodu Machu Picchu – czytaj: jest turystyczne do szpiku kości, jest ceną fenomenalną. Przemoczeni, skonani i zziębnięci postanowiliśmy, że nie będziemy się zrywać następnego dnia o trzeciej, ale spędzimy sobie spokojny dzień w AC, a do Machu Picchu pójdziemy kolejnego dnia.

Obudziliśmy się z katarem do pasa, ale wypoczęci. Między drogimi restauracjami, sklepami z biżuterią i hotelami różnego sortu znaleźliśmy Mercado Central, gdzie posililiśmy się za stawki, do których jesteśmy bardziej przyzwyczajeni (najlepsze lomo saltado w całym Peru i soki z papai nie do pobicia!). Kupiliśmy bilety do Machu Picchu na następny dzień, sprawdziliśmy działanie żucia liści koki, odwiedziliśmy muzeum, żeby wiedzieć o co chodzi i oddawaliśmy się słodkiemu „niejeżdżeniu-autobusem”.

Kolejnego dnia zerwaliśmy się o trzeciej nad ranem. Niecałą godzinę później staliśmy już pod bramą do parku Machu Picchu, w miejscu zwanym Puente Ruinas. Tam spotkała nas niemiła niespodzianka. Strażnik kazał nam czekać do godziny piątej, bo wtedy dopiero otwiera bramę prowadzącą na most nad rzeką. Po jego przejściu ambitnych turystów czeka godzinna wspinaczka, pod właściwą bramę ruin, która otwierana jest dopiero o szóstej.

W praktyce wygląda to tak, że o 5:00 pod bramą przy moście stoi jakieś dwieście osób, które potem ścigają się pod górkę, bo jedynie 400 pierwszych przy górnej bramie dostaje pieczątki, które uprawniają do wejścia na jeden ze szczytów przy ruinach – Wayana Picchu. O 5:30 rano z Aguas Calientes wyjeżdża pierwszy autobus z turystami, którym nie chce/nie mogą się wspinać – trzeba się więc spieszyć. Gdy tylko zorientowaliśmy się w zasadach gry, odpuściliśmy sobie wyścig. Doszliśmy do wniosku, że jest pora „nie sezonowa”, może więc nie będzie dzikich tłumów, a przede wszystkim – jesteśmy tu dla przyjemności.

Lu człapała więc sobie spokojnie, posapując miarowo i przepuszczając ambitniejszych zawodników. Mazer z kolei, jakby mimochodem, pokonał trasę w pół godziny i stał pierwszy w kolejce pod górną bramą. Do dziś nie wiadomo, czy to wrodzona sportowa ambicja, żute liście koki, czy po prostu niezwykła moc, której nie są w stanie z niego wykruszyć wszystkie spalone czerwone Marlboro. Fakt jest taki, że jako pierwsi tego dnia weszliśmy do ruin „zaginionego miasta” Machu Picchu.

Na niewiele się nam to zdało, gdyż mgła była tak gęsta, a może to chmury tak uparcie nie chciały się podnieść, że nie było widać nic dalej niż na wyciągnięcie ręki. Postanowiliśmy więc oddalić się trochę od reszty ludzi i zaraz po wejściu do miasta skręciliśmy w lewo, żeby udać się na szczyt Machu Picchu.

Na początku trasy stoi budka, a w niej leży samotnie zeszyt,  w który należy wpisać swoje nazwisko, godzinę wejścia i zejścia ze szlaku. Godziny z poprzedniego dnia wskazywały, że trasę można przemierzyć dość sprawnie. My jednak długo i mozolnie wpinaliśmy się pod górę, której szczyt wciąż tonął w chmurach. W chmurach tonęło wszystko. Od samego rana nie widzieliśmy ani jednego promienia słońca, brnęliśmy  w nieustającej lekkiej mżawce i cały czas liczyliśmy na to, że jak już staniemy na szczycie, to w zamian dostaniemy widok, którego nie zapomnimy do końca życia.

Tymczasem trasa kręciła się po zboczu góry. Niezwykła roślinność lasu mglistego i wyższych partii dodawała tylko chmurom malowniczości. Czuliśmy się jak część jakiegoś mrocznego obrazu, lub ckliwej gotyckiej noweli.

W końcu dotarliśmy do miejsca, którego Lu nie chciała przekroczyć. W wysokiej skale przekute było wąskie przejście. Po jego drugiej stronie roztaczał się widok na dolinę, w której prawdopodobnie znajdowały się ruiny miasta. Droga na szczyt szła dalej. Po lewej stronie punktu widokowego w skale wykute były schodki. Pracująca na wysokich obrotach wyobraźnia Lu nie pozwalała jej oderwać się od bezpiecznej skały. Przejście przy przepaści wypełnionej mlecznymi chmurami zdawało się niewykonalne. Mazer poszedł więc przodem. Po chwili jednak wrócił i stanowczym głosem ogłosił, że nie ma miejsca i czasu na bycie „mientkim”, że trzeba być twardym i łamać słabości. I tak, krok po kroczku, przeszliśmy razem na sam szczyt Machu Picchu. Na krańcu długiego grzbietu staliśmy wpatrując się w chmury, które kłębiąc się pod naszymi nogami skrywały cud świata.

I w końcu dostaliśmy swoją nagrodę. Chmury co jakiś czas rozganiał wiatr, pokazując skrawki ruin miasta Machu Picchu. Co chwilę inne i tylko na kilka sekund. Nasyceni tym niezwykłym widokiem schodziliśmy w dół mijając kolejnych ludzi, którym z wypiekami na twarzy powtarzaliśmy, że do szczytu niedaleko i, że naprawdę warto iść dalej.

Same ruiny miasta były równie zachwycające. Nieco wcześniej, gdy staliśmy w kolejkach pod bramami, zakołatała nam w głowach myśl, że może nie warto się tak napinać, że to pewnie kolejna mega-turystyczną atrakcja, którą „trzeba zaliczyć”, ale która nie da nam tyle radości i satysfakcji, co inne, bardziej „nasze” przygody. Jednak na widok ruin miasta, rozciągających się na przełęczy między dwiema stromymi górami westchnęliśmy w szczerym zachwycie. Zwiedzaliśmy je mijając kolejne wycieczki, wyłapując jednym uchem ciekawostki, które opowiadali przewodnicy, nasycając się widokiem tak dobrze znanym ze zdjęć, a przecież tak zachwycającym na żywo. Każda kropla potu, wylana w drodze do tego miejsca, była tego warta.

Opowieść o Machu Picchu mogłaby się skończyć właśnie teraz – powinniśmy zostawić Was z wizją Nas chłonących geniusz Inków, stojących w ruinach miasta ukrytego między zachmurzonymi andyjskimi szczytami. Powinniśmy, ale tego nie zrobimy, bo z MP musieliśmy jeszcze wrócić do cywilizacji i utwardzanych dróg, które miały nas prowadzić dalej. A to nie było takie oczywiste. Na koniec wspomnimy więc tylko drogę powrotną.

Wychodząc następnego dnia rano na tory prowadzące do hydroelektrowni byliśmy przekonani, że nie czeka nas nic nowego. Na ogół przecież powroty tą samą drogą, którą dotarło się do jakiegoś miejsca są nudne i męczące. Nic bardziej mylnego. Dzięki uważnej obserwacji terenu ze szczytu Machu Picchu, oraz z samego miasta domyślaliśmy się, że z torów, przy dobrej pogodzie widać ruiny. Nie myliśmy się. Po kilkunastu minutach marszu chmury podniosły się i naszym oczom ukazał się szereg najbardziej zachwycających widoków tej wyprawy. Wzburzona rzeka niosąca hektolitry błotnisto-brązowej wody grzmiała zaraz przy torach kolejowych. Droga prowadziła przez cieniste chłodne jary i słoneczne doliny. Udało się nam zobaczyć Domek Strażnika, a nawet maleńkie sylwetki ludzi zwiedzających Obserwatorium. Byliśmy zmęczeni, ale też zachwyceni pierwszymi od kilku dni promieniami słońca, zmieniającymi się widokami i kolejną na naszej drodze przygodą, która zamykała się w piękną całość.

Od powrotu do Cuzco i ruszeniem dalej w nieznane dzieliła nas tylko niepewna droga między Santa Teresa i Santa Maria. Poprzedniej nocy mocno padało – nie był to dobry znak. Nasze colectivo mknęło pewnie (może nawet zbyt pewnie) znaną nam już drogą nad urwiskami. Nagle musieliśmy się zatrzymać – na drogę przed nami obsunęły się kamienie.

Na miejscowych nie robi to wrażenia – o tej porze roku obsunięcia ziemi to niemal codzienność. Na rogatkach wiosek stoją w pogotowiu spychacze i ciężki sprzęt drogowy. Wystarczy poczekać, a „usterka” na drodze zostaje usunięta. Tak było i tym razem. Po pół godzinie przyjechał spychacz, który bez zbędnych ceregieli rozpoczął pracę. Dziesięć minut później droga była przejezdna i za spychaczem, który podążał do kolejnej obstrukcji, wolno sunęła kolumna samochodów.

W pewnym momencie kierowca naszego colectivo wyprzedził spychacz i pomknął dalej. Prędkość, z którą pokonywał kolejne zakręty przyprawiała nas o mdłości. Droga była zbyt wąska, teren zbyt niepewny, a przepaść nad rzeką zbyt stroma i wysoka, żeby do głowy nie przychodziły najgorsze myśli…

Pół godziny później znów musieliśmy stanąć. Tym razem to droga obsunęła się w dół. Skrawek ziemi, który wciąż tkwił przy wewnętrznej krawędzi, był za wąski dla busa wyładowanego ludźmi i bagażem. Byliśmy pewni, że właśnie zostaliśmy uziemieni… Jednak kierowca, już nieco mniej pewnym tonem, kazał nam wszystkim wysiąść i wypakować bagaż. Każdy ze swoimi tobołkami przeszedł na drugą stronę wyrwy, gdy on, z pomocą innych kierowców łatał drogę kamieniami i ziemią. Tu wykopał kawałek, tam podłożył kamień i bez pomocy jakiegokolwiek sprzętu drogowego przejechał z bladą twarzą na drugą stronę.

Szczerze mówiąc, ciężko to opisać, aby oddać właściwe napięcie i ryzyko jakie wisiało w powietrzu. Kilka kilometrów później kierowca zatrzymał samochód w miejscu, w którym dzień wcześniej wielka żółta koparka stoczyła się prosto w koryto rzeki. Widzieliśmy ją małą, potrzaskaną, obmywaną przez wściekłą, brązową wodę. O kierowcę koparki nikt z miejscowych nawet nie zapytał. Kilka osób zrobiło tylko cichy znak krzyża i pojechaliśmy dalej, szczęśliwie, bez przeszkód, do samego Santa Maria, skąd w miarę bezpiecznymi drogami, ciemną nocą wróciliśmy do Cuzco.

Tam znaleźliśmy super przyjemne miejsce prowadzone przez parę starszych ludzi. Mieliśmy dach nad głową, ciepłą wodę, niewielu sąsiadów, kuchnię do dyspozycji i, co było dla nas w tamtym momencie najważniejsze – WiFi w powietrzu.

Kolejny dzień mieliśmy zaplanowany szczelnie atrakcjami Cuzco, jednak głowy mieliśmy przesycone Machu Picchu, i pojawiła się w nich niepewna myśl o tym, że skoro osiągnęliśmy ten punkt na mapie, to chyba trzeba zacząć myśleć o powrocie do domu.

Wyjechaliśmy z Polski z biletem w jedną stronę. Nie mieliśmy pojęcia jak potoczy się nasza przygoda, skąd będziemy chcieli wrócić, ani tym bardziej – kiedy to będzie. Jednak siedząc w kuchni hostelu w Cuzco, mając przed sobą panoramę całego miasta, pijąc kolejne kubki herbaty z koki wiedzieliśmy, że momentu powrotu do Polski nie możemy dłużej odwlekać.

Całe szczęście – bo ceny biletów powrotnych do Europy niemiło nas zaskoczyły. Mazer jest jednak Mistrzem Świata w wyszukiwaniu rozsądnych lotów i po całym dniu porównywania i rozpatrywania najróżniejszych opcji, zdecydowaliśmy. Do Europy wracamy 1 maja. Lot do Barcelony z Sao Paulo. W skali przebytej drogi to niedaleko stąd, ale po drodze chcemy wpaść na koniec świata, do Ushuaia – ostatniego miasta na południu. Po raz kolejny na tym blogu prosimy więc – trzymajcie kciuki!

Opublikowano Peru | Otagowano , , , , , , , , , | 2 komentarzy

Iquitos

Jesienią zeszłego roku pakowaliśmy cały nasz dobytek. Za kilka dni mieliśmy wyruszyć w podróż życia i musieliśmy się wyprowadzić z naszego pierwszego wynajmowanego wspólnie mieszkania. W przerwach między pakowaniem kartonów a wywożeniem mebli leżeliśmy na kanapie w dużym pokoju, który bez wszystkich naszych gratów nie wyglądał już tak przytulnie. Czytaliśmy sobie na głos książkę z dzieciństwa, czyli „Tomka u źródeł Amazonki” Szklarskiego, której akcja toczyła się w Amazonii w okresie gorączki kauczukowej. W wyniku perypetii, których nie będziemy tu przytaczać, jeden z głównych bohaterów musiał udać się do Iquitos, gdzie w zakazanym, zadymionym barze, odnalazł tego Złego. Tak po raz pierwszy w kontekście naszej podróży usłyszeliśmy o Iquitos. Historia czytana w deszczowym Lublinie na początku mokrej polskiej jesieni była jedynie literacką fikcją podsycającą nasze marzenia o podróży, która za chwilę miała się stać rzeczywistością.

Cztery miesiące później łódź, którą płynęliśmy z Mazan przybijała do niejasno sprecyzowanej kei Puerto de Productores w Iquitos. Spełniało się marzenie zbyt śmiałe by je głośno wymówić.

Zeszliśmy na ląd, który wcale nie był lądem. Na wodzie unosiły się chatki, których obejścia stanowiły keje. Wokół dryfowała gęsta roślinność, pośród której sprawnie lawirowały najróżniejsze łodzie. Było głośno, gorąco i padał deszcz. Idąc ostrożnie w labiryncie ruchomych drewnianych kładek i luźno rzuconych desek, między tragarzami, mechanikami, marynarzami, kobietami o groźnym spojrzeniu i innymi podróżnymi przedostaliśmy się na wysoki brzeg rzeki. Przeszliśmy jeszcze tylko przez rozbrzmiewającą okrzykami sprzedawców halę targową i znaleźliśmy się na jednej z wielu ruchliwych ulic naszego tropikalnego miasta marzeń.

Iquitos nie można jednoznacznie opisać. Można próbować: tropikalne, gorące, tłoczne, głośne. Wszystkie te słowa pasują doskonale, jednak żadne nie oddaje charakteru tego niezwykłego miejsca.

Jest to największe na świecie miasto bez połączenia z innymi drogą lądową. Co prawda w ostatnich latach wybudowano 120 km autostrady do Nauty, ale nie zmienia to faktu, że można się tam dostać jedynie drogą wodną. Iquitos położone nad Amazonką, zamieszkane przez ok. 400 tysięcy ludzi jest stolicą peruwiańskiej prowincji Loreto, która zajmuje obszar równy terytorium Niemiec. Znamy fakty, ale taki opis chyba Was nie zadowala.

Pierwsze, co nas uderzyło to nieustający hałas. Ruch uliczny, jak na miasto, do którego nie można dojechać jest zaskakująco żywiołowy. Na drogach królują motokarro, czyli riksze na motorach -  ktoś nawet gdzieś napisał, że jest tu prawdopodobnie największe stężenie chińskich motocykli poza Hong Kongiem. Między żółtymi, czerwonymi i niebieskimi motokarro toczą się archaiczne drewniano-blaszane autobusy bez okien, czasem przemknie ciężarówka Coca-Coli, lub jakiś pickup. Poza tym jest tylko nieprzerwany strumień riksz szumiących jak chmara tropikalnych owadów.

Mimo niedostępnej lokalizacji do Iquitos zawsze coś przyciągało ludzi. Zaczęło się na początku XX wieku, gdy wybuchła kauczukowa gorączka. Niewielka osada, niemal z dnia na dzień, zmieniła się w okazałe, eleganckie miasto. Powstały pałace, kamienice i inne efektowne budynki takie jak Dom z Żelaza, czyli La Casa del Fiero – zaprojektowany przez Gustava Eiffla i sprowadzony z Europy kawałek po kawałku.  Wraz z niespodziewanym końcem boomu, miasto równie szybko upadło, grzebiąc nadzieje i niebotyczne fortuny kauczukowych baronów, popadając stopniowo w ruinę.

Dziś portugalskie kafelki są mocno wykruszone, mimo to, wciąż przyjeżdżają tu tłumy ludzi. Przede wszystkim dlatego, że jest to jeden z największych węzłów transportowo-komunikacyjnych wewnątrz kontynentu. Liczni turyści odwiedzają Iquitos gdyż jest to świetny punkt wypadowy na wyprawy w głąb Amazonii. Agencje turystyczne dwoją się i troją, by zachęcić do skorzystania z ich jedynych i niepowtarzalnych ofert. Główne atrakcje to noce łapanie małych kajmanów, zdjęcie z Indianinem (w okolicach Iquitos mieszkają plemiona Boras i Yaguas), łowienie piranii i głaskanie anakondy. Można też poddać się ceremonii Ayahuasca, która polega na piciu mocno odurzającego i halucynogennego naparu z lokalnych specyfików (jest tu nawet jeden gringo-szaman). Trzeba przyznać, że chyba trudno o lepsze miejsce na takie rozrywki. No ale zależy, co kto lubi. My wróciliśmy właśnie z „naszej Amazonii” i nie mieliśmy ochoty na zaaranżowane spotkania z „dzikimi”. Chcieliśmy jednak zobaczyć trochę amazońskiej fauny, wybraliśmy się więc do Pilpintuwasi.

Pilpintuwasi to w języku Quechua: dom motyla. W pierwotnym zamyśle miała być to farma motyli, jednak któregoś dnia ktoś podrzucił tu małego jaguara – tak dom motyla zmienił się w sierociniec dla dzikich zwierząt. Mieliśmy szczęście, Gudrun Sperrer, Austriaczka, która założyła to miejsce oprowadziła nas osobiście. Z błyskiem w oku opowiadała o cyklu rozwojowym motyla, pokazała nam prześmieszne małpki kapucynki, które na tyle zuchwale okradały gości, że zostały zamknięte w obszernej klatce. Widzieliśmy też małego leniwca, który został kupiony na targu w Belen przez dziewczynę, która ulitowała się nad jego losem. Gdy wyjechała na studia, jej matka postanowiła oddać zwierzę do Pilpintuwasi, bo zaczęło rosnąć i nie bardzo wiedziała, co z nim począć.

Tak właśnie dowiedzieliśmy się skąd trafia tam większość zwierząt. Kłusownicy oferują je na sprzedaż turystom, którzy kupują „małego koteczka” (zastanawialiśmy się, o czym myśli człowiek, kupujący żywe stworzenie, gdy za dwa dni ma wsiąść do samolotu do Europy, czy Stanów). Każde zwierzę, które widzieliśmy w Pilpintuwasi ma podobną historię. Większość z nich związana była z targowiskiem w dzielnicy Belen, gdzie mieliśmy się wybrać następnego dnia.

Wracając z sierocińca (z Padre Cocha – łódka collectivo do Puerto Bellavista-Nanay) zahaczyliśmy jeszcze o targ w porcie, gdzie jedliśmy platanowe kule i rybią ikrę gotowaną na parze w bananowych liściach. Kobieta, która siedziała obok nas pałaszowała ze smakiem gotowane jaja żółwia w miękkich skorupkach, na które my jakoś nie mogliśmy się skusić. W drodze do autobusu widzieliśmy jeszcze faceta grillującego wielkie białe larwy – obiecaliśmy sobie, że następnego dnia, w Belen, na pewno ich spróbujemy.

Belen to dzielnica Iquitos, której jedna część znajduje się na lądzie, a druga unosi się stale na wodach Amazonki i Rio Itaya. Gdzieś przeczytaliśmy, że Belen nazywane jest Wenecją Amazonii, jednak wydaje się to raczej określeniem mocno przesadzonym – no, chyba, że w krzywym zwierciadle. Wybraliśmy się tam z całą świadomością tego co zobaczymy. Spodziewaliśmy się biedy, brudu i ekstremalnych doznań. Dostaliśmy to wszystko i drugie tyle gratis.

Można wynająć łódź, żeby poruszać się między pływającymi zabudowaniami Belen. Mimo deszczowej pory woda nie osiągnęła jeszcze najwyższego poziomu, więc zrezygnowaliśmy z łódki i wybraliśmy się na spacer, tam gdzie jeszcze można przejść suchą stopą.

Szliśmy między drewnianymi chatami budowanymi na wysokich drewnianych palach. Przy każdym takim domu, na ziemi leżały czółna. Oczywiście nie ma tam żadnej kanalizacji, więc wszelkie pomyje wylewane są z okien prosto na ziemiste ulice. Miejscami nie da się przejść, bo grzęźnie się w toksycznym kolorowym błocie. To akurat nie przeszkadza dzieciom, które brudne i wesołe bawią się beztrosko w szlamie pod zabudowaniami. Była niedziela, faceci pijący ciepłe piwo przy stołach ustawionych wprost na środku „ulic” zapraszali nas do siebie. Grzecznie odmawialiśmy idąc dalej i dalej. Doszliśmy do punktu, w którym zaczyna się woda. Z tego miejsca można było płynąć dalej w głąb miasta, które unosiło się na powierzchni rzeki.

W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że wchodzimy za głęboko w zupełnie nam obcy świat, widzieliśmy już dość. Wróciliśmy więc w górę dzielnicy, gdzie z dala od wody codziennie odbywa się targ. Rozciąga się on na kilkanaście przecznic w szerz i wzdłuż. Mercado de Belen to przeżycie nie do opisania. Podobno można tam kupić wszystko. Jeśli czegoś nie można znaleźć, to zapewne źle się szuka.

Na początku widzieliśmy to co zawsze – standardowe sterty owoców i warzyw, których połowy nie byliśmy w stanie zidentyfikować. Kobiety sprzedawały przyprawy w paczuszkach w sam raz na jedno gotowanie. Oferowano nam nalewki ze wszystkiego, zioła, maści, zwierzęce trofea i szamańskie rekwizyty. Mijaliśmy piętrzące się stosy świeżych i suszonych ryb, żółwie podzielone na części i ślimaki giganty wielkości dłoni. Można tam dostać „normalne” mięso oraz wszystko to, co na ogół znika w niebycie, czyli kości, kopyta, rogi i całą resztę. Część mięsa identyfikowana jest właśnie po nieodciętej łapce lub kopytku – mimo to w większości przypadków nie mieliśmy pojęcia na co patrzyliśmy. Rozpoznaliśmy za to poporcjowanego wielkiego kajmana, którego sprzedawca z dumą pozował do zdjęć.

Im bardziej zagłębialiśmy się w targ, tym większy otaczał nas chaos. Fetor wzmagany tropikalnym gorącem stawał się powoli nie do zniesienia. Pod nogami zamiast chodnika znów pojawiło się czarne błoto, które sprzedawcy zmywali sobie ze stóp wodą, w której obmywali noże po krojeniu surowego mięsa. Czasem ta woda lądowała na przechodniach, gdyż właśnie zaczynał się karnawał, który w wielu miejscach Ameryki Południowej świętuje się między innymi oblewając się wodą. My również nie zostaliśmy oszczędzeni, choć apogeum karnawałowego śmigusa miało dopiero nastąpić. Napatrzyliśmy się dość.

Na targ poszliśmy głodni, z samego rana – na ogół w takich miejscach najadamy się do syta. Tam jednak straciliśmy wszelki apetyt. Mercado de Belen i samo Belen to jedno z tych miejsc na świecie, które zarazem przyciągają i odpychają, napawają zachwytem i odrazą. Pokazują świat, który zamiatany jest po dywan i nie widać go na kolorowym obrazku.

Wprawieni w refleksyjny nastrój spędziliśmy resztę dnia siedząc przy stoliku w sklepie spożywczym, nad butelką Iquitenii, czyli lokalnego piwa, kontemplując życie przy szumie wyścigów motocyklowych obywających się na ulicach miasta (karnawał dostarcza wielu rozrywek).

Tego samego dnia wieczorem mieliśmy samolot do Limy. Postanowiliśmy zrezygnować z pierwotnego planu, żeby płynąć kolejne kilka dni do Pucallpy, a stamtąd tłuc się dalej autobusem na południe. Woleliśmy polecieć, żeby nadgonić trochę czas spędzony w Amazonii.

Na lotnisko jechaliśmy oniemiali i otumanieni Iquitos. Odbywając honorową rundkę po mieście w otwartym motokarro zostaliśmy kompletnie przemoczeni kolorową wodą, którą wieczorem, w karnawałowym szale ludzie oblewali wszystko, co się rusza – samochody, pasażerów w autobusach, pędzące motokarro. Oblewali się z chodnika i przejeżdżających pojazdów. Lali wodę wiadrami i rzucali wypełnione balony. Woda zabarwiona była kolorową gliną, którą w tych dniach można było kupić wszędzie. Dla mieszkańców Iquitos był to dzień zabawy, radości i beztroski. Dla nas, mających wizję długiej podróży było trochę mniej zabawnie. Na Iquitos jednak nie można się złościć, bo takie właśnie jest – ekstremalne i pełne niespodzianek. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać.

Opublikowano Peru | Otagowano , , , , , | 7 komentarzy

1000 kilometrów amazońskiej żeglugi.

Kolejna heroiczna próba wydostania się z peruwiańskiej wioski Pantoja zakończyła się fiaskiem. Łódka odpływająca w kierunku Iquitos okazała się być za mała. Sukces naszego pomysłu od początku graniczył z cudem, ale co tam, zawsze warto próbować.

Wczoraj dogadaliśmy się z kapitanem. Ten, dwa dni temu przypłynął tu niewielką łajbą. Na pokładzie była jedna pani ubrana elegancko, z identyfikatorem. Czort wie kto to był. W łodzi prócz baniaków z benzyną było jeszcze kilka spętanych żółwi, wory z warzywami, trochę tobołków. Mazer, siedząc ospale na brzegu rzeki od razu zaczął rozmyślać i kombinować. Króciutki dialog z przybyszami szybko uchylił rąbka tajemnicy. Podróżnicy przypłynęli na dwa dni, potem wracali do Santa Clotilde położonej w połowie drogi do Iquitos. Lakoniczne: „Esto es posible vaiejar con ustedes?” zaowocowało krótkim i stanowczym „No”. Rzeczywiście łódeczka zdawała się być zbyt mała, żeby pomieścić kapitana, elegancka panią, dwójkę podróżników z Polski i plecaki.

Przybysze zniknęli w drzwiach hoteliku oddalonego kilka metrów od wody, a Mazer utkwił spojrzenie w szczytówce wędki i myślał dalej.

Wieczorem, siedząc przed wejściem do hotelu, w strugach ulewnego deszczu, ponownie zaatakował kapitana. Lekko ośmielony kilkoma miarkami chichurin (lokalnej nalewki z Bóg raczy wiedzieć czego) zagadnął. Rozmowa powoli się klarowała, miłe spojrzenia, nieporadne miny, udało się. Kapitan zgodził się spróbować, czy łódka wytrzyma nasz ciężar. O szóstej rano byliśmy umówieni.

Plecaki w srebrnych worach, spakowane po omacku przed świtem stanowiły odmienny punkt dla oka jednego z mieszkańców wioski zmęczonego monotonią codzienności. Przyglądał się nam czujnie, gdy my punktualnie czekaliśmy na kapitana. Nagle z chatki przy brzegu mężczyźni zaczęli wynosić silnik i baniaki z benzyną. Dobry znak. Kapitan zjawił się, gdy wszystko było już gotowe. Pusta łódka wydawała się być wystarczająca dla naszej czwórki. Wszystko wróżyło pełen sukces.

Moment zwrotny przyszedł niepostrzeżenie. Rosły facet w przemoczonych, niebieskich spodenkach witając nas rubasznie zaczął znosić wszystkie tobołki, które przywieźli ze sobą podróżnicy. Już wtedy wiedzieliśmy, że to nie mogło się udać – Mazer w swoim podstępnym pomyśle był pewien, że żółwie, wory i inne graty zostaną w wiosce, bo po co komu wozić cały ten szmelc w tę i z powrotem. Pakunki jednak okazały się być niezbędne, nasza osławiona próba przebiegła więc szybko. Po załadowaniu wszystkiego na pokład delikatnie wślizgnęliśmy się na prowizoryczne siedzenia. Burta lodzi wyrównała się z taflą wody i kapitan szybkim gestem nakazał nam zejść na ląd.

Ze spuszczonymi głowami wracaliśmy do naszego pokoju, którego nie zdążono nawet posprzątać. Radość opiekuna hotelu nie znała granic. Przywitał nas, jak co dnia i z uśmiechem odszedł mnożąc sobie cichutko pod nosem, ile cennych dolarów zostawimy jeszcze w jego przybytku.

Ranek był wczesny. Lu wyjęła karty i tasując przygotowała się do postawienia kolejnego pasjansa. Mazer rozpakował wędzisko i powoli zaczął przeplatać żyłkę przez przelotki. Nic się nie zmieniło. Czekaliśmy, na następną szansę. Może ktoś znowu przypłynie, może w jakiejś niecodziennej sytuacji ktoś z Pantoja będzie zmuszony płynąć w kierunku Iquitos, a może w końcu przypłynie osławiona państwowa barka, na której według planu mieliśmy przepłynąć do Iquitos. Tak zaczął się czwarty dzień oczekiwania na transport w głąb Amazonii.

Do Pantoja w północnym Peru dotarliśmy sprawnie i szybko. Opuszczając stolicę Kolumbii powoli zaczynaliśmy planować nasz wielki rejs po Rio Napo i Amazonce. Podróżując cały czas na południe przez górzysty kraj, odwiedziliśmy Desierto de la Tatacoa, równinę o pustynnym krajobrazie, gdzie zamiast palącego słońca przywitała nas nocna ulewa, tak silna, że następnego dnia grzęźliśmy po kalana w lepkim błocie. Dwa dni później byliśmy już w Tierradentro, małej wiosce w górach, gdzie tajemnicze plemiona pozostawiły po sobie głębokie grobowce wydrążone w wulkanicznej skale. Żeby się tam dostać (oraz wydostać) jechaliśmy wiele godzin jeepem przerobionym na colectivo po krętych szutrowych górskich drogach. W Popayan oddalonym jakieś 350 kilometrów od granicy z Ekwadorem ostatni raz nocowaliśmy w Kolumbii. Następnego dnia, zgodnie z planem spędziliśmy 12 godzin w autobusach. Opłacało się. Do Otavalo w Ekwadorze dotarliśmy już po zmroku, znaleźliśmy hotel z internetem tuż obok głównego Plaza del Ponchos, gdzie tłum ludzi przygotowywał stragany. Był piątkowy wieczór, a w soboty w Otavalo odbywa się jeden z największych targów w Ekwadorze.

Wszystko składało się idealnie. Z internetu zaczerpnęliśmy informacji dotyczących naszej wyprawy w Amazonię. Kręcąc się długo wśród sprzedawców wybraliśmy dwa piękne hamaki, które miały posłużyć do spania na statku przemierzającym Rio Napo. Pokrzepieni wspaniałymi ekwadorskim potrawami (ziemniak, wieprzowina!!!) wróciliśmy do hotelu, żeby czytać dalej o rzece i wszystkich cudownościach, na które już tak bardzo czekaliśmy.

Nasza tropikalna żegluga miała rozpocząć się w Coca, miasteczku na północnym wschodzie Ekwadoru, gdzie z biegiem Rio Napo, dwa razy w tygodniu odpływają łodzie do Nuevo Rocafuerte.

Wszystkie sprawdzane źródła wskazywały na to, że nie musimy się spieszyć – do następnej łódki z Coca mieliśmy jeszcze trzy dni. Zdecydowaliśmy się więc na szybki przerzut do Baños, miasteczka leżącego ok. 200 kilometrów na południe od Coca. Malownicza mieścina znajduje się na zboczu wulkanu i słynie z gorących źródeł, słodkości z trzciny cukrowej i znakomitej rowerowej trasy która wije się po zboczach gór, stale wiodąc w dół, przez jakieś …60 kilometrów :] Baños wydawało się idealnym miejscem, gdzie moglibyśmy spędzić trochę czasu w oczekiwaniu na łódź.

Podczas kolejnej długiej autobusowej przeprawy przekroczyliśmy równik. Późnym wieczorem, siedzieliśmy w gorącej wodzie cały czas planując. Zakupy, zapasy wody, cenny czas, pieniądze – wszystko to stawało się skomplikowane, ale wykonalne. Rankiem, na wypożyczonych rowerach zjechaliśmy słynną trasą do Puyos. Obejrzeliśmy zjawiskowy wodospad El Pailon del Diablo i razem z rowerami, ciężarówką wróciliśmy do miasta. Jeszcze raz odwiedziliśmy termy, a po południu, przechodząc przez największy w Baños most spontanicznie skoczyliśmy z niego na linie (taki skok i emocje przed i po nie są do opisania, wiec nawet nie będziemy zaczynać i próbować).

W pół do piątej rano ruszyliśmy do Coca. Trasa krótka, ale droga kiepska. W dodatku mieliśmy się przesiadać w jakiejś małej mieścinie więc woleliśmy być czasowo ubezpieczeni. Gdybyśmy nie dotarli do Coca na czas, przyszłoby nam czekać kolejne kilka dni na następną łódkę.

Gdy zjechaliśmy z chłodnych gór amazońska dżungla przywitała nas upalnym, wilgotnym powietrzem. Ciężkie, stalowe chmury natychmiast potwierdziły porę deszczową. Wąska droga wiła się w gęstwinie lasu, dziesiątki ciasnych mostów spowalniały jazdę, a karawany cystern transportujących wydobywaną w dżungli ropę, co jakiś czas skutecznie blokowały przejazd.

W Coca spodziewaliśmy się chaosu i typowo portowej, siermiężnej atmosfery – okazało się jednak, że nie jest tak źle. Szybko odnaleźliśmy przystań, a tam punkt informacji turystycznej, gdzie dwóch miłych facetów dokładnie objaśniło nam, jak przedostać się do Nuevo Rocafuerte i dalej do Peru. Zrobiliśmy zapas prowiantu i wody, kupiliśmy moskitiery, łyknęliśmy pierwsze tabletki doksycykliny i byliśmy gotowi na podbój amazońskich rzek i wiosek.

Podczas pory deszczowej Rio Napo staje się gigantycznym rozlewiskiem hektolitrów wody które tylko pozornie, ospale i powoli niosą w dół rzeki wszystko co napotkają na swojej drodze. Tak naprawdę rzeka jest wartka, a jej nurt tak silny, że bez problemu może przez dziesiątki kilometrów nieść ogromne konary czy wręcz całe porwane po drodze drzewa.

Gdy o świcie wypływaliśmy z Coca nie spodziewaliśmy się, że rzeka będzie aż tak imponująca. Już po pierwszych kilku kilometrach okazało się, że miejscami, miedzy brzegami rozpiętość wodnej połaci z łatwością przekracza dwa lub trzy kilometry.
Duże, dwudziestometrowe czółno, wyposażone w potężny silnik, sprawnie i szybko pokonywało dystans, sunąc po rudoszarej wodzie. Kapitan konsekwentnie podążał za najszybszym nurtem, z gracją lawirował miedzy prawym a lewym brzegiem. Wielkie, porośnięte dżunglą wyspy, zwykle mijaliśmy od prawej strony, gdzie węższe i szybsze koryto zwiastowało krótszą odległość do punktu gdzie wielka woda ponownie stawała się całością.

Przemierzaliśmy kolejne kilometry. Wiedzieliśmy, że za kilka godzin dotrzemy do Nuevo Rocafuerte, ostatniego, amazońskiego miasteczka w Ekwadorze. Dalej już tylko Peru i osławiona Pantoja, to tam zacznie się prawdziwa przygoda i prawdziwy dziki rejs. Ale czy na pewno?

Chmury powoli się rozpływały i na niebie można było dostrzec niewielki niebieskie przesmyki. Wiatru nie było. Słońce prowadzone prawidłami czasu i przestrzeni co jakiś czas odnajdowało bezchmurny punkt. Nieznośny skwar pojawiał się momentalnie, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zarejestrowaliśmy nasze paszporty w capitanii, tuż przy przystani w Nuevo Rocafuerte i ruszyliśmy na rekonesans.

Po drugiej stronie drogi, w malutkiej jednostce wojskowej właśnie kończył się trening. Mężczyźni wyszli na drogę witając nas z uśmiechem. Stróżki potu szybko spływały po ich twarzach ginąc w kącikach ust. Jeden z żołnierzy przecierając czoło, płynnym angielskim poinformował nas gdzie można się przespać i jak najlepiej przedostać się do Pantoja w Peru.

Pokój zbudowany z szerokich i grubych drewnianych bali bardziej przypominał saunę niż hotel. Nie mogliśmy jednak narzekać, mieliśmy łazienkę, było czysto i schludnie.

Mieściny w amazońskich lasach zaopatrywane są w prąd i wodę. Za energię zwykle odpowiada agregat prądotwórczy, który uczynni żołnierze co dnia włączają punktualnie o szóstej wieczorem. Prąd jest do jedenastej. Wodociąg natomiast bazuje głównie na deszczówce. Wodą można się cieszyć przez godzinę wczesnym rankiem lub po zmierzchu. Miejscowym to nie przeszkadza – do wszystkiego używają wody z rzeki. My jednak woleliśmy się dostosować do systemu poranno-wieczornego.

Odświeżeni, ruszyliśmy na kolację, którą miły starszy pan proponował nam zaraz po tym, jak wysiedliśmy z łódki. Popijając piwo zjedliśmy ogromną porcję grillowanego kurczaka z ryżem i sałatką (której jak zwykle było za mało;]). Było bosko, egzotyka, zachód słońca i klimat tej maleńkiej amazońskiej wioski robił swoje. Pogawędziliśmy trochę i w sennym, lepkim nastroju wróciliśmy do naszego pokoju. Zasnęliśmy szybko, na długo przed wyłączeniem prądu.

Z Nuevo Rocafuerte do Pantoja jest blisko – godzina łodzią. Lokalni prywatni przewoźnicy (czytaj: chłopy ze swoimi łódkami) zaczynają licytację od 60 dolarów, będąc twardym negocjatorem można zejść do 40. To bardzo dużo za godzinną przeprawę czółnem. Od rana kręciliśmy się wzdłuż brzegu. Kilka osób wspominało coś o łódce do Pantoja która miała przypływać przez Nuevo Rocafuerte. Miała być tania, bo i tak wracała do Peru. W migracion bez problemów dostaliśmy pieczątki wyjazdowe z Ekwadoru, teraz trzeba było tylko wsiąść na łódź.

Wierzyliśmy mocno w informacje o peruwiańskiej taniej łódce. Lokalni przewoźnicy nie dawali jednak za wygraną. Młody chłopak zagadnął nas pewnie i z wdziękiem: „Ty dwadzieścia, ty dwadzieścia, szybko szybko i za 40 dolców płyniemy”. Zgodziliśmy się, bo czas mijał, peruwiańska łódka nie przypływała, a strasznie już chcieliśmy dotrzeć do Pantoja. Umówiliśmy się z młodziakiem za pół godziny w porcie. Wytaszczyliśmy z hotelito plecaki i czekaliśmy na głównej drodze będącej jednocześnie nabrzeżem, gdy nagle na horyzoncie pojawiła się długa łajba z mocnym silnikiem. To właśnie był Señor Emanuel, o którym wspominano nam we wsi, gość z którym przeprawa do Peru miała być tania. Mazer bez chwili namysłu dopadł kapitana nawiązując podobną rozmowę, ale z zasadniczą różnicą: „Ty 5, ty 5, szybko szybko i za 10 płyniemy”.

Udało się. Wypełniliśmy kilka druczków w capitanii, grzecznie podziękowaliśmy młodziakowi, który pojawił się punktualnie, ale z grymasem na twarzy musiał wrócić do domu. W towarzystwie dwóch bliżej nie określonych pań, pełni optymizmu płynęliśmy do Pantoja. Ciężkie, niemalże czarne chmury opadły nisko nad rzekę, w lekkim mroku zaczęła się ulewa. Nie przeszkadzało nam to wcale, od naszego wymarzonego celu dzieliło nas zaledwie kilka opasłych rzecznych meandrów.

Wieś Pantoja, pierwsza mieścina po peruwiańskiej stronie granicy, jest maleńka. Krótka przystań stanowi pas wykarczowanego brzegu, wzdłuż wody ciągnie się główna uliczka, przy której znaleźliśmy kolejno kilka domów, sklep i prowizoryczny, państwowy hostal dla podobnych do nas śmiałych podróżników lub lokalnych handlarzy, czy też rzecznych kapitanów. Po zachodniej stronie wsi na rozległym wzgórzu mieści się spora jednostka wojskowa, budynek rady gminy i solidnie wyglądający szpital. Przemierzenie całej wsi zajmuje pieszo około 5 minut. Po przeciwnej, wschodniej stronie, znaleźć można kilka dzikich, schowanych w gęstwinie chatek, szkołę i dwa boiska do gry w piłkę. Życie w Pantoja kumuluje się w okolicy głównej ulicy, a zarazem przystani. Właśnie tam zamieszkaliśmy i powoli z dnia na dzień stawaliśmy się częścią codzienności Pantoja.

Nasze informacje dotyczące dalszej części podróży były chaotyczne, a po rozmowie z kilkoma osobami we wsi stały się jeszcze bardziej zagmatwane. Nasz pomysł bazował na państwowej barce, która kursuje między Iquitos a Pantoja i przewozi ładunki oraz pasażerów. Z Pantoja do Iquitos płynie od pięciu do sześciu dni. Tam czeka, aż ponownie zapełni się towarem i po nieokreślonej ilości dni wraca w górę rzeki. Cóż nam po tych informacjach, jeśli nikt nie potrafił bliżej określić, kiedy osławiona łódź pojawi się we wsi?! Faktem było tylko to, że statek wypłynął z Pantoja tydzień przed naszym przyjazdem. Misterne kalkulacje z mieszkańcami wskazywały na to, że barka może pojawić się za tydzień, ale równie dobrze może to być za trzy tygodnie, gdyż na odpowiednią ilość załadunku barka czeka czasem tygodniami.

Wszystko to nie brzmiało zbyt optymistycznie, ale mieszkańcy wioski powtarzali z uporem, żeby się nie martwić, że trzeba spokojnie czekać i przy odrobinie szczęścia złapać łódkę wojskowa, medyczną, czy prywatny transport cargo. Dość szybko zorientowaliśmy się, że dystans do Iquitos najłatwiej będzie pokonać płynąc najpierw do Santa Clotilde, która znajduje się mniej więcej w połowie drogi do Amazońskiej metropolii. Tam ruch na wodzie jest większy a do Iquitos codziennie kursuje szybki, bezpośredni transport. Cały czas liczyliśmy jednak na dużą tanią barkę. Chcieliśmy doświadczyć wielodniowej podróży w upale i słabych warunkach, na tłocznym górnym pokładzie towarowej łodzi, gdzie hamaki wiszą jeden nad drugim w trzech poziomach.

Byliśmy czujni. Sprawdzaliśmy wszystkie opcje i dostaliśmy nawet kilka ofert od lokalnych przewoźników. Za jedyne 400-500 dolarów proponowano nam ekskluzywne czółno do Santa Clotilde, tyko dla nas dwojga. W jednej łajbie można zmieścić nawet sześć osób, gdyby w Pantoja pojawiło się więcej chętnych do Amazońskiej przeprawy, cena mogła by stać się zadowalająca.  Co jakiś czas ktoś wspominał nawet o dwóch gringo, którzy „jutro” przypłyną z Nuevo Rocafuerte. Kolejne dni mijały i nikt nie przypływał. Byliśmy tylko my. Przeprawa prywatną łódką nie wchodziła więc w grę – mieliśmy określoną niewielką ilość gotówki, za którą musieliśmy przetrwać.

Ekonomicznie Pantoja jest rajem. Pokój dla dwóch osób w lokalnym hotelu kosztuje 6 dolarów za noc, zawsze można się głupio uśmiechnąć i zapłacić pięć (no problemo). Przemiła Señora Lastenia mieszkająca dwa domy od nas, zgodziła się nas karmić. Wystarczy powiedzieć o której będzie się głodnym i sprawa załatwiona, za trzy dolary, dwóm osobom Señora serwuje gigantyczną porcję jedzenia. Ryż jest podstawą, natomiast wkładkę można wybrać, w ofercie są mięso (rzadko), ryby, lub dania warzywne. Kolejną opcją wyżywienia u pani Lasteni jest “wkład własny”. W praktyce wygląda to tak, że Mazer łowi ryby, zanosi je do Señory i voila!, obiad gotowy, a cena drastycznie spada z 3 dolków na półtora :] Po kilku dniach bezowocnego oczekiwania Lastenia zaproponowała nam, żebyśmy się do niej przeprowadzili. Powiedziała, że nie musimy jej płacić – wystarczy, że będziemy z nią rozmawiać!

Gdy zadbaliśmy o najpotrzebniejsze rzeczy przyszedł czas żeby odnaleźć się w wioskowej społeczności. Najprościej zacząć od dzieci. Mazer szybko zjednał sobie całe najmłodsze pokolenie “pantojian”. Trudno nie było, wystarczyło pojawić się z wędką i srebrzystym kołowrotkiem nad brzegiem rzeki. Wszystkie dzieci ze wsi łowiły razem z Mazerem, chłopcy, dziewczynki, nie było wyjątków. W praktyce wyglądało to tak, że wszyscy chcieli trzymać wędkę, choćby tylko jednym paluszkiem gdzieś miedzy rękami kolegi, byle tylko dotknąć korkowej rękojeści. Ci mniej waleczni, niemogący dopchać się do kija, niewiele myśląc wskakiwali do wody i otaczając żyłkę, wraz z Mazerem czekali na branie. Łowienie w grupie było komedią, zaprzeczającą wszystkim wędkarskim prawidłom.

Szczęśliwie, po kilu dniach dzieci przywykły do wędkarza, a ten cichutko prześlizgując się miedzy hotelem a rzeką mógł sobie spokojnie połowic zapewniając tym samym kolacje sobie, Ludwice a czasem nawet rodzinie Señory Lastenii.

Lu najbardziej zaprzyjaźniła się z panią prowadzącą sklep „ze wszystkim”, która za każdym razem witała ją śpiewnym: „Hola Lu! Que tal?” i od czasu do czasu obdarowywała nas maduro, czyli dojrzałymi platanami. Poza tym Lu dużo czasu spędzała w odosobnieniu. Taka ilość godzin do zapełnienia dała szansę na nagonienie czytania przewodników i mistrzostwo w stawianiu pasjansów. No właśnie! Któregoś dnia w desperacji kupiliśmy talię kart, tylko po to by następnego pobiec po kolejną, gdy przypominaliśmy sobie kolejne pasjanse, czy gry (a nie jesteśmy szczególnie karciani:]).

Dni mijały powoli. Mieliśmy dużo czasu, żeby spać, czytać, grać w karty, zdrzemnąć się jeszcze raz i obserwować życie mieszkańców: wojskowe biegi, łódki przypływające z dżungli, wyładowane platanami, żółwiami i dzikimi świniami. Jednego dnia byliśmy świadkami wypuszczania do rzeki maleńkich żółwików. To była jakaś szkolna akcja, i w tym samym czasie, kiedy dzieci „zażółwiały” rzekę, dorośli wynosili na brzeg upolowane duże okazy. Gdy tylko włączany był prąd wioska rozbrzmiewała kakofonią dźwięków. W niemal każdym domu grała inna muzyka, aż do ostatniej minuty prądu.

Każdego dnia ucinaliśmy sobie pokraczną pogawędkę z którymś z naszych sąsiadów. Niektórzy byli ciekawi naszego życia w Polsce, niektórzy chcieli nam tylko przedstawić swoją rodzinę. Niektórzy byli nieśmiali, zwłaszcza kobiety, a ze wszystkimi wymienialiśmy pozdrowienia kilkanaście razy dziennie ;] Dni mijały powoli, a my czuliśmy się w Pantoja coraz lepiej i coraz bardziej swojsko. Wizja czekania na barkę, które miało zająć „nie-wiadomo-ile-dni” stawała się coraz przyjemniejsza.

Z każdym dniem w rozmowach z mieszkańcami pojawiały się coraz odleglejsze daty przypłynięcia statku. W dalszym ciągu sprawdzaliśmy więc czujnie wszystkie opcje wydostania się w dół rzeki. Pewnego dnia przypłynął statek, który zacumował w jednostce wojskowej. Pobiegliśmy więc tam, przekonaliśmy strażnika, żeby nas wpuścił i załatwił pozwolenie na rozmowę z kapitanem. Rozmowa jednak nic nie dała – przewoźnik wykręcił się prawem o niezabieraniu pasażerów ze względów bezpieczeństwa. Innego dnia Sklepowa dała nam cynk, że jakaś kobieta ciężko zachorowała i będzie wieziona do Iquitos szybką szpitalną łodzią. Już kiedyś udało się nam wydostać rzeką „na chorego”, drugi raz nie mogło się to udać. No i się nie udało – główny lekarz w ośrodku powiedział, że jest odpowiedzialny za chorą, łódka jest mała i nie może nas zabrać. Tak mniej więcej pojawiały się i znikały nasze kolejne szanse na dalszą podróż.

Pewnego ranka obudziło nas walenie do drzwi. Normalnie w naszej podróży budzimy się i wstajemy bardzo wcześnie rano. Tu jednak mogliśmy sobie pozwalać na dłuższe spanie. Dlatego walenie do drzwi o ósmej rano nieco nas zdziwiło. Wyplątaliśmy się z moskitiery, zarzuciliśmy na siebie co było pod ręką i otworzyliśmy przybyszowi. Ten mówił tak szybko, że w ogóle nie mogliśmy zrozumieć o co mu chodzi. Był to jeden z facetów, którzy wcześniej proponowali nam swoje przewoźnicze usługi za duże pieniądze. Teraz przyszedł i według Lu mówił, żeby się pakować, bo za dwie godziny przypłyną ci mityczni turyści, co to według niektórych ludzi mieli pojawiać się we wsi co dnia. Jak tylko przypłyną, wsiadamy wszyscy w jego łódkę, płacimy po 150 dolarów i płyniemy do Santa Clotilde.
Maz zrozumiał co innego. Jeszcze w Coca dowiedzieliśmy się, że w pierwszych dniach marca przez Pantoja będzie przepływał Fernando Sinfuentes, kapitan i przewodnik doskonale znający dorzecze Napo i górny bieg Amazonki. Wieść niosła, że Sinfuentes prawdopodobnie będzie miał jakieś wolne miejsca w łódce. Wtedy jeszcze było za wcześnie, żeby to potwierdzić. Według Mazera właśnie o tej szansie mówił facet, który tego dnia nas obudził. Mieliśmy być gotowi, z przygotowanymi pieniędzmi. Ta wersja była z różnych względów bardziej obiecująca, dlatego uznaliśmy, że to jest wersja właściwa i zaczęliśmy się prędko pakować.

Na chwilę przed dziesiątą do brzegu przybiła łódka. Już z daleka było widać, że siedzi w niej dwóch gringo. Tutejsi ludzie mają inną posturę, inne fryzury, z daleka można nas bezbłędnie odróżnić. Nie wiedzieliśmy tylko, czy kapitan to rzeczony Sinfuentes.

O Fernando Sinfuentesie słyszeliśmy już w Coca. Jego sława wyprzedzała go na wiele kilometrów i wszędzie był znany. Polecił nam go inny przewodnik. Mieliśmy nawet na karteczce zapisane jego nazwisko, jako deska ostatniego ratunku, w razie gdybyśmy utknęli gdzieś na dobre. O Sinfuentesie mówiono nam w Nuevo Rocafuerte, wspominano o nim w Pantoja. Spodziewaliśmy się starszego faceta, najlepiej brodatego i bez oka, ze śladami walki z anakondą oraz piraniami (Łapiecie klimat?). Mieliśmy wizję takiego wyjadacza amazońskiego, który z niejednego ogniska jadł własnoręcznie złapaną rybę. Tymczasem na ląd wysiadł młody facet o aparycji Benego Kuleczki. Sympatia i radość życia biły mu z oczu. No, może z wyjątkiem momentu negocjacji ceny. Ale po kolei.

Przede wszytskim okazało się, że Mazer miał rację. Przypłynęła łódka, która jeszcze tego samego dnia, po załatwieniu wszystkich granicznych formalności ruszała dalej w kierunku Santa Clotilde. W łódce siedziało dwóch facetów. Jeden nieco starszy od nas, Rosjanin. Drugi, na oko czterdziestolatek, z Izraela. Gdy tylko rzuciliśmy się w kierunku łódki, z okrzykami radości na ustach, że tak bardzo się cieszymy, że przypłynęli, bo czekamy tu na nich od kilku dni, że są naszym wybawieniem itd, odpowiedzieli tylko: „…Ale to jest prywatna wycieczka”. Miny nieco nam zrzedły, ale nie dawaliśmy za wygraną. Nauczeni prawideł rzeki uderzyliśmy do kapitana. Najpierw z niedowierzaniem zapytaliśmy, czy rzeczywiście nazywa się Fernando Sinfuentes. Potwierdził. Zapytaliśmy, czy możemy się z nim zabrać. Nie zaprzeczył, powiedział, że to nie jego decyzja i jeśli turyści się zgodzą, to mamy do niego wrócić i pogadać o cenie. Z turystami nie było łatwo. Po raz pierwszy od dawna napotkaliśmy taki zachodni rodzaj oporu. Nie słyszysz „nie” dlatego, że po prostu się nie da. Słyszysz „nie” bo taki jest dziś humor. Nie daliśmy się jednak zbić z pantałyku i korzystając z tego, że po raz pierwszy od dawna negocjujemy w języku, który dobrze znamy, czyli po angielsku, użyliśmy wszystkich form grzecznościowych, trybów warunkowych oraz tak wielu argumentów, ile tylko mogło nam przyjść do głowy. Poskutkowało. Usłyszeliśmy niechętne „tak”, ale to była dopiero połowa sukcesu.
Teraz trzeba było jeszcze przekonać kapitana, że chce nas ze sobą zabrać za mniej więcej cztery razy mniej niż stawka rynkowa. Jak już pisaliśmy wcześniej, mieliśmy na naszą amazońską wyprawę przeznaczoną konkretną sumę pieniędzy i nie chcieliśmy jej przekraczać. Sytuacja, w której się znaleźliśmy była jednak idealna. Przypłynął przewodnik, który wiózł dwóch zakontraktowanych przez agencję turystów, którzy pewnie słono zapłacili za tę przeprawę. Oto w Pantoja pojawiamy się my i proponujemy mu wiele mniej niż ci pierwsi, ale za to bez pośredników i w wesołej atmosferze ;] Fernando trochę kręcił nosem na nasze 100 dolarów, ale chyba ktoś się za nami wstawił (cała wioska już nam kibicowała), albo po prostu dobrze nam patrzy z oczu, bo nie wzbraniał się za długo. Po prostu nagle powiedział: „szybko, szybko, dajcie co możecie i jedziemy”.

Łódka Fernando była najwygodniejszą łodzią ze wszystkich, którymi do tej pory płynęliśmy. Była drewniana, zadaszona, aby chronić przed deszczem i słońcem i miała trzy podwójne siedzenia z oparciami, a nawet poduszki, żeby nie siedzieć bezpośrednio na desce. Do tego mnóstwo miejsca na nogi i bagaże pod dachem – luksus – płynąć, nie wysiadać. Do Santa Clotilde normalnym tempem płynie się dwa dni. Czekał nas więc nocleg w nieznanym miesjcu. Po podróży po Rio Coco w Nikaragui wiedzieliśmy, że ludzie mieszkający nad rzeką są przyzwyczajeni do przyjmowania podróżnych na noc, dlatego byliśmy bardzo ciekawi, gdzie los rzuci nas tym razem.

Miejsce, w którym zatrzymaliśmy się o zachodzie słońca przekroczyło nasze oczekiwania. Tej nocy mieliśmy spać w chacie Indian Quechua. Jak wiele chat nad Rio Napo, ich dom stał na palach, nie miał ścian, jedynie dach z palmowych liści i podłogę z bambusowych łodyg. W podobnym domu zatrzymaliśmy się też na obiad, tam poczęstowano nas lokalnym napojem mazato zrobionym z juki, która najpierw jest przeżuwana, a następnie wypluwana i zostawiona do fermentacji. Piliśmy przez zęby, ale nie odmówiliśmy. Podobno gdy oferowane jest mazato nie wypada odmówić. No i ciekawość przeważyła. Napój był kwaśny i sprawiał wrażenie krzepiącego. Podobno ma właściwości energetyzujące.

W naszej wieczornej chacie zaoferowano nam nie lokalne kulinaria, a miejsce do spania. Tam gdzie zwykle śpi ośmioosobowa rodzina stanęły dwa namioty turystów i trzy hamaki – nasze i Sinfuentesa. Tej nocy zasnęliśmy kamiennym snem, przy akompaniamencie cykad, świerszczy, ptaków i Bóg raczy wiedzieć, czego jeszcze. To noc do zapamiętania na całe życie.

Rankiem obudziły nas koguty i liczne świnie, które domagały się uwagi. Gdy tylko zaczęło świtać, wszystkie córki naszych gospodarzy rządkiem poszły do rzeki się umyć, a zaraz potem zaczął się normalny dzień wypełniony domowymi obowiązkami – noszeniem wody, zmywaniem, karmieniem kurcząt wyłuskaną wcześniej kukurydzą, doglądaniem maleńkich amazońskich szopów, które trzyma się na mięso, ale zanim podrosną są uroczą dziecięcą maskotką. Niestety nie zostaliśmy tam dłużej. Załapaliśmy się na śniadanie z „prywatnej wycieczki”, zwinęliśmy hamaki i jakieś trzy godziny później wylądowaliśmy w naszej „ziemi obiecanej”, czyli Santa Clotilde.

W oczekiwaniu na rapido do Mazan, które odpływa codziennie o szóstej rano, spędziliśmy bardzo miły wieczór w towarzystwie Fernando i jednego z turystów – drugi niestety nie nadawał się do niczego i sprawiał wrażenie, jakby do Amazonii przyjechał za karę.

Rapido jak sama nazwa wskazuje jest szybka, niewielka łódka wyposażona w potężny dwustukonny silnik. Gładko sunąc po tafli wody w cztery godziny dotarliśmy do Mazan, które znajduje się godzinę drogi od Iquitos i jest punktem strategicznej przesiadki. W tym właśnie miejscu Rio Napo zatacza wielki łuk, którego pokonanie zajmuje jeden dzień. Zamiast tracić czas na wodzie można wysiąść na ląd, odbyć szaloną przejażdżkę motocarro, czyli zmotoryzowaną rikszą, na drugi koniec wioski, gdzie rzeka kończy meander i łączy się z Amazonką. Tam wsiada się do kolejnej szybkiej łodzi, która swoją trasę kończy w Iquitos.

W strugach deszczu, balansując na wąskich, wysokich portowych trapach zeszliśmy na ląd. W chaosie i portowym tłoku szybko wypatrzył nas jeden z licznych taksówkarzy, prostym gestem zapraszał nas do swojego pojazdu. Mknąc po wąskiej uliczce motocarro prowadzonym przez młodocianego kierowcę, przedostaliśmy się do naszej ostatniej łodzi. To była piąta łódka, ostatnia w naszej amazońskiej wyprawie.

Pierwotny plan jak zwykle uległ zmianom, przez cała drogę wypatrywaliśmy osławionej barki do Pantoja. Wpływając do portu w Iquitos mijaliśmy kolejne zacumowane lodzie i statki. Setki kolorowych, zaniedbanych kadłubów zlewały się w jeden cudownie odrażający i kiczowaty obrazek. Nagle pośród ogromu portowego zgiełku, między dziesiątkami innych łodzi dostrzegliśmy tą naszą, niebieską, brudną i wciąż zacumowaną barkę. Napis „Pantoja” wymalowany szerokim zawijasem nie pozostawiał wątpliwości – to właśnie był statek, na który przyszłoby nam czekać jeszcze bardzo długo. Los po raz kolejny okazał się być dla nas łaskawy, wychodząc na ląd w największym na świecie mieście bez połączenia lądowego, odetchnęliśmy z ulgą. Z dumą przemierzaliśmy ulice Iquitos do którego dostaliśmy się samodzielnie, w autentycznym klimacie, a do tego za niewielkie pieniądze przemierzając najdziksze zakątki amazońskiej selwy.

 

Opublikowano Ekwador, Kolumbia, Peru | Otagowano , , , , , , , , , , , | 5 komentarzy